środa, 9 marca 2011

127 hours

Niedawno obejrzałam "127 godzin". Nawet zrecenzowałam ten film na forum. A co, zacytuję siebie samą:

Film "127 godzin" zdecydowanie nie był takim filmem, jakiego się spodziewałam. Po przeczytaniu krótkiej recenzji myślałam, że będzie to coś a'la "Cast away: poza światem", tylko w innej scenerii. Szczerze powiedziawszy nie za bardzo mnie ciekawił. Obejrzałam z zupełnie innego, prywatnego powodu. Ale bardzo się zaskoczyłam. To było zupełnie coś innego. Film miażdży. Pod każdym tego słowa znaczeniem. Nie takiego zakończenia się spodziewałam. Wyszło na jaw też, że nie mam tak mocnych nerwów, jakie myślałam, że mam. Praktycznie film jednego aktora (wyłączając pierwsze dziesięć minut, wtedy były z głównym bohaterem dwie kobiety). Wciąga. Czasami w trakcie filmu idę zrobić sobie kolację, herbatę czy odgrzać zupę. Ale tutaj nie, nie da się.
Polecam film przez wielkie "P".
9/10


To powyżej zostało ocenione przez kolegę jako coś bardzo emocjonalnego. Pisałam to "na gorąco", pod wpływem chwili, więc może są jakieś emocje. Lubię tak, tak na świeżo. Później, jak one opadną, to to nie jest to samo. Piszę jak połamana. Skończę lepiej.

Nie pisałam o Oscarach. Później. Nie-mam-cza-su.

0 komentarze:

Prześlij komentarz