Wstałam lekko po piątej nad ranem, szybkie ogarnięcie i po szóstej byliśmy pod Oli domem. Zabraliśmy ją do wozu i w długą. Do przejechania ponad 400 km, a chciałyśmy być pod PGE Areną już o 10:00, co na wstępie już było wiadome, że jest niemożliwe. Fajnie nawet się jechało, bo częściowo nową autostradą. W ogóle ładne krajobrazy i takie tam, ale wiadomo, że w mojej głowie siedziały rzeczy, które były milion razy fajniejsze od zielonej trawki i małych domków.
Ciągle pospieszałam kierowców, postoje były torturą, ale kiedy zobaczyłam o 12:00 zieloną tabliczkę "Gdańsk", to wszystkie moje nerwy zniknęły. Za 20 minut byliśmy na miejscu i tamci pojechali sobie na miasto, a my szukać dobrej bramy. Na wstępie trzeba powiedzieć, że organizacja była gorzej niż beznadziejna. Znalazłyśmy cztery bramy, z czego jedna w ogóle zamknięta tuż przy ulicy, że nawet nie można było wejść pod barierki. Dwie inne pod wiaduktami, więc było fajnie, zimno, ale brak czegoś takiego jak TOITOI. Potem było szukanie sklepu, bo usychałyśmy z pragnienia. Po 3 kilometrach marszu znalazłyśmy to, co chciałyśmy i z powrotem pod bramę. Tylko którą? Pod tą z numerem 12 był cień i przenośne kibelki, ale to nie było wejście dla zwykłego goldena, więc szukamy dalej. Brama numer 11 - praktycznie zero ludzi, cień, chłodek, ale brak kibelków. Poszłyśmy pod tą dziesiątkę, która była zamknięta i okazało się, że łaskawie otworzyli wejście i można było pod bramę podejść bez problemów. Są kibelki, brak cienia, ale zostałyśmy tutaj, żeby już zająć miejsce jako pierwsze.
Godzina 14:15. Ludzi jak na lekarstwo, a ja chciałam być o 10:00... Tak naprawdę zaczęli się schodzić koło 15:00-15:30. Obok nas dwa małżeństwa ze Śląska. Koleś tak przezabawny, że te kolejne dwie godziny minęły, jak z bicza strzelił. Szkoda, że zapomniałam zapytać, czy kolo z fanklubu i jaki nick.
Godzina 16:00 - ktoś poruszył za bramą barierką, wszyscy nagle wstali, myśląc, że chcą nas już wpuścić. Nie mogli być bardziej mylni. Ale skoro już wszyscy wstali, to stałyśmy, czekając na tą zbawienną godzinę otwierania bram. W międzyczasie oczywiście spekulacje, czy wpuszczą z wodą, z aparatem, jedzeniem i tak dalej. Otworzyli bramy, Ziółkowska jako pierwsza ruszyła do selekcji. Babka sprawdziła bilet, spytała tylko, czy nie mam aparatu i byłam wolna. Szybki luk na Olkę i BIEGIEM do odpowiedniego wejścia. Tam nas zametkowano odpowiednią bransoletką i kolejny bieg w stronę płyty. Panowie sprawdzali bransoletki i wpuszczali tych, którzy mieli odpowiednie numerki. Takim sposobem, koło 17:30 stałam na Goldenie i czekałam na support - Irę.
a tu, gdzie żółta kropeczka, to ja sobie stałam cały koncert
Wkurzało mnie to, że ludzie rozłożyli się pod barierkami jak na plaży, zajmując tym samym dwa razy więcej miejsca. Aha, nie wolno było wnosić picia, bo półlitrowy papierowy kubek Coli i UWAGA wody mineralnej kosztował osiem złotych. Mimo to Olka poszła w kolejkę, ale jak zobaczyła, że 30 minut stania, to zrezygnowała. Później gorzko tego żałowałyśmy.
Aż do 18:40 po prostu stałyśmy, rozglądałyśmy się, ogarniałyśmy sytuację i nadal nie wierzyłyśmy, gdzie jesteśmy i co robimy. W międzyczasie zauważyłam, że po Diamondzie chodzi Ricki, Junior Admin fanklubu, i rozdaje tuby ze świecącymi bransoletkami, a że bramę 10. ominięto przy rozdawaniu przed koncertem, to szybko go tu zawołałyśmy i pięknie nam jedną tubę dał. Już byłyśmy prawidłowo wyposażone.
No, weszła Ira. Dobrze rozgrzali ludzi, dobrze grali, mi się podobało. Gadowski tylko wspomniał, że nie dali im zrobić próby, a jeszcze wykreślają im z sety kolejne piosenki. Chyba był nieco wkurzony, ale zrobili dobre show. Skończyli koło 19:30.
Następnie na ekranach pojawił się napis "Showtime in 30 minutes". Wszyscy czekali zniecierpliwieni. Mnie stopy bolały niemiłosiernie i miałam wrażenie, że co chwilę może mnie złapać skurcz w stopę, autentik. Do tego ostatni płyn, jaki miałam w ustach, to była Fanta o godzinie 14:00.
I wtedy zawrzało. Było głośne odliczanie, a okazało się, że BJ przyszli i tak przed czasem. Najpierw dali piosenkę z najnowszej płyty (What The Water Made Me), której nie lubię, więc słowa jako tako, ale i tak olałam ból stóp i skakałam jak popieprzona. O pisku nie wspomnę. Pan przede mną chyba mnie nie lubi. Potem You Give Love A Bad Name, więc było jeszcze lepiej, a na Raise Your Hands był jeszcze większy las rąk, krzyku i wszystkiego innego, przez co teraz zdycham. O ile dobrze pamiętam, to po tej piosence Jon tam coś wspomniał, że nie wie, jakim cudem 30 lat zajęło im przyjechanie do Polszy na koncert i że jesteśmy zajebiści. KLIK
I wtedy przyszedł czas na pierwszą atrakcję wieczoru. Panowie zaczęli intro do Born To Be My Baby, a Jon stanął jak wryty i prawie się popłakał. Nie wiedziałam, o co chodzi, bo kompletnie o tym zapomniałam, ale kiedy ludzie zaczęli się odwracać, odwróciłam się i ja. Wtedy zobaczyłam to:
Później kolejno Lost Highway, Runaway, It's My Life, Because We Can, What About Now, We Got It Going On, Keep the Faith, (You Want To) Make A Memory, In These Arms. Po tym usłyszeliśmy pierwsze dźwięki Captain Crash & the Beauty Queen from Mars i zgodnie z zaistniałą już tradycją na europejskiej trasie wyciągnęliśmy konfetti (to znaczy wyciągnęli, bo ja oczywiście zapomniałam kupić) i zaczęliśmy sypać po sobie, po scenie, tak było fajnie. Tamten się uśmiał jak głupi do sera. :D Potem We Weren't Born to Follow, Who Says You Can't Go Home (takie tam machanie rączkami), Rockin' All Over the World. Następnie medley I'll Sleep When I'm Dead/Start Me Up. Przed półminutową przerwą jeszcze Bad Medicine. Był ogień!
No i zeszli ze sceny. To był moment, kiedy wszyscy na płycie wyjęli te czerwone bransoletki, a na trybunach włączyli wyświetlacze telefonów. Jak oni to zobaczyli, to byli w niezłym szoku, widząc tą powstałą czerwono-białą flagę na całym stadionie. Ale my też byliśmy w szoku. "Zarząd" polskiego fanklubu przygotował specjalny prezent - koszulkę dla Jona. Zapakowali to w ładne pudełko i jakoś mu przekazali. Zastanawialiśmy się, czy może jej nie założy czy coś, ale jak wyszedł w niej dumnie się prezentując, to wszyscy i tak byli w szoku.
Encore zaczęli od Someday I'll Be Saturday Night. Później kultowe Wanted Dead Or Alive, ale... to nie to samo bez Sambory. Niestety. Phil X w zastępstwie może być spoko, ale gitara Sambory jest unikatowa, jest skarbem, a Phil może tylko próbować go naśladować. Początek Wanted i ogólny widok na te światełka i w ogóle.. Potem Have A Nice Day i wszędzie pojawiły się smirki:
Po HAND był Superman Tonight, za którym osobiście nie przepadam. Ale później... Damn, jakie to było niesamowite. Kamery zwróciły się na gościa pod sceną, który trzymał kartkę z napisem "If you sing Never Say Goodbye, I ask her if she'd marry me" czy coś takiego. I ZAŚPIEWAŁ. Ale nagranie tej chwili TUTAJ. Oczywiście jak większość się popłakałam (nie pierwszy raz zresztą).
A ta piosenka była najlepszym wykonem koncertu. Livin' On A Prayer. Patrzcie na 4:45 - KUCA 30 CM ODE NIE I SIĘ DO MNIE UŚMIECHA. No, 2 cm dzieliły moją dłoń od jego dłoni... Bo jakiś babsztyl mnie popchnął. Kuźwa. Ale i tak poczułam powiew wiatru jego ręki <serduszka_miliard>
stał tu! STAŁ KOŁO MNIE!
Na koniec Always. Był już trochę zmęczony, co było widać i słychać, ale dał z siebie wszystko. Było cudownie.
A najlepsze jest to, że wszystkie kraje będą nam zazdrościć - koszulki, setlisty, flagi, dwukrotnego zejścia na catwalk, zbijania piątek z fanami, świetnego humoru i żartów.
I nigdy nie doświadczyłam płaczu szczęścia. Owszem, jakieś przejawy maksymalnej radości były, ale nigdy tak, że stoję i nagle zaczynam się śmiać i płakać. A tak było, jak chłopaki pojawili się na scenie. I nadal w to wszystko nie wierzę i mam ochotę się uszczypnąć. Obiecali, że wrócą, ale już w 2000 roku obiecywali, że będą i dupa, 13 lat czekania. Ale jak trzeba, poczekam.
DAMN, JAKIE TO BYŁO ZAJEBISTE.
I o ile przed koncertem mało słuchałam ostatnimi czasy BJ, tak poprzez koncert moja cała miłość do zespołu zebrana przez cztery lata pomnożyła się razy miliard. Na żywo to na żywo, niesamowite uczucie. Tego MIMO WSZYSTKO nie da się opisać.
PS. Ponoć w Irlandii w gazetach pisują, że dostaliśmy najlepszy koncert w całej trasie.
PS2. Nie muszę chyba mówić, że... nie mówię? :D Straciłam głos w drodze powrotnej.






0 komentarze:
Prześlij komentarz