środa, 5 października 2011

#110

Mija godzina za godziną, a Ala jeszcze nie zaczęła tego, co miała zacząć. Mija dzień za dniem, a Ala nie podjęła się tego, czego miała się podjąć. Mija miesiąc za miesiącem, a Ala nadal nie wzięła się na tyle w garść, na ile miała się wziąć. I co? I pstro, znowu ujawnia się mój słomiany zapał. Tylko najgorsze jest, kiedy człowiek się czegoś podejmie, a druga osoba jest tym kłopotem swego rodzaju. Wtedy albo trzeba dać sobie spokój, albo dać z siebie wszystko. I to jest ten największy dylemat sytuacyjny. A że Ala zawsze ma problemy w takich chwilach, toteż siedzi na dupie i myśli co zrobić. I w chuj uniemożliwia jej to mrugające coś co chwilę na monitorze. I znowu nasuwa się ten sam dylemat...

Tak, powinnam teraz pisać polski, angielski albo matematykę. O niemieckim nawet nie wspomnę. Ale tak sobie zaczęłam wspominać, jak to mam w zwyczaju ostatnio. Na tyle, na ile sięgam pamięcią, to lata 2010 i 2011 są jednymi z najlepszych dotychczas. Serio, wydarzyło się tyle zajebistych rzeczy, poznałam tylu zajebistych ludzi, z którymi utrzymuję kontakt do dziś. W 2010 Hiszpania, w 2011 Grecja. W obu krajach było pięknie, ale to towarzystwo dopełnia wszystko. I z tego miejsca chcę pozdrowić Ewę, która umila mi niemalże każdą chwilę swoją osobą. Kocham Cię, głuptasie.
 Przełom tych dwóch lat może i nie był najlepszym okresem w moim życiu, ale zaowocował całkiem nieźle. Nie będę pisać już w co, bo wspominałam już o tym chyba pisząc notkę z wspomnieniami z roku szkolnego. I ten, chyba się zmieniłam. A raczej (cytuję) "ktoś mnie zepsuł, nie ma już Alusi, jest Alicja". HUEHUE, przepraszam najmocniej, ale taka kolej rzeczy. :*

No i co, szmata za szmatą szmatą pogania.  


1 komentarz: