wtorek, 17 grudnia 2013

powolutku, wciąż do przodu

   O losie! Powoli tracę rytm, wykoleja mi się to wszystko w rytmie I feel good Jamesa Browna. Taka trochę mieszanka psychodelii, paranoicznych obaw i przenikającego śmiechu. Wytrzeszczam oczy i nie wierzę. A co gorsza, czas przecieka mi przez palce, leje się ciurkiem. Wypadałoby się otrząsnąć i zacząć działać tak, jak należy. No, może wkrótce, może kiedyś! 

   Tak sobie myślę, kiedy ostatnio coś postowałam i doszłam do wniosku, że to będą jakieś dwa tygodnie od ostatniego razu. Zleciało, jakby to były dwa dni. Naprawdę. Codziennie mają miejsce jakieś wydarzenia, rozmowy, obrazy. Natłok impulsów z zewnątrz powoduje, że powoli nie ogarniam. Dlatego czekam od jakiegoś czasu z utęsknieniem na wolne. Pal licho, że Święta! Wolne, dni wolne, noce wolne, lenistwo. Chociaż Święta też kocham i też na nie czekam. Tylko serduszko mi się kraje, że za tydzień Gwiazdka, a za oknem widzę zieloną trawę. To przykre, kiedy słyszę pana Kreta, mówiącego ze szklanego pudełka: "w Święta możliwe opady deszczu lub deszczu ze śniegiem". Seriously, Jarek? Mówisz poważnie?

   Co więcej? Za 10 dni będę właśnie kończyć swój dzień w Paryżu. Nie mogę się doczekać! :) Fotorelacja na pewno się tutaj znajdzie, jak wrócę kilka dni po Sylwestrze. Fajny wyjazd, coś nowego, wyzwanie, na świeżo. I z super ludźmi (tak, Kasiorku, jesteś tą fajną! :D). 


Buziaki,
A.
Read More

poniedziałek, 2 grudnia 2013

late and later

   Dawno mnie tu nie było, bo dużo się działo. Długo też zbierałam się, żeby w końcu usiąść i zacząć pisać. Co do wyzwania... poczekam już do jutra, by skończyć wraz z Wigilią. Plany były inne, ale nie planowałam też kilku minionych dni, więc... Mam nadzieję, że wszystkim wiedzie się dobrze. Trzy tygodnie do Świąt, a ja wciąż nie ogarnęłam aplikacji. Wszystko przez znikomą ilość zdjęć z dzieciakami, bo te, które są... No nieważne, wolę zrobić nowe. Ale mam postanowienie! Mieć otwarty room jeszcze przed 24. grudnia :) Uda się? Zobaczymy. 

  Szykuje się mały room makeover. Tylko MUSZĘ POZBYĆ SIĘ BIURKA! Liczę na to, że znajdzie się ktoś, komu przyda się taki mebel od zaraz za śmieszne pieniążki. Ciocia? Kuzyn? Siostra? Tata? Mały sneak peek zakupów w Ikei:


Read More

środa, 27 listopada 2013

dalej, dalej, mózgu z Drugiego

   Jestem dzisiaj jakaś nie do życia. Pewnie dlatego, że zaraz po przyjściu do domu zasnęłam na siedząco, budząc się przed 18:00. Słyszałam, że najlepiej działają te drzemki, które mają miejsce w okolicach godziny piętnastej. Niestety cały tydzień choroby rozstroił mój zegar biologiczny i mając próbne matury, ledwo udaje mi się zasnąć przed drugą w nocy. Jedno jest niezmienne - nadal bywam niekonsekwentna, o czym świadczyć może brak wczorajszego wpisu, dotyczącego wyzwania. Dlatego dziś małe combo.

2. Your Christmas wish list
Ach, to jest to, co tygryski lubią najbardziej. Najbardziej, najbardziej, najbardziej całym sercem pragnę książki Kiedyś byliśmy piękni Bon Jovi. Bardzo! Następnie w kolejce "stoją" perfumy DKNY Be Delicious - zielone jabłuszko. Pachną cudownie i nie mogę sobie wybaczyć, że uciekła mi sprzed nosa super promocja w Douglasie. Co więcej? Chyba nie mam pojęcia. Reszta to małe pierdółki pokroju pędzli, kosmetyków czy książek. Mimo wszystko liczę na to, że największym prezentem będzie ten od losu - rodzinna atmosfera, zdrowie i szczęście.

3. When/ how did you learn that Santa wasn't real?
Powinnam teraz napisać to słynne pytanie: TO MIKOŁAJA NIE MA?! Tadaaa! Nie ma, jestem tego świadoma od około dziesięciu lat. Nie kojarzę dokładnie roku (na pewno było to w którejś z klas 1-3 szkoły podstawowej), ale okoliczności pamiętam, jakby to było wczoraj :) Siedzieliśmy sobie w kilka osób na dywanie w klasie podczas przerwy. Był to okres przedświąteczny, więc każdy brzdąc jarał się jak Londyn w 1666 r. tym, co może dostać pod choinkę. I wtedy wkroczył Wojtuś K. i oznajmił, że jesteśmy głupkami, że wierzymy w Mikołaja. Nie przyjęłam tego jakoś strasznie źle. W sumie konsekwencji i dalszego ciągu tego wątku już nie za bardzo mogę sobie przypomnieć.


   A matury? Jedyne dobre określenie to dziwne. Ani ta z języka polskiego, ani z matematyki nie była trudna. Każda jedna była dziwna. Zorientowanie się, o co chodzi w poleceniach, zajęło mi moment. Przez to we wtorek siedziałam niemalże całe 170 minut. Matematyka poszła mi zadziwiająco dobrze i mam wrażenie, że będzie dobrze, aczkolwiek zawsze kiedy tak jest, wychodzi masakra. Stosuję zasadę pierwszej myśli, czyli staram się nie poprawiać tego, co napisałam jako pierwsze, jeśli tylko wynik wydaje się być realny. Jutro język angielski, a potem tylko czekanie na wyniki.

Buziaki,
A.
Read More

niedziela, 17 listopada 2013

powoli do przodu

   Weekend się kończy, czasu coraz mniej, spraw do załatwienia coraz więcej. Ale olałam na moment, żeby coś tutaj zamieścić. Sprawy związane z Au Pair zajmują mi głowę prawie tak bardzo jak stres szkolno-maturalny. Au Pair to Ziemia, a ja to Księżyc. Nieodwracalnie, cyklicznie, w kółko.


   W sobotę przed 11:00 wyjechaliśmy do Łodzi na spotkanie w Cultural Care Au Pair. Myślałam, że się spóźnimy, ale ostatecznie dotarliśmy przed czasem. Niecałe dwie godziny minęły bardzo fajnie, prowadząca - była operka - mówiła ciekawie, chociaż większość informacji i tak już miałam gdzieś tam zdobytych po przetrzepywaniu for, blogów i innych. Małe interview, uściśnięcie ręki i po wszystkim. Jedno jest pewne - zdecydowałam się. Jadę. Lecę. Dzisiaj nawet zaczęłam wypełniać swoją aplikację online, ale nie sądziłam, że to zajmuje tyle czasu. Jestem dopiero ciut za połową. 

Ach, nie mogę się doczekać!


Lecę wziąć prysznic i zrobić coś z tym cholernym niemieckim. Ugh, czemu to tak zatruwa życie?

A u Was jak, operki?
Read More

środa, 6 listopada 2013

choices

   Po powrocie ze szkoły czekała na mnie niespodzianka - prospekty z dwóch agencji Au Pair, które przyszły pocztą. W sumie nie taka niespodziewana ta niespodzianka, bo sama je zamówiłam kilka dni temu.
Od kilku dni mam wahania samopoczucia i ogólnego zdrowia. Tak też było dzisiaj (i poniekąd nadal jest), ale kiedy zobaczyłam te dwie biało-różowe koperty wielkości mojego zeszytu od matematyki, musiałam je od razu otworzyć. Kiedy na początku roku zapisałam się elektronicznie na spotkanie z byłą Au Pair z Cultural Care, koperta zawierała jedynie coś w rodzaju pisemnego podziękowania za chęć wzięcia w nim udziału. Teraz oprócz tego dostałam kilka ulotek, list i szczegółowy opis spotkania. Bardzo miła zmiana - kolejny powód, by kierować się w stronę CC przy wyborze agencji. Au Pair in America oprócz tego włożyło do koperty ulotkę z opiniami byłych operek.
   Zdaję sobie sprawę, że to chwyty marketingowe (które zresztą nieźle im wychodzą), ale niektórym takie drobiazgi ułatwiają podjęcie decyzji. Mi chyba nie za bardzo. Po małej lekturze tego, co tam znalazłam, mam niezły mętlik w głowie.

DECISIONS ○ DECISIONS  DECISIONS

  Ale żeby wyjechać, to muszę skończyć szkołę. A żeby ją skończyć, to muszę się uczyć, dlatego już mnie tu nie ma. Geografio, nadchodzę.




Read More

sobota, 2 listopada 2013

bliżej, bliżej, coraz bliżej

   Au Pair to temat rzeka. To też temat koło, bo powtarza się cyklicznie co jakiś czas, w kółko mącąc w mojej głowie.

Kiedy?
Teraz?
Może po licencjacie?
Co z tęsknotą?
A rodzina?
A jeśli mnie nie polubią?
A jeśli będę chciała tam zostać?

Takie pytania nawiedzają mnie niemalże codziennie. Męczą, ale posiadanie na nie odpowiedzi jest ważne, jeśli chce się zrobić krok na przód. W którymkolwiek kierunku - czy to do Krakowa, czy nieco dalej, za ocean.

   Na samą myśl jestem przerażona, ale i niezwykle podekscytowana. Znów wkręciłam się w tematykę au pairową. Do tego stopnia, że znajdując odpowiednią datę w terminarzu spotkań z przedstawicielem agencji, umówiłam się na jedno w Łodzi. Za niecałe dwa tygodnie. Pomimo, że wiem, czego mogę się spodziewać (byłam na takim spotkaniu już w lutym), muszę w nim uczestniczyć. Obecność na takim spotkaniu jest obowiązkowa i ma ważność jednego roku, licząc 12 miesięcy do daty wylotu. 

No właśnie - data wylotu. Rozpatrywałam wiele opcji. Od początku czerwca po koniec sierpnia. Najprawdopodobniej będę chciała wylecieć w lipcu, żeby jeszcze na spokojnie odebrać swoje świadectwo maturalne. 

Są ludzie, włączając do tej grupy moją mamę, którzy twierdzą, że najlepszym czasem na wylot byłoby tuż po ukończeniu studiów. Ale to za daleko, za dużo czasu. Za dużo zdarzeń mogłoby mieć miejsce, które mogłyby mieć jakiś wpływ na moje dalsze losy. Zdecydowanie wolę zrobić to teraz. 

Rodzina? Jasne, że będę tęsknić. Zawsze tęsknię. Nawet, kiedy opuszczam dom na tydzień. Mówiąc o Au Pair, mamy na myśli przynajmniej rok. Żyjemy w dobie Skype czy chociażby telefonów. Wydawałoby się, że w takim wypadku o tęsknocie można zapomnieć. Nic bardziej mylnego, że tak polecę Radkiem z Polimatów.

Jeśli hości mnie nie polubią, zmienię ich. Odpowiedź jest prosta, ale wykonanie trudniejsze. Każdy, kto zagłębiał się w tematykę, wie, że ta kwestia jest ciężka do poruszenia przy host rodzinie. Pomimo wszystko to sytuacja, kiedy mówisz im, że ich nie chcesz. Dla mnie byłoby to trudne.

I kwestia pozostania dłużej niż rok czy dwa. Ciężka. Nie do rozpatrzenia w dwóch zdaniach. Marzenie.



"... i żebyś cudze dzieci niańczyła!"
Read More

niedziela, 27 października 2013

pure sunday morning

   Cóż, dzień jak co dzień. Zauważyłam jedynie, że maturalne weekendy różnią się nieco od tych wcześniejszych. Ale nie o tym dzisiaj...
 
   Temat nie jest adekwatny do godziny, o której ten post został opublikowany. A to dlatego, że w sumie piszę go od rana. Piszę, kasuję, piszę, kasuję. Skończy się pewnie na tym, że zostaną same zdjęcia.
Wyjątkowo ciepło dziś. Pamiętam, że dokładnie rok temu na ulicach leżał śnieg, dużo śniegu. Jeśli nie pamiętacie, odkopcie jakieś zdjęcia. Naprawdę tak było. Tymczasem dzisiaj, 365 dni później, siedzę przy otwartym na oścież oknie, piję poranną kawę, zbieram się w sobie, żeby w końcu sięgnąć do książek.


   A w tygodniu był Kraków. Miasto, jakkolwiek inni sądzą (mam na myśli stwierdzenia, że niby przereklamowane), magiczne. Za dnia, w nocy, w centrum i poza nim. Długo się zastanawiałam, czy jechać. Nie dlatego, że nie chciałam odwiedzić go po raz kolejny. Z innych powodów. Koniec końców pojechałam. I nie żałuję, ani trochę. W środę przecież był upał, wszystko błyszczało w promieniach słońca i aż chciało się chodzić po krakowskich ulicach. No, z tym może lekko przesadzam, bo ciężarna przewodniczka przetyrała nas trochę i koło szesnastej już nam się nie chciało. But still, było pięknie. I śmiesznie. I zdjęcia też wyszły piękne (ekhm, Dario :)).
Najlepszy punkt wyjazdu trwał jednak tylko niecałe 15 minut... Spotkanie EBI po dwóch i pół czy tam trzech i pół roku (licząc zależnie od początku mojego obcowania na bh90210-forum.pl czy na degrassirpg.ok1.pl, które /reklama/ obecnie funkcjonuje pod adresem drpg.aaf.pl). Olcyś, szykuj się. Teraz Twoja kolej :D




Read More

czwartek, 10 października 2013

kreatywnym łatwiej w życiu

   Ile to ja czasu zmarnowałam na poszukiwania swojego idealnego, wymarzonego, wymyślonego w głowie perfekcyjnego notatnika/kalendarza/organizera czasu... Mnóstwo i zdecydowanie za dużo. Empiki, Matrasy, Pinokie, Wszystko Po Cztery Złocisze też prześledzone wzdłuż i wszerz. Kiedy okładka już łapała się gdzieś w widełki "jest OK", to po otworzeniu i zobaczeniu, co jest w środku (ohydne kartki, mało miejsca do zapisania danej rzeczy w konkretnym czasie, generalnie mogiła), znowu odkładałam go na półkę ze zrezygnowaniem. Serio. Obiecałam sobie, że w tym roku nauczę się wreszcie gospodarować czasem, a do tej pory nie miałam namacalnej rzeczy, która by mi w tym pomogła.



   I wtedy z pomocą przyszła mi Alina z Design Your Life. W jednym ze swoich wpisów opisała dokładnie te same spostrzeżenia co ja - nie mogła znaleźć dla siebie kalendarza. Co więc zrobiła? Ano zrobiła sobie go sama. 
   Postanowiłam pójść za jej ciosem. Z tym, że mi było łatwiej - Alina zamieściła na końcu swojej notki przykładowe projekty stron kalendarza, które wystarczyło wydrukować. Czymże jest jednak kalendarz bez okładki? Niczym, dlatego trzeba było ją "stworzyć". Chociaż słowo trzeba jest niezbyt odpowiednim, bo to świetna zabawa. I to, co powtarza autorka DYL - kalendarz (czy jakkolwiek można to nazwać) staje się naszym własnym, jedynym, personalnym tworem. 







   Jak to powstało? Gotowy szablon wydrukowałam obustronnie na formacie A4, gotowe kartki  pocięłam na własnej gilotynie do papieru i zdjęć, a potem tylko do punktu bindowania z gotowymi kartkami i projektem okładek na pendrivie. I tego momentu obawiałam się najbardziej. Bałam się, że ktoś nieporadny (albo chociażby niechcący) coś spierniczy. Poprosiłam panią, by wydrukowała mi przednią i tylną okładkę na ładnym, grubszym papierze. Jak się okazało później, papier był grubszy, ale nie na tyle, żeby spokojnie mógł pełnić rolę ochronnej okładki dla giętkich kartek w środku, dlatego pani sama zaproponowała, że po obu stronach założy sztywną przezroczystą folię. Jest też małe niedociągnięcie - babeczka źle ustawiła marginesy i tylna czerwona grafika jest wyrównana nie do tej strony, do której powinna być.

   Po jakichś 15 minutach dzierżyłam dumnie w dłoniach moje 230-stronicowe dzieło. Nie jest to jakość Oxfordu za 50 zł, ale niewielkim kosztem (łącznie kosztowało mnie to może 10 zł) mam coś, co spełnia moje oczekiwania i, mam taką nadzieję, będzie mi dobrze służyć i pomoże mi się wreszcie ogarnąć :)
Category:
Read More

wtorek, 8 października 2013

poniedziałek, 7 października 2013

half birthday

   Nienawidzę zawalać całego weekendu na naukę, żeby obudzić się w nocy i dowiedzieć, że bierze mnie jakieś choróbsko. Odbiera mi to wszystkie pokłady motywacji na nowy tydzień. Nie inaczej jest dzisiaj.
Szczęście w nieszczęściu, że E. przypomniała mi o moim dzisiejszym "święcie", przez co cały dzień śmieję się pod nosem i czekam, czy ktoś oprócz niej wpadł na tak dziwny tok myślenia :)

   Do głowy wrócił mi pomysł kupienia tej jednej jedynej Zara Office Bag (nazywanej również Zara City Bag). Nie jestem żadną modową blogerką, "fashion victim", ani nic w tym rodzaju. Nie podążam za modą (o ile mnie pamięć nie myli, na którejś ze stron wyczytałam, że ta torba to sezon A/W 2012/2013, co mówi samo za siebie, jak śledzę trendy), nie. Po prostu cholernie mi się ona podoba, odkąd zobaczyłam ją u Zoelli (kliknij, a zobaczysz, co mnie w niej zauroczyło). Jest prześwietna, przepakowna, przeprzeprze. Cena jedynie rzuca na kolana.


   Niebawem szykuje mi się też małe Study Nook Makeover. Wszystko w swoim czasie. Zobaczymy, kiedy znajdzie się trochę czasu, żeby wyskoczyć na zakupy i kupić to i owo.
Wiem też, że chcę pisać częściej. Czy mi się uda - tego nie wiem. Czasu jest mało, bo i więcej się uczę ostatnimi czasy, ale zdaję sobie sprawę, że jak się chce, to można.
Read More

czwartek, 26 września 2013

szybko, nieubłaganie

   Czas zapieprza tak szybko, że nie nadążam zrywać kartek z kalendarza. Prawda jest taka, że nim się obejrzymy, będzie Wigilia. Do czego zmierzam? Nie, nie do tego, że równo dwa tygodnie temu oglądaliśmy w dziesięć osób na jednym łóżku "Dirty Dancing" we francuskiej telewizji. Nawet nie do tego, że była to nasza ostatnia wspólna noc, ale do tego, że:


Czy my nieustannie nie marnujemy czasu, robiąc to, czego nie chcemy robić? Niektórzy się pewnie ze mną zgodzą. Może tu chodzić chociażby o szkołę, jest ona tak jakby naszą "pracą". If you don't like your job, quit. Na nasze nieszczęście skończenie szkoły jest raczej konieczne, jeśli chcemy iść na studia. Przynajmniej ja chcę. Ale ten czas można sobie umilać, posiadając jakieś swoje hobby. Ile razy powtarzałeś sobie, że zaczniesz to robić? Cokolwiek to jest - czytanie książki, rozpoczęcie nauki gry na gitarze, rafting, wrzucanie swoich coverów na YouTube, zawsze to odkładałeś, prawda? Zrób coś dla siebie i podejmij pierwszy, a zarazem najtrudniejszy krok. Wypożycz tę książkę, zapisz się na lekcję, znajdź najbliższą szkołę raftingu, załóż konto na YT. Zdaję sobie też sprawę, że mówię to ja - osoba z największym słomianym zapałem, jaką można znaleźć na terenie tego kontynentu, ale w minionych dniach zdałam sobie sprawę właśnie z tej jednej rzeczy:

życie jest jedno i nie wolno nam go zmarnować.

Nawet sama Tatiana mówiła kilka razy, że "jesteśmy młodzi, jeśli czegoś chcemy, to to róbmy, bo później będzie za późno". Ta kobieta jest mądra i należy jej słuchać.
Read More

wtorek, 17 września 2013

España, por favor!

Alcia, będzie wpis na blogu o Hiszpanii? Będzie!
   Takie pytanie padło któregoś dnia, między którymś a którymś łykiem napoju bogów, po którymś z kolei napadzie śmiechu, tuż przed na pewno nie ostatnim uściskiem radości. 

   Dlaczego było tak świetnie? Bo zapierające dech w piersiach widoki? Bo architektura, jakiej nie spotkasz w Polsce? Bo morze ciepłe, a piasek wygodny? Bo super hotel z panoramiczną windą? Bo wieczorki tematyczne? Bo słynne już tri personen i pan w nienagannie białej koszuli pukający do drzwi o drugiej w nocy? Bo Kacper ma łeb jak sklep i pamięta pierdyliard zwrotek różnych śmiesznych piosenek do picia? Bo tylko ja potrafię w niekoniecznie trzeźwym stanie zatrzasnąć kartę i śpiocha w pokoju, a zarazem wyjść bez butów i na bosaka po północy próbować dogadać się z jakimś recepcjonistą w podeszłym wieku bez dolnych i górnych jedynek? (a, Karol, jeśli to czytasz, to dzięki, że poszedłeś wtedy ze mną, bo sama bym się chyba bała tam koło niego stać) Było niesamowicie, bo Murzyni myśleli, że napiją się wody, a to była wódka i pluli dalej, niż widzieli? Bo cały wyjazd kręcił się wokół wódki i najbardziej krypto-parze, o której każdy wie, a sami zainteresowani myślą, że nikt o nich nie wie? Bo prześwietna Juanita codziennie sprzątała ten syf, który zostawialiśmy w pokoju? Bo poznaliśmy Alexa? Też. Ale najbardziej liczą się ludzie, w gronie których spędzasz czas. A ludzie, wokół których ja się obracałam od piątku do następnej soboty, byli najlepszymi na świecie. Aż się ciśnie na usta popularne stwierdzenie "nie ocenia się książki po okładce".

   Zdecydowanie każdy chce powtórki, każdemu jest pusto samemu w pokoju, a nocami przypomina sobie, jak to było kilka dni temu i aż się łza w oku kręci. Teraz pora wywołać zdjęcia, oprawić w ramkę i cieszyć ryja przy każdym rzuceniu okiem na te cudeńka. A do wszystkich, którzy czytają koniec tego wpisu i jednocześnie byli na tym wypadzie ze mną:

JESTEŚCIE WSPANIALI!






Read More

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

way too fast

   To już miesiąc minął od ostatniego wpisu? Kolejny dowód, jak szybko wakacje spierdzielają mi sprzed oczu i świadomości. Dopiero był 28 czerwca, przywitanie Ali w kraju, całe dwa miesiące przed nami. Lipiec jakoś przemknął, ale piątego sierpnia poczułam drugi raz, że jest lato, jest wolne, jest cudownie. Pięć dni z przyjaciółmi w miejscu, które kocham - nie mogło być lepiej. No, może ciut ciut. Zdecydowanie polubiłam podróżowanie pociągami. Nawet tymi naszymi, rodowitymi, polskimi :) Wyszło tanio, z wrażeniami i przede wszystkim, co najważniejsze - śmiesznie. Uśmiałam się za wszystkie czasy.

pewnego razu na Dzikim Zachodzie
   Jutro znów tam wracam. Nie mogę się doczekać, a wizja pakowania wcale mnie nie odrzuca.

Do tego wszystkiego dochodzi myśl, że 2 września zaczyna się ten niby "najcięższy" rok w karierze naukowej. Serio? Bardziej martwię się o to, jak poradzę sobie z ogarnięciem studiów i lokum zza oceanu. Taaak, ale najpierw trzeba w ogóle wiedzieć, co się chce w życiu robić. Postaram się jednak posłuchać Laski, może wyjdę na ludzi.
W życiu trzeba sobie zadać zajebiście ważne pytanie. Co chce w życiu robić. A potem zacząć to robić.
Read More

czwartek, 25 lipca 2013

the sooner the better

   No i znowu wsiąknęłam w ten temat. Temat Au Pair Cultural Care krąży w mojej głowie non stop od jakichś dwóch tygodni. Po maturze? Po licencjacie? Ciągłe dylematy, ale cel jeden i niezmienny. Są też myśli, które wcześniej nie przychodziły - a co, jeśli sobie nie poradzę na początku z językiem; co, jeśli trafię na rodzinę, z którą ciężko mi się będzie dogadać (a bywa tak dość często podobno); co, jeśli będę tęsknić (a wiem, że będę, bo zimną suką nie jestem i rodzina z przyjaciółmi znaczą dla mnie wiele). Jaki stan? Ja sobie mogę chcieć, a kto MNIE będzie chciał, do końca będzie zagadką. Oglądając to, co kręci Julita Galwa, czyli była operka (a obecnie została w Stanach i tam też studiuje), Los Angeles robi ogromne wrażenie i zazdrość wielka, że dla niej jest to po prostu codziennością. Były małe wątpliwości, ale teraz, po obejrzeniu kilku filmików na YouTube jestem pewna. Czerwiec 2014 - here I come. Wypadałoby powoli zacząć ogarniać cały proces aplikacji, szukania rodziny i innych. Damn, so excited... :)
   Kolejna sprawa, czyli studia. Wszystko się zmienia jak w kołowrotku. Od dawna omawiana geodezja chyba idzie powoli w zapomnienie. Możliwości na maturze mam niewielkie, bo zakres przedmiotów, z których jestem w stanie wyciągnąć satysfakcjonujące wyniki, jest dość wąski. Czas spiąć pośladki i zacząć myśleć poważniej i konkretniej, bo wrzesień praktycznie za pasem, a nie chciałabym obudzić się z ręką w nocniku w styczniu czy tam lutym. Publicznie chyba jeszcze nie będę gadać, co obecnie chodzi mi po głowie. Niech się to stanie najpierw bardziej możliwym, a potem będzie można uchylić rąbka tajemnicy.
Read More

czwartek, 20 czerwca 2013

heaven is a place on earth

Jezu, już jestem po i wiem, że zaraz zacznie mi się depresja pokoncertowa, więc jak jeszcze jestem na tym magicznym haju, to opiszę ten przezajebisty dzień. Jak ktoś nie chce, niech nie czyta, nie zmuszam.
   Wstałam lekko po piątej nad ranem, szybkie ogarnięcie i po szóstej byliśmy pod Oli domem. Zabraliśmy ją do wozu i w długą. Do przejechania ponad 400 km, a chciałyśmy być pod PGE Areną już o 10:00, co na wstępie już było wiadome, że jest niemożliwe. Fajnie nawet się jechało, bo częściowo nową autostradą. W ogóle ładne krajobrazy i takie tam, ale wiadomo, że w mojej głowie siedziały rzeczy, które były milion razy fajniejsze od zielonej trawki i małych domków.

Ciągle pospieszałam kierowców, postoje były torturą, ale kiedy zobaczyłam o 12:00 zieloną tabliczkę "Gdańsk", to wszystkie moje nerwy zniknęły. Za 20 minut byliśmy na miejscu i tamci pojechali sobie na miasto, a my szukać dobrej bramy. Na wstępie trzeba powiedzieć, że organizacja była gorzej niż beznadziejna. Znalazłyśmy cztery bramy, z czego jedna w ogóle zamknięta tuż przy ulicy, że nawet nie można było wejść pod barierki. Dwie inne pod wiaduktami, więc było fajnie, zimno, ale brak czegoś takiego jak TOITOI. Potem było szukanie sklepu, bo usychałyśmy z pragnienia. Po 3 kilometrach marszu znalazłyśmy to, co chciałyśmy i z powrotem pod bramę. Tylko którą? Pod tą z numerem 12 był cień i przenośne kibelki, ale to nie było wejście dla zwykłego goldena, więc szukamy dalej. Brama numer 11 - praktycznie zero ludzi, cień, chłodek, ale brak kibelków. Poszłyśmy pod tą dziesiątkę, która była zamknięta i okazało się, że łaskawie otworzyli wejście i można było pod bramę podejść bez problemów. Są kibelki, brak cienia, ale zostałyśmy tutaj, żeby już zająć miejsce jako pierwsze.
   Godzina 14:15. Ludzi jak na lekarstwo, a ja chciałam być o 10:00... Tak naprawdę zaczęli się schodzić koło 15:00-15:30. Obok nas dwa małżeństwa ze Śląska. Koleś tak przezabawny, że te kolejne dwie godziny minęły, jak z bicza strzelił. Szkoda, że zapomniałam zapytać, czy kolo z fanklubu i jaki nick.
   Godzina 16:00 - ktoś poruszył za bramą barierką, wszyscy nagle wstali, myśląc, że chcą nas już wpuścić. Nie mogli być bardziej mylni. Ale skoro już wszyscy wstali, to stałyśmy, czekając na tą zbawienną godzinę otwierania bram. W międzyczasie oczywiście spekulacje, czy wpuszczą z wodą, z aparatem, jedzeniem i tak dalej. Otworzyli bramy, Ziółkowska jako pierwsza ruszyła do selekcji. Babka sprawdziła bilet, spytała tylko, czy nie mam aparatu i byłam wolna. Szybki luk na Olkę i BIEGIEM do odpowiedniego wejścia. Tam nas zametkowano odpowiednią bransoletką i kolejny bieg w stronę płyty. Panowie sprawdzali bransoletki i wpuszczali tych, którzy mieli odpowiednie numerki. Takim sposobem, koło 17:30 stałam na Goldenie i czekałam na support - Irę.


a tu, gdzie żółta kropeczka, to ja sobie stałam cały koncert

   Wkurzało mnie to, że ludzie rozłożyli się pod barierkami jak na plaży, zajmując tym samym dwa razy więcej miejsca. Aha, nie wolno było wnosić picia, bo półlitrowy papierowy kubek Coli i UWAGA wody mineralnej kosztował osiem złotych. Mimo to Olka poszła w kolejkę, ale jak zobaczyła, że 30 minut stania, to zrezygnowała. Później gorzko tego żałowałyśmy.
   Aż do 18:40 po prostu stałyśmy, rozglądałyśmy się, ogarniałyśmy sytuację i nadal nie wierzyłyśmy, gdzie jesteśmy i co robimy. W międzyczasie zauważyłam, że po Diamondzie chodzi Ricki, Junior Admin fanklubu, i rozdaje tuby ze świecącymi bransoletkami, a że bramę 10. ominięto przy rozdawaniu przed koncertem, to szybko go tu zawołałyśmy i pięknie nam jedną tubę dał. Już byłyśmy prawidłowo wyposażone.
   No, weszła Ira. Dobrze rozgrzali ludzi, dobrze grali, mi się podobało. Gadowski tylko wspomniał, że nie dali im zrobić próby, a jeszcze wykreślają im z sety kolejne piosenki. Chyba był nieco wkurzony, ale zrobili dobre show. Skończyli koło 19:30.
   Następnie na ekranach pojawił się napis "Showtime in 30 minutes". Wszyscy czekali zniecierpliwieni. Mnie stopy bolały niemiłosiernie i miałam wrażenie, że co chwilę może mnie złapać skurcz w stopę, autentik. Do tego ostatni płyn, jaki miałam w ustach, to była Fanta o godzinie 14:00.



   I wtedy zawrzało. Było głośne odliczanie, a okazało się, że BJ przyszli i tak przed czasem. Najpierw dali piosenkę z najnowszej płyty (What The Water Made Me), której nie lubię, więc słowa jako tako, ale i tak olałam ból stóp i skakałam jak popieprzona. O pisku nie wspomnę. Pan przede mną chyba mnie nie lubi. Potem You Give Love A Bad Name, więc było jeszcze lepiej, a na Raise Your Hands był jeszcze większy las rąk, krzyku i wszystkiego innego, przez co teraz zdycham. O ile dobrze pamiętam, to po tej piosence Jon tam coś wspomniał, że nie wie, jakim cudem 30 lat zajęło im przyjechanie do Polszy na koncert i że jesteśmy zajebiści. KLIK
   I wtedy przyszedł czas na pierwszą atrakcję wieczoru. Panowie zaczęli intro do Born To Be My Baby, a Jon stanął jak wryty i prawie się popłakał. Nie wiedziałam, o co chodzi, bo kompletnie o tym zapomniałam, ale kiedy ludzie zaczęli się odwracać, odwróciłam się i ja. Wtedy zobaczyłam to:



   Później kolejno Lost Highway, Runaway, It's My Life, Because We Can, What About Now, We Got It Going On, Keep the Faith, (You Want To) Make A Memory, In These Arms. Po tym usłyszeliśmy pierwsze dźwięki Captain Crash & the Beauty Queen from Mars i zgodnie z zaistniałą już tradycją na europejskiej trasie wyciągnęliśmy konfetti (to znaczy wyciągnęli, bo ja oczywiście zapomniałam kupić) i zaczęliśmy sypać po sobie, po scenie, tak było fajnie. Tamten się uśmiał jak głupi do sera. :D Potem We Weren't Born to Follow, Who Says You Can't Go Home (takie tam machanie rączkami), Rockin' All Over the World. Następnie medley I'll Sleep When I'm Dead/Start Me Up. Przed półminutową przerwą jeszcze Bad Medicine. Był ogień!
   No i zeszli ze sceny. To był moment, kiedy wszyscy na płycie wyjęli te czerwone bransoletki, a na trybunach włączyli wyświetlacze telefonów. Jak oni to zobaczyli, to byli w niezłym szoku, widząc tą powstałą czerwono-białą flagę na całym stadionie. Ale my też byliśmy w szoku. "Zarząd" polskiego fanklubu przygotował specjalny prezent - koszulkę dla Jona. Zapakowali to w ładne pudełko i jakoś mu przekazali. Zastanawialiśmy się, czy może jej nie założy czy coś, ale jak wyszedł w niej dumnie się prezentując, to wszyscy i tak byli w szoku.



   Encore zaczęli od Someday I'll Be Saturday Night. Później kultowe Wanted Dead Or Alive, ale... to nie to samo bez Sambory. Niestety. Phil X w zastępstwie może być spoko, ale gitara Sambory jest unikatowa, jest skarbem, a Phil może tylko próbować go naśladować. Początek Wanted i ogólny widok na te światełka i w ogóle.. Potem Have A Nice Day i wszędzie pojawiły się smirki:



   Po HAND był Superman Tonight, za którym osobiście nie przepadam. Ale później... Damn, jakie to było niesamowite. Kamery zwróciły się na gościa pod sceną, który trzymał kartkę z napisem "If you sing Never Say Goodbye, I ask her if she'd marry me" czy coś takiego. I ZAŚPIEWAŁ. Ale nagranie tej chwili TUTAJ. Oczywiście jak większość się popłakałam (nie pierwszy raz zresztą).
   A ta piosenka była najlepszym wykonem koncertu. Livin' On A Prayer. Patrzcie na 4:45 - KUCA 30 CM ODE NIE I SIĘ DO MNIE UŚMIECHA. No, 2 cm dzieliły moją dłoń od jego dłoni... Bo jakiś babsztyl mnie popchnął. Kuźwa. Ale i tak poczułam powiew wiatru jego ręki <serduszka_miliard>


stał tu! STAŁ KOŁO MNIE!


   Na koniec Always. Był już trochę zmęczony, co było widać i słychać, ale dał z siebie wszystko. Było cudownie.



A najlepsze jest to, że wszystkie kraje będą nam zazdrościć - koszulki, setlisty, flagi, dwukrotnego zejścia na catwalk, zbijania piątek z fanami, świetnego humoru i żartów.


I nigdy nie doświadczyłam płaczu szczęścia. Owszem, jakieś przejawy maksymalnej radości były, ale nigdy tak, że stoję i nagle zaczynam się śmiać i płakać. A tak było, jak chłopaki pojawili się na scenie. I nadal w to wszystko nie wierzę i mam ochotę się uszczypnąć. Obiecali, że wrócą, ale już w 2000 roku obiecywali, że będą i dupa, 13 lat czekania. Ale jak trzeba, poczekam.
DAMN, JAKIE TO BYŁO ZAJEBISTE.
I o ile przed koncertem mało słuchałam ostatnimi czasy BJ, tak poprzez koncert moja cała miłość do zespołu zebrana przez cztery lata pomnożyła się razy miliard. Na żywo to na żywo, niesamowite uczucie. Tego MIMO WSZYSTKO nie da się opisać.






PS. Ponoć w Irlandii w gazetach pisują, że dostaliśmy najlepszy koncert w całej trasie.
PS2. Nie muszę chyba mówić, że... nie mówię? :D Straciłam głos w drodze powrotnej.
Read More

czwartek, 30 maja 2013

IMHO

Kurwica mnie strzela, kiedy po raz n-ty zmieniam coś w kodzie, wszystko w podglądzie wygląda pięknie, a na koniec i tak widać krzaki i nic więcej. I tak to zmienię. Ale nie teraz, nie mam już sił i ochoty. Nie chce mi ktoś pomóc?

Trochę mnie tu nie było. To był taki intensywny miesiąc! Szkoła, prawko, egzaminy, smutny epizod w międzyczasie, ale jednak mimo wszystko jestem tu, gdzie jestem i mam się dobrze. Życie się rozpędza. Przynajmniej tym razem w dobrą stronę. Wszystko na to wskazuje bądź co bądź. Tylko musiałam mocną maskę założyć na siebie. Nie taką, dzięki której człowiek staje się inną osobą i kreuje własną postać, nie. Taką, dzięki której nikt niepożądany nie będzie miał do ciebie dostępu. Z drugiej strony to działa jak lustro weneckie. Szukam. Badam. Doświadczam.
Read More

środa, 1 maja 2013

niedziela, 21 kwietnia 2013

done

Za dużo marnotrawienia czasu, który jest w tym momencie tak cholernie cenny, że wymierające rysie to pikuś. Trzeba było coś z tym zrobić i znowu postawiłam wszystko na jedną kartę. Albo się uda, albo nie, ale przynajmniej podjęłam jakieś kroki. No i czekam na poprawę.
Jest godzina 17:00, a za oknem piękne słoneczko. Pomyśleć, że dwa czy trzy miesiące temu o tej porze było ciemno, zimno i nie chciało się nosa wyściubić zza drzwi domu. Okej, tylko zbliża się koniec roku i te dwie sprawy ze sobą raczej nie współgrają. Bo jak mam siedzieć w domu i zakuwać słówka z niemieckiego, kiedy na dworze wiosna rozkręca się w najlepsze? No nie da się, nie da. Pocieszający jest fakt, że niebawem weekend majowy. Połączony z maturami daje kilkanaście dni wolnego, których niewykorzystanie jak najmocniej byłoby po prostu grzechem. Do tego w głowie kłębią mi się myśli dotyczące małych zmian w moich czterech kątach i tych bardziej przyszłościowo-życiowych. Tak też się zadziało po wizycie wujaszka zza oceanu, który nakładł mi trochę do głowy pozytywnych rzeczy i generalnie wszystko reasumując, powiedział, żebym korzystała z życia, póki mogę i spełniała swoje marzenia, bo druga okazja może się nie nadarzyć. Zamierzam wcielić w życie wszystkie plany, które przyszły mi do głowy po tej rozmowie. Najbliższy cel? Prawko w ręku do 19 czerwca. Chociaż Pan Jarek i tak ostatnio śmiejąc się, stwierdził, że dłużej mnie nie chce trzymać i mam zdać jak najszybciej. Chyba się go posłucham. 
A mówiąc o instruktorach jazdy... Tak, ostatnio wspólnie doszłyśmy do wniosku, że to kolejna grupa zawodowa, która ma zajebiste życie. Pod kilkoma względami. ;)


Read More

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

let the revolution take it's toll


Och, życie!
Aż musiałam sprawdzić, kiedy ostatnio coś tutaj pisałam. 29 marca. Niby wcale nie taki duży kawał czasu, a wydarzyło się tyle, że mogłabym napisać tom jakiejś niesamowicie zawiłej sagi. Święta jak Święta, takie to dziwne wszystko. Śnieg? Rly? Przez parę godzin było śmiesznie, potem w sumie smutłam, bo po tak długiej zimie marzyłam o przyjemnym świątecznym spacerku, z zachodzącym słońcem, okularami na nosie i uśmiechem na buzi. No cóż, nie było mi to dane tego roku. 
Tak mi właśnie zleciał ten tydzień i parę dni. Święta, impreza urodzinowa, trochę rozruchu i znów weekend. I właściwe urodziny. I było bardzo przyjemnie. Chociaż nic się raczej nie zmieniło. Żadnych wielkich rewolucji z tym związanych nie planuję. No, chyba, że rewolucją nazwać można założenie sobie konta w banku i, tfu tfu, zdanie egzaminu na prawo jazdy. Ot, urodziny. Wszyscy wkoło je teraz obchodzą, żaden wyjątek. Ja nawet człowiekiem nerwowym nie jestem, żeby powiedzieć "wreszcie pójdę na piwo bez stresu, że zapytają o dowód" (który notabene mam już od początku gimnazjum, teraz to w sumie nawet już drugi). Fakt, jakaś większa przestrzeń się otworzyła, więcej możliwości, ale to tylko złudzenia jak mniemam. Life goes on. Było, minęło. Oby do wakacji.

osiemnastkowego stuffu część pierwsza


Read More

piątek, 29 marca 2013

I'm a lonely bo...


Powiem szczerze, że muszę niemalże odgrzebywać klawiaturę spod sterty pierdół, papierków i przeróżnych innych śmieci, które zalegają na biurku. A nie powinny. Niedawno obiecałam sobie, że będę żyć w porządku i ładzie, jak na miłą i przykładną licealistkę przystało. Muszę mieć równowagę życiową, żeby móc w przyjaznym otoczeniu oddawać się godzinom nauki. Tak, skończyło się na tym, że nie wiem, co gdzie mam, a ubrania i inne drobiazgi giną jeden po drugim. Zapewne są gdzieś za którymś kubkiem czy tam książką. Cholera, miałam zwinnie nawiązać do tego, że Wielkanoc za pasem, a ja nadal nie posprzątałam ani skrawka pokoju, a nie rozpisywać się na temat swoich złych nawyków. Zła Ala, zła.
Chodzi mi po głowie sprawdzenie siebie w nowym projekcie. Nie chcę mówić, o co chodzi, żeby nie zapeszyć, ale byłoby naprawdę fajnie, gdyby się udało. Nie wiem tylko, czy jestem na tyle odważna, by spróbować. Póki co nadal śpiewam w domowym zaciszu, wstydząc się z tym wyjść poza cztery ściany. Nadal robię wiele rzeczy, z którymi się nie ujawniam. To skrywanie części swojej osobowości jest całkiem zabawne. 

Powoli zawijam się do szorowania i zamiatania, ale zanim to nastąpi, to chciałam tylko życzyć wszystkim wszystkiego najlepszego, o. :)


PS. Tyle wrażeń w ciągu jednego tygodnia to dawka co najmniej zabójcza.
Read More

sobota, 23 marca 2013

one day baby, we'll be old


jak mi nie padnie komputer przed końcem pisania tego posta, to będzie 1:0 dla mnie

Wstaję rano (rano, 6:40), idę do kuchni spojrzeć na termometr. Kurwica mnie strzela, bo widzę 13 stopni pod zerem. Jak tu teraz doprowadzić się do porządku i z uśmiechem na ustach wyjść z domu za dwie godziny? No nic, szybka kawa, jogurcik, łazienkowe sprawy i przed dziewiątą byłam już poza domem. Ale przed jedenastą zaczęło się rozjaśniać. Wyszło słońce. I to wtedy, siedząc z farbą na głowie, zaczęłam rozkminiać, że w sumie, to ta minusowa temperatura ładuje mi akumulatory. Dzień był (i trochę poniekąd nadal jest) senny, ale teraz wreszcie czuję, że coś zaczyna. Coś dobrego. Chyba wiosna wreszcie zawitała w mojej głowie. Oby zagościła na długo. 


Starzeję się.
Read More

wtorek, 19 marca 2013

the 20/20 experience

Cześć. Dziś jakoś tak nie mam większego tematu do omówienia. Nic też nadzwyczajnego nie wydarzyło się w moim nudnym życiu. Dlaczego więc piszę? 
Ano tak mnie natchnęło, bo siedzę pod kocykiem, z ciepłą herbatą earl grey od Liptona (którą ubóstwiam wręcz, ale nazwy nie pamiętam) i słucham nowego krążka Justina Timberlake'a. Dlatego tytuł wpisu jest taki, a nie inny. Minęłam już połowę płyty. Co mogę napisać na ten temat? Cóż, to ponoć jego "wielki powrót" po sześciu latach pracy. Czy owocnej? O tym później. W sumie sześć lat to dużo. Sześć lat temu miałam 12 lat, szłam do gimnazjum. Mój gust muzyczny z perspektywy czasu był, jaki był - słaby. Ale pewnie każdy patrzy w ten sposób na swoją "dziecinną" przeszłość. Każdy z nas był mały. Chłonęłam to, co podsuwało mi pod nos MTV czy VIVA. Niekoniecznie słuchałabym tej muzyki dzisiaj. Czemu wracam do tych zamierzchłych czasów? Jakoś wtedy pierwszy raz usłyszałam kawałki, które stworzył Timberlake. Później był duet z Madonną, później coś jeszcze. Cholera, podziwiam faceta. Nie chcę się rozwodzić nad tym, jaki jest. Chociaż w sumie gdyby ktoś nie chciał tego czytać, wyłączyłby kartę przeglądarki już po czwartym zdaniu, kiedy smęciłam o herbacie i kocyku. Ale wracając do Justina. Ma 32 lata (aż musiałam się upewnić i sprawdzić w Google, bo dla mnie wciąż jest dwudziestopięciolatkiem), żonę, żadnych skandali na koncie i najważniejsze - talent. ALE wracając do płyty tym razem... Czytając zapowiedzi, spodziewałam się czegoś wielkiego. Czegoś, po czym po przesłuchaniu dwóch, góra trzech piosenek usiądę, kopara mi opadnie i krzyknę "WOW!", albo z drugiej strony zaniemówię i będę próbowała się pozbierać po kilku minutach. No niestety tak nie było. Hmm, "niestety" może nie do końca jest dobrym słowem. Ani nie jestem koneserem tego typu muzyki, ani nie znam jego twórczości na tyle, by móc bez wahania odnieść się do jego wcześniejszych... "tworów". Po prostu jak dla mnie to jest dalej ten sam świetny J. T. ze swoim nieziemskim flow, wpadającym w ucho bitem, a na teledyskach wciąż niezmiennie nieziemsko się rusza.
Obecnie w tle leci dziesiąta piosenka. Mogę stwierdzić, że to dobry krążek do samochodu, niekoniecznie do sprzątania mieszkania. Jest dobrze, bo mam przeczucie, że niedługo znów włączę sobie go od nowa i przesłucham, odkrywając nowe perełki. Także tego... Polecam. :)

I po raz kolejny chwalę sobie Spotify. Bez problemu w dniu premiery mogę przesłuchać całą płytę w świetnej jakości, nie łamiąc jednocześnie praw autorskich. Oczywiście złamię je, kiedy będę chciała wrzucić ją na iPoda, ale w tym momencie czuję się jakoś lepiej. :)




PS. Ostatnia piosenka na krążku najbardziej oddaje jego charakterystyczny klimat, klimat Timberlake'a. Polecam.
Read More

czwartek, 14 marca 2013

jerk it out


Tak bardzo mi się nic nie chce. Leniwe śpiewanie I need a dollar dollar, a dollar is what I need to jedyne, na co mnie stać dziś wieczorem. Jak pomyślę o jutrzejszej geografii, to mnie krew zalewa. Kolejna w tym tygodniu? Seriously?

Znalezienie swojego kolejnego "ulubionego czegoś" to chyba jedno z lepszych doświadczeń w życiu człowieka. I wiem to z autopsji, Ty pewnie też. Ciekawość zżera "jak będzie następnym razem". Nie możesz doczekać się terminów, co chwilę sprawdzasz w kalendarzu, kiedy wreszcie "ten" dzień. Jeden lubi pomarańcze, inny jak mu nogi śmierdzą, a ja lubię jeździć.


Read More

środa, 6 marca 2013

years


No disrespect but that's how I am.

Dziś będzie krótko, a przynajmniej krócej niż ostatnio, bo i czasu mniej. Szkoła goni, kurs na prawo jazdy doszedł w międzyczasie, pozaszkolne obowiązki też dają o sobie znać i czasem zapominam, jak się nazywam. Ale znajduję przynajmniej czas na wysypianie się - minimum siedem godzin i do tej pory idzie mi nieźle.
Czując pustkę po minionych feriach w kwestii deski, zaczęłam szukać jakiejś alternatywy na ciepłe dni wiosny czy lata. No i wyszperany został LONGBOARD (<- klik), często mylony ze zwykłą deskorolką. Na razie robię rozeznanie w temacie, przeszukuję fora, wypytuję ludzi, szacuję, jaki majątek czeka na mnie do wydania... Z tym majątkiem to nieco przesadzone stwierdzenie, ale niestety fakt jest faktem, że ten sport, jak na przykład bierki, do najtańszych nie należy. Dlatego czeka mnie przemyślenie wszystkich "za" i "przeciw", a potem podjęcie decyzji. Oby była z dobrem dla ogółu. Pod TYM linkiem można zobaczyć dziewczyny z Longboard Girls Crew Poland w akcji. 





Read More

wtorek, 26 lutego 2013

wildcat


Także tego. Było, minęło. Choleeera, było niesamowicie, co ja gadam! Co prawda nie udało mi się przezwyciężyć własnego lenistwa i zgodnie z przewidywaniami pierwszy tydzień ferii minął mi na leżeniu, spaniu, oglądaniu filmów czy seriali, wychodzeniu wieczorami ze znajomymi. A miałam takie ambitne plany godne Einsteina. No teraz to już się nie zdziwię, jeśli mnie nie nominują do Nobla. Sama sobie na to zapracowałam.
Ale góry... Cóż, nie ma nic piękniejszego od gór. Naprawdę. Trudno mi uwierzyć w to, że ktoś mógłby nigdy ich nie odwiedzić w życiu choć raz. Jeśli do tej pory tego nie zrobiłeś, Drogi Czytelniku, to zrób to najszybciej, jak tylko się da. I ja mimo wszystko najbardziej kocham Tatry. Polskie czy słowackie, są niesamowite. Zimą czy latem, wiosną czy jesienią, zawsze powalają na kolana, a dech zapiera w piersiach. Do tego są wielozadaniowe - latem niezmierzone wędrówki szlakami, zimą sport. Nie twierdzę, że w zimie chodzenie po górach nie jest fajne. Dla mnie chyba jest to jeszcze zbyt niebezpieczne. Nie mam sprzętu, doświadczenia i chyba jednak odwagi. Ale chęci są! Zimą wskakuję na deskę i katuję się do upadłego. Podchodzi to trochę pod masochizm, bo po kilku dniach umieram z bólu każdego skrawka mięśni mego ciała, ale to jeden z tych satysfakcjonujących bóli. Leżysz wieczorem w łóżku i mimo bolączki myślisz sobie, że takie życie ma sens i jest fajnie. I szkoda, że hajsu nie ma na dwa tygodnie w zimie. Tydzień zdecydowanie za szybko zleciał. Pocieszający jest fakt, że następne ferie zimowe za niecałe 11 miesięcy. Dzięki Ci, K., za cierpliwość przez te trzy dni. :) Do zobaczenia zatem!


A jeśli chodzi o powyższe zdjęcie, to nadal ślicznie proszę o klikanie "Lubię to!" pod nim w galerii konkursowej - KLIK. Obecnie idę łeb w łeb z kimś innym w walce o trzecie miejsce. Naprawdę byłoby miło sprawić mamie niespodziankę. Liczę na Was. :)
Read More

sobota, 16 lutego 2013

that's not my name



Pakowanko pełną parą. Przynajmniej za ścianą U mnie natomiast busz i burdel od samego rana. Czy tylko ja nie potrafię i nie lubię się pakować? Siedzę od rana, czytam cholernie dobrze aspirującą książkę, muzyka w tle umila mi czas, ale za nic nie mogę się ogarnąć, by coś tam wrzucić do walizki. Do tego siedzę teraz ze świadomością, że przespałam, przeleżałam, przesiedziałam, przepiłam, przesłuchałam całą połowę ferii, zamiast uczyć się Roalda Dahla, pisać FCE i rozwiązywać arkusze z IELTS-a. Biorę książki w góry i przynajmniej będę stwarzać pozory. 

Słuchając radia Spotify, do głowy zaczęły mi przychodzić pewne fakty z przeszłości. Przypomniał mi się James Morrison, którego słuchałam, będąc w szóstej klasie podstawówki, czy tam w pierwszej klasie gimnazjum. Gwen Stefani, ideał piękna z wczesnego gimnazjum. The Cardigans, bo oglądaliśmy "Romea i Julię" w gimnazjum. Dido, ale to już środek podstawówki. Poza tym odkryty na nowo John Mayer, The Killers i Franz Ferdinand. Tylko czemu życzą sobie 20 dolców za możliwość mobilnego słuchania...?
Read More

wtorek, 12 lutego 2013

one step closer

Zaraz, zaraz... Przecież przedwczoraj były Święta. Ach, tak. Zapomniałam, że czas zapieprza nieubłaganie i już ferie zimowe, na które i tak kazano nam czekać najdłużej, bo takie małopolskie już dawno zapomniało, że je w ogóle miało. No cóż, nam przystało kiwnąć głową w podziękowaniu, że są i modlić się, że Ślązacy jednak zostaną w domach i nie wyruszą na stoki, bo wtedy to już kaszanka do sześcianu.

I'm doin' fine.

Papież abdykował, kolejny gorący temat dla mediów. Pomijając fakt, że obecnie Kwejk składa się tylko z Grey, kotów i memów o Benedykcie XVI, to ma to pewną dobrą stronę - nastał dzień, w którym na Pudelku nie było cycków Siwiec. O losie,  tyle czekaliśmy.


Białko, nadchodzę. Czekałam o rok za długo.
Read More

sobota, 2 lutego 2013

25 faktów o mnie

1. Będąc małym dzieckiem rozklejałam się przy "Lulajże Jezuniu". Trwało to chyba do końca pierwszej czy drugiej klasy szkoły podstawowej.
2. Miałam okres w swoim krótkim życiu, kiedy byłam święcie przekonana, że chcę iść do
PWSFTViT czy ASP.
3. Nienawidzę, gdy ktoś się spóźnia, a sama nigdy nie przychodzę na czas.
4. Kiedyś maniakalnie grałam w "Zagadki Lwa Leona".
5. Kocham śpiewać, ale publicznie zjada mnie trema.
6. Przy pierwszym spotkaniu z nieznajomą osobą jestem trochę wycofana i trzymam dystans, ale po jakimś czasie zachowuję się tak, że można by uznać mnie za jakieś psycho.
7. Przez pierwsze siedem lat swojego życia miałam proste włosy. :)
8. Mój gust w wszelakich dziedzinach cyklicznie się zmienia.
9. Często płaczę.
10. Nie potrafię przyznawać racji.
11. Zdarza się, że zadaję pytanie, znając na nie odpowiedź.
12. Nie umiem pracować w grupie.
13. Jestem niesamowicie zaborcza i zazdrosna, jeśli w grę wchodzą bliskie mi osoby.
14. Nigdy nie byłam na koncercie "większego kalibru".
15. Z ulubionych przedmiotów mam najgorsze oceny.
16. Uwielbiam tańce latynoamerykańskie.
17. W wielu kwestiach trudno mi obrać daną stronę. Chodzi o to, że czasem dwa zupełnie skrajne i przeciwstawne stanowiska wydają mi się być dobre.
18. Chciałabym kiedyś napisać książkę. Ale kiedyś.
 19. Lubiłam Jacksona, zanim to było modne.
20. Fascynują mnie rzeczy handmade, scrapbooking, wszelakie DIY, ale wydaje mi się, że mam kompletnie dwie lewe ręce i zero wyobraźni.
21. Z jednej strony nie chciałabym mieć dzieci przed trzydziestką, a z drugiej chciałabym, żeby moje dzieci miały młodych rodziców.
22. Połowa nauczycieli w mieście to znajomi moich rodziców.
23. Nie ma dalszego wyjazdu, na który bym czegoś nie zapomniała spakować do walizki.
24. Przez osiem lat jeździliśmy z rodzicami na wakacje lub zimą do tego samego miejsca (łącznie byliśmy tam chyba z 20 razy). Czarna Góra koło Bukowiny Tatrzańskiej, polecam.
25. Nie lubię mówić o sobie.
Read More

środa, 23 stycznia 2013

give a little more

Szkoła pochłonęła mnie w całości, a i tak wszyscy i wszystko wokoło mówi mi, że mogłoby być lepiej. Ale czy zawsze tak nie jest? I tu nie chodzi tym razem o moje wygórowane ambicje, bo w tej kwestii ostatnio spuściłam z tonu.
Z tego co pamiętam, nie wspomniałam w tym roku o żadnych "noworocznych postanowieniach", które będąc w istocie bujdą na kółkach, wciąż tak popularne wypisywane są w pamiętnikach, na blogach i ustanawiane "na gębę" gdzieś tam w głębi serca przez ludzi różnej maści. Przypomina mi się od razu styczeń zeszłego roku, mnóstwo obietnic zmian, poszerzania horyzontów i licytowania się z bliskimi, kto w grudniu będzie mógł się pochwalić dobrnięciem do ustalonej sobie "mety". Dlatego ten zwyczaj traktuję bardziej jako elastyczne pomysły na przyszłe dni czy miesiące, a nie jako cele, do których kurczowo i bez wyjątków muszę dążyć. Jeśli się uda, to fajnie. Jeśli nie, to zawsze jest rok 2014. :) Ale co Ziółkowska chciałaby poczynić w tym, który dopiero co się rozpoczął? O losie... Podróże. Zdecydowanie. Jeden kierunek jest już i mi, i Wam chyba dobrze znany. Wyspy odwiedzę najprawdopodobniej w wakacje. Zostaje jeszcze Paryż, aczkolwiek powiedziałabym raczej, że to cel bardzo ciężki do zrealizowania. I pod względem funduszy, jak i czasu. Niestety, jestem ciut za półmetkiem mojej licealnej edukacji i nie wchodzi w grę wypad na weekend do Paryża w roku szkolnym. Dzieci nauczycieli także wiedzą, o co mi chodzi. ;)
A co ze mną? To raczej nie jest postanowienie, ani żaden cel. To mus. Nie mogę się tak przejmować. Czymkolwiek. Na równi znajduje się wyeliminowanie podłego nawyku, który niech jednak pozostanie moją prywatną tajemnicą. Jednocześnie dziękuję pewnej osobie za wczorajszą rozmowę, która chyba uzmysłowiła mi, gdzie leży złoty środek w tym wszystkim. Ostatnią zmianę na 2013 rok wdrożyłam w życie już tydzień temu. 

I pamiętajcie - dwa litry wody mineralnej wody dziennie!


Read More

sobota, 12 stycznia 2013

sweet home, little home

Mówią, że dom jest tam, gdzie rodzina i bliscy. Tak, zgadzam się z tym, ale dla mnie "dom" jest też gliną, z której można rzeźbić niesamowite rzeczy, a samo jego urządzanie, dekorowanie, "odpicowywanie" może być swego rodzaju rzemiosłem. Dopiero od niedawna zainteresował mnie ten temat - DIY, home makeover, dodatki, zdobycze etc. Z jednej strony może to być drogie hobby, ale z drugiej wcale nie musi. Można porównać to do fashionistek - jedne wsiadają do samolotu, lecą do Los Angeles i na Rodeo Drive robią zakupy u Valentino, Chanel i LV na niekiedy pięciocyfrowy rachunek; inne natomiast cenią sobie oryginalność i niekoniecznie z powodu braku funduszy nadają zwykłym ciuchom niezwykły wygląd i charakter (zapewniam, że czasami takie ubrania wyglądają identycznie jak te z drogich butików). Oczywiście nie krytykuję tych dziewczyn, które gustują w luksusowych zakupach, ale próbuję zwrócić uwagę na to, że "modnie" nie zawsze idzie w parze z "drogo".
Owszem, home design nieraz jest jedną z droższych zajawek, nie licząc kolekcjonowania coraz to nowszych Jaguarów i posiadłości na Bali, ale staram się szukać na to rozwiązań. Dlatego na liście moich ulubionych blogów znajduje się mnóstwo Do It Yourself. I tutaj napotykam się na przeszkody, bo zdolna manualnie to ja chyba nie jestem, a chwalenie się umiejętnością składania komody z Ikei nie należy do tych wartych umieszczenia w CV, dlatego do tej pory jedyne zrobione przeze mnie "dzieło" to jakaś laurka dla babci wykonana metodą origami w gimnazjum. Teraz jestem na etapie odkrywania, zbierania "inspiracji".
Ostatnio podobają mi się delikatnie urządzone mieszkanka z mnóstwem jasnych, pastelowych detali. Odbiega to zupełnie od obecnego wyglądu mojego pokoju, którego dwie ściany są w kolorze strażackiej czerwieni, na najbardziej odsłoniętej przykleiłam trzy pasy tapety z motywem zebry i cały mój kąt usłany jest czerwonymi, białymi i czarnymi dodatkami. Szalałam, szalałam, rzuciłam się na głęboką wodę i mam. Gdzieś w głębi serca przyznaję ludziom rację, którzy twierdzą, że w takim pokoju fajnie jest pobyć godzinę, dwie lub cztery, ale nigdy mieszkać. Czasem mam wrażenie, że boli mnie głowa, jak za dużo patrzę się na te ostre kolory i wzory. I niestety próżno czekać na jakąkolwiek większą zmianę z mojej strony przed wyprowadzką na studia. Jestem dopiero rok po remoncie, zbyt duże pieniądze poszły na to, żeby pokój wyglądał tak, jak wygląda i w sumie nie widzę sensu, skoro niedługo i tak się wyprowadzam. Chociaż tu koło się zamyka, bo w akademiku lub mieszkaniu wynajmowanym serce się kraje, kiedy przychodzi wkładać niemałe pieniądze w urządzanie M2, którego nawet nie jesteśmy właścicielami. Dlatego szukam, szukam, szukam. Przecież da się tanio, ładnie i modnie. :)
Aktualnie na liście "must have" znajdują się ramki na zdjęcia z Ikei (seria Ribba), żeby wreszcie wykończyć mój zamysł frame wall. Przydałoby się też przemalować biurko wraz z półkami nad nim się znajdującymi. Problem NO.1 jest taki, że rodziciele nie za bardzo widzą moją wizję w realizacji, a NO.2 to kompletny brak pomysłu jak uzyskać matowy, biały blat z prześwitującymi słojami drewna ze zwykłej okleiny forte.

Często odwiedzane blogi ostatnimi czasy to:








Read More