Bo ten, tak to bywa, że człowiek popełnia błędy. Dzisiaj na przykład poszłam zostałam zaciągnięta do kina na Skąd wiesz?. Nawet mi się tego recenzować nie chce. Aż zacytuję wypowiedź wysłaną tuż po seansie do kogoś: "Skąd wiesz?" to totalne dno. Nawet Jack Nickolson (jakkolwiek się pisze jego nazwisko) nie pomógł się od niego odbić. No, bo ten film był o niczym. Chociaż w sumie nie, był typowy schemat komedii romantycznej zza oceanu. To było tak przerażająco przewidywalne, że aż śmieszne. Nie, to nawet nie było śmieszne. Ale czego się generalnie spodziewać idąc na taki film? No właśnie...
W drodze do Piotrkowa myślałam nad pewnymi rzeczami. Doszłam do kilku wniosków. Mam nadzieję, że były i są trafne. Okaże się.
Tymczasem pełen chillout. Po tak... mocnym piątku przyszedł czas na lżejszą resztę tygodnia. Prawdę powiedziawszy nie powinno tak być, bo mam cholernie dużo zaległości. Różnych zaległości.
To teraz czas na specjalny akapit. O, to będzie część stała postów. To, co czuję. Co czuję? Tam, tam gdzieś w środku czuję coś, czego nie potrafię opisać. To coś pokroju radości. Ale to taka inna radość. Nie taka, kiedy mama kupi Ci Twój ulubiony jogurt, czy uśmiechniesz się do policjanta i nie dostaniesz mandatu. Z drugiej strony jest jakiś niepokój. Nie wiem nawet o co i po co. Czuję, że coś wyjdzie na jaw i to mnie zaboli. Cóż, na razie oddaję się tej mojej radości. Niech trwa jak najdłużej.
0 komentarze:
Prześlij komentarz