Cześć. Namiastki świątecznego klimatu nadal utrzymują się całkiem dobrze. Thank God It's Christmas jakoś tak szczególnie dziś. Dokładnie dzisiaj mija dziesięć lat od śmierci Freddiego. Nie będzie już takiego drugiego człowieka. I to puste miejsce w Queen powinno pozostać. Swoisty hołd dla mistrza. Średnio przejmuję się zmianami wokalistek w Varius Manx, serio, ale Lady GaGa w Queen... Z całym szacunkiem, nie ujmuję jej jakiegoś tam talentu i pomysłu na siebie, ale w Queen to ona może co najwyżej butelki z wodą mineralną nosić.
Po seansie filmu 1920 Bitwa Warszawska jestem w pozytywnym szoku. Ale zacznę od początku. Pomijając fakt, że niemalże pierwsza mig i druga ak nie weszłaby na seans, bo nasze szanowne panie profesor spóźniły się z biletami, weszliśmy na salę prawie punktualnie. Pierwszy szok to panowie w drzwiach rozdający okulary do filmów w 3D. Słyszałam coś wcześniej, że ten film można sobie obejrzeć w trójwymiarze, ale nigdy nie przyszło mi na myśl, że nasze zapyziałe kino mogłoby takie filmy puszczać.
Produkcja sama w sobie bardzo mi się spodobała. Nie jestem fanką filmów stricte wojennych, dlatego byłam nastawiona dość sceptycznie. Szczerze powiedziawszy myślałam, że przez te dwie godziny się zdrzemnę, wstanę po dziesiątej i pójdę na angielski. Tylko że od samego początku akcja mnie wciągnęła. Nie chcę spoilerować, więc nie powiem co, gdzie i jak. Niektórych (mnie w sumie też) irytowała Natasza Urbańska odgrywająca jedną z głównych ról. No cóż, nie dziwię się producentom, dlaczego ją wybrano. Wnioskuję, że zgodnie ze scenariuszem potrzebowali kogoś, kto i śpiewa, i tańczy i posiada jakiś tam chociaż minimalny warsztat aktorski. Co do jej aktorstwa wypowiadać się nie będę, bo prócz tego filmu nie widziałam żadnego innego z jej udziałem, ale dwa pozostałe kryteria spełnia niemalże najlepiej. Potrzebowali kogoś z Buffo, więc wzięli ją.
Zakończenie typowe, szczęśliwe. Wzruszające? Może i tak, ale gdybym oglądała ten film w domowym zaciszu, nie w kinie, nie ze szkołą.
No i niezmiennie boski Borys Szyc... Huehue.
Dobra, a teraz zassałam Lejdis, bo jeszcze tego nie widziałam. Później Vicky Christina Barcelona, a na koniec Dziennik Nimfomanki (który obejrzę, jak zwolnię miejsce na dysku, bo właśnie wyskoczył błąd o braku pamięci, lawli).
PS. To chyba dziś jest ten dzień, kiedy Ala ma tak mało zadane i ogarnie się tak szybko, że skończy, nim się ściemni. Wish me luck!
0 komentarze:
Prześlij komentarz