not to worry. No bo ten... przeżywam wszystko jak mrówka okres. I to na dłuższą metę mnie wykańcza. Dzisiaj angielski. Rano wstałam dwie godziny za wcześnie, bo się przebudziłam ze stresu. Później się spóźniłam na zbiórkę, bo przy zakładaniu butów niemiłosiernie trzęsły mi się ręce. Do tego dla większości osób robię dobrą minę do złej gry. Wielu ludzi nic nie zauważa, bo potrafię to ukryć, zataić. Muszę się zmienić, od zaraz.
Tyle mojego wywodu na temat własnej osoby. Wróćmy do normalności.
Konkurs czy olimpiada (jak zwał, tak zwał) to było coś... czego paradoksalnie się chyba spodziewałam. Na pierwszy rzut oka mało zadań. 90 minut. Później, po zerknięciu "głębiej" w podpunkty trochę mnie zatkało, zbierałam szczękę z podłogi.
Po dzisiejszym dniu doszłam też do wniosku, że już mam spore referencje jako niańka. I to w sumie z całkiem szerokim przedziałem wiekowym dzieci. Jakieś dwa lata temu tydzień z kilkumiesięcznym dzieckiem, dzisiaj malowanie wirtualnych paznokci, zabijanie pingwinów w śnieżnej krainie i Jesteś Szalona w karaoke na Youtube z ośmioletnią kuzynką. Dzieci mnie lubią :P To ten... jak ktoś potrzebuje niani dla dziecka, to ja mogę być chętna w sumie. I nic za friko, tu jest Polska, tu się żyje. A cukier drożeje!
Plus, dzisiaj była fizyka i mnie na niej nie było. Jestem the happiest man ever.
0 komentarze:
Prześlij komentarz