Mówią, że dom jest tam, gdzie rodzina i bliscy. Tak, zgadzam się z tym, ale dla mnie "dom" jest też gliną, z której można rzeźbić niesamowite rzeczy, a samo jego urządzanie, dekorowanie, "odpicowywanie" może być swego rodzaju rzemiosłem. Dopiero od niedawna zainteresował mnie ten temat - DIY, home makeover, dodatki, zdobycze etc. Z jednej strony może to być drogie hobby, ale z drugiej wcale nie musi. Można porównać to do fashionistek - jedne wsiadają do samolotu, lecą do Los Angeles i na Rodeo Drive robią zakupy u Valentino, Chanel i LV na niekiedy pięciocyfrowy rachunek; inne natomiast cenią sobie oryginalność i niekoniecznie z powodu braku funduszy nadają zwykłym ciuchom niezwykły wygląd i charakter (zapewniam, że czasami takie ubrania wyglądają identycznie jak te z drogich butików). Oczywiście nie krytykuję tych dziewczyn, które gustują w luksusowych zakupach, ale próbuję zwrócić uwagę na to, że "modnie" nie zawsze idzie w parze z "drogo".
Owszem, home design nieraz jest jedną z droższych zajawek, nie licząc kolekcjonowania coraz to nowszych Jaguarów i posiadłości na Bali, ale staram się szukać na to rozwiązań. Dlatego na liście moich ulubionych blogów znajduje się mnóstwo Do It Yourself. I tutaj napotykam się na przeszkody, bo zdolna manualnie to ja chyba nie jestem, a chwalenie się umiejętnością składania komody z Ikei nie należy do tych wartych umieszczenia w CV, dlatego do tej pory jedyne zrobione przeze mnie "dzieło" to jakaś laurka dla babci wykonana metodą origami w gimnazjum. Teraz jestem na etapie odkrywania, zbierania "inspiracji".
Owszem, home design nieraz jest jedną z droższych zajawek, nie licząc kolekcjonowania coraz to nowszych Jaguarów i posiadłości na Bali, ale staram się szukać na to rozwiązań. Dlatego na liście moich ulubionych blogów znajduje się mnóstwo Do It Yourself. I tutaj napotykam się na przeszkody, bo zdolna manualnie to ja chyba nie jestem, a chwalenie się umiejętnością składania komody z Ikei nie należy do tych wartych umieszczenia w CV, dlatego do tej pory jedyne zrobione przeze mnie "dzieło" to jakaś laurka dla babci wykonana metodą origami w gimnazjum. Teraz jestem na etapie odkrywania, zbierania "inspiracji".
Ostatnio podobają mi się delikatnie urządzone mieszkanka z mnóstwem jasnych, pastelowych detali. Odbiega to zupełnie od obecnego wyglądu mojego pokoju, którego dwie ściany są w kolorze strażackiej czerwieni, na najbardziej odsłoniętej przykleiłam trzy pasy tapety z motywem zebry i cały mój kąt usłany jest czerwonymi, białymi i czarnymi dodatkami. Szalałam, szalałam, rzuciłam się na głęboką wodę i mam. Gdzieś w głębi serca przyznaję ludziom rację, którzy twierdzą, że w takim pokoju fajnie jest pobyć godzinę, dwie lub cztery, ale nigdy mieszkać. Czasem mam wrażenie, że boli mnie głowa, jak za dużo patrzę się na te ostre kolory i wzory. I niestety próżno czekać na jakąkolwiek większą zmianę z mojej strony przed wyprowadzką na studia. Jestem dopiero rok po remoncie, zbyt duże pieniądze poszły na to, żeby pokój wyglądał tak, jak wygląda i w sumie nie widzę sensu, skoro niedługo i tak się wyprowadzam. Chociaż tu koło się zamyka, bo w akademiku lub mieszkaniu wynajmowanym serce się kraje, kiedy przychodzi wkładać niemałe pieniądze w urządzanie M2, którego nawet nie jesteśmy właścicielami. Dlatego szukam, szukam, szukam. Przecież da się tanio, ładnie i modnie. :)
Aktualnie na liście "must have" znajdują się ramki na zdjęcia z Ikei (seria Ribba), żeby wreszcie wykończyć mój zamysł frame wall. Przydałoby się też przemalować biurko wraz z półkami nad nim się znajdującymi. Problem NO.1 jest taki, że rodziciele nie za bardzo widzą moją wizję w realizacji, a NO.2 to kompletny brak pomysłu jak uzyskać matowy, biały blat z prześwitującymi słojami drewna ze zwykłej okleiny forte.
Często odwiedzane blogi ostatnimi czasy to:






0 komentarze:
Prześlij komentarz