poniedziałek, 24 października 2011

#122

Cześć. Namiastki świątecznego klimatu nadal utrzymują się całkiem dobrze. Thank God It's Christmas jakoś tak szczególnie dziś. Dokładnie dzisiaj mija dziesięć lat od śmierci Freddiego. Nie będzie już takiego drugiego człowieka. I to puste miejsce w Queen powinno pozostać. Swoisty hołd dla mistrza. Średnio przejmuję się zmianami wokalistek w Varius Manx, serio, ale Lady GaGa w Queen... Z całym szacunkiem, nie ujmuję jej jakiegoś tam talentu i pomysłu na siebie, ale w Queen to ona może co najwyżej butelki z wodą mineralną nosić.

Po seansie filmu 1920 Bitwa Warszawska jestem w pozytywnym szoku. Ale zacznę od początku. Pomijając fakt, że niemalże pierwsza mig i druga ak nie weszłaby na seans, bo nasze szanowne panie profesor spóźniły się z biletami, weszliśmy na salę prawie punktualnie. Pierwszy szok to panowie w drzwiach rozdający okulary do filmów w 3D. Słyszałam coś wcześniej, że ten film można sobie obejrzeć w trójwymiarze, ale nigdy nie przyszło mi na myśl, że nasze zapyziałe kino mogłoby takie filmy puszczać.
Produkcja sama w sobie bardzo mi się spodobała. Nie jestem fanką filmów stricte wojennych, dlatego byłam nastawiona dość sceptycznie. Szczerze powiedziawszy myślałam, że przez te dwie godziny się zdrzemnę, wstanę po dziesiątej i pójdę na angielski. Tylko że od samego początku akcja mnie wciągnęła. Nie chcę spoilerować, więc nie powiem co, gdzie i jak. Niektórych (mnie w sumie też) irytowała Natasza Urbańska odgrywająca jedną z głównych ról. No cóż, nie dziwię się producentom, dlaczego ją wybrano. Wnioskuję, że zgodnie ze scenariuszem potrzebowali kogoś, kto i śpiewa, i tańczy i posiada jakiś tam chociaż minimalny warsztat aktorski. Co do jej aktorstwa wypowiadać się nie będę, bo prócz tego filmu nie widziałam żadnego innego z jej udziałem, ale dwa pozostałe kryteria spełnia niemalże najlepiej. Potrzebowali kogoś z Buffo, więc wzięli ją.
Zakończenie typowe, szczęśliwe. Wzruszające? Może i tak, ale gdybym oglądała ten film w domowym zaciszu, nie w kinie, nie ze szkołą.
No i niezmiennie boski Borys Szyc... Huehue.

Dobra, a teraz zassałam Lejdis, bo jeszcze tego nie widziałam. Później Vicky Christina Barcelona, a na koniec Dziennik Nimfomanki (który obejrzę, jak zwolnię miejsce na dysku, bo właśnie wyskoczył błąd o braku pamięci, lawli).


PS. To chyba dziś jest ten dzień, kiedy Ala ma tak mało zadane i ogarnie się tak szybko, że skończy, nim się ściemni. Wish me luck!

0 komentarze:

Prześlij komentarz