wtorek, 19 marca 2013

the 20/20 experience

Cześć. Dziś jakoś tak nie mam większego tematu do omówienia. Nic też nadzwyczajnego nie wydarzyło się w moim nudnym życiu. Dlaczego więc piszę? 
Ano tak mnie natchnęło, bo siedzę pod kocykiem, z ciepłą herbatą earl grey od Liptona (którą ubóstwiam wręcz, ale nazwy nie pamiętam) i słucham nowego krążka Justina Timberlake'a. Dlatego tytuł wpisu jest taki, a nie inny. Minęłam już połowę płyty. Co mogę napisać na ten temat? Cóż, to ponoć jego "wielki powrót" po sześciu latach pracy. Czy owocnej? O tym później. W sumie sześć lat to dużo. Sześć lat temu miałam 12 lat, szłam do gimnazjum. Mój gust muzyczny z perspektywy czasu był, jaki był - słaby. Ale pewnie każdy patrzy w ten sposób na swoją "dziecinną" przeszłość. Każdy z nas był mały. Chłonęłam to, co podsuwało mi pod nos MTV czy VIVA. Niekoniecznie słuchałabym tej muzyki dzisiaj. Czemu wracam do tych zamierzchłych czasów? Jakoś wtedy pierwszy raz usłyszałam kawałki, które stworzył Timberlake. Później był duet z Madonną, później coś jeszcze. Cholera, podziwiam faceta. Nie chcę się rozwodzić nad tym, jaki jest. Chociaż w sumie gdyby ktoś nie chciał tego czytać, wyłączyłby kartę przeglądarki już po czwartym zdaniu, kiedy smęciłam o herbacie i kocyku. Ale wracając do Justina. Ma 32 lata (aż musiałam się upewnić i sprawdzić w Google, bo dla mnie wciąż jest dwudziestopięciolatkiem), żonę, żadnych skandali na koncie i najważniejsze - talent. ALE wracając do płyty tym razem... Czytając zapowiedzi, spodziewałam się czegoś wielkiego. Czegoś, po czym po przesłuchaniu dwóch, góra trzech piosenek usiądę, kopara mi opadnie i krzyknę "WOW!", albo z drugiej strony zaniemówię i będę próbowała się pozbierać po kilku minutach. No niestety tak nie było. Hmm, "niestety" może nie do końca jest dobrym słowem. Ani nie jestem koneserem tego typu muzyki, ani nie znam jego twórczości na tyle, by móc bez wahania odnieść się do jego wcześniejszych... "tworów". Po prostu jak dla mnie to jest dalej ten sam świetny J. T. ze swoim nieziemskim flow, wpadającym w ucho bitem, a na teledyskach wciąż niezmiennie nieziemsko się rusza.
Obecnie w tle leci dziesiąta piosenka. Mogę stwierdzić, że to dobry krążek do samochodu, niekoniecznie do sprzątania mieszkania. Jest dobrze, bo mam przeczucie, że niedługo znów włączę sobie go od nowa i przesłucham, odkrywając nowe perełki. Także tego... Polecam. :)

I po raz kolejny chwalę sobie Spotify. Bez problemu w dniu premiery mogę przesłuchać całą płytę w świetnej jakości, nie łamiąc jednocześnie praw autorskich. Oczywiście złamię je, kiedy będę chciała wrzucić ją na iPoda, ale w tym momencie czuję się jakoś lepiej. :)




PS. Ostatnia piosenka na krążku najbardziej oddaje jego charakterystyczny klimat, klimat Timberlake'a. Polecam.

0 komentarze:

Prześlij komentarz