poniedziałek, 29 grudnia 2014

postanawiam postanowić



SPOILER ALERT - wpis był pisany w nocy, ale w trakcie komputer odmówił posłuszeństwa, więc zakończenie dopisywane było później, dziesięć godzin później.   

   Właściwie już się kładłam, ale poczułam przypływ tego, co ludzie nazywają pospolicie weną. Za 11 minut wybije godzina trzecia, czyli niestety nie udało mi się zrealizować planu przywrócenia się do normalności. Cóż, gdyby to była pierwsza rzecz, której nie doprowadziłam do skutku, może byłabym zdziwiona. Dziś znów zasnę zbyt późno. Niestety. A pobudka z kurami.

   Święta, Święta i po Świętach. Każdy zdycha z przejedzenia. Przypominają się słowa mamy sprzed kilku dni "nie jedz tego, to na Święta", kiedy właśnie o uszy obijają się krzyki "zjedz to, bo się zepsuje!". U sąsiadów za oknem dalej Las Vegas w pełni, śnieg trochę nieśmiało pojawił się dwa dni temu, żeby już całkowicie stopnieć. Ale co za rogiem? Czyżby Sylwester? Czy to czasem nie zwiastuje nowego roku? Ach tak, to ten mityczny moment, kiedy wszystkie kobiety nagle zaczynają chudnąć (a przynajmniej chcą), mężczyźni zmieniają się w kopie Lazara Angelova (a przynajmniej to powtarzają zawzięcie, pijąc piwo przed telewizorem), a babcie... A babcie są szczęśliwe, bo mają w dupie postanowienia noworoczne. Postanowienia noworoczne.

   Nie próbuj zaprzeczać. I tak wiem, że Ty też kiedyś miałaś (lub miałeś; nadal liczę, że jakaś część moich czytelników to wysocy i przystojni mężczyźni niczym Ryan Gosling) postanowienia noworoczne. I dokładnie wiem, że zdarzyło Ci się ich nie dotrzymać. To zdarza się każdemu z nas. Jak ospa wietrzna w dzieciństwie. W tym momencie padł mi laptop, ładowarka w pokoju rodziców, a pisanie z telefonu jest wybitnie niewygodne, więc wrócę tutaj z samego rana. Mam nadzieję, że mój mózg nie wywietrzeje do tego czasu. 

   A może w tym roku Ci się uda? Co Ty na to, żeby jednak dotrzymać stawianych sobie obietnic? Przecież to nie nikt inny tylko Ty je sobie ustanawiasz. Może spróbuj postawić sobie poprzeczkę nieco niżej? Wzrasta wtedy prawdopodobieństwo, że Ci się uda. Gwarantuję, że kiedy usiądziesz za dwanaście miesięcy w fotelu i zauważysz zmianę, będziesz zadowolony jak nigdy wcześniej. Będziesz zadowolony z siebie.

Read More

sobota, 20 grudnia 2014

Blogmas, dzień 6

   Kursor miga od dziesięciu minut i nadal nie wiem, co mogłabym napisać. Wczoraj sprawy potoczyły się tak, a nie inaczej, przez co byłam wyłączona z życia przez pół dnia i całą noc. Tyle myśli na raz, że głowa pęka. Nie wiem, czy coś tu dzisiaj będzie. Może poczekam jeszcze kwadrans i coś mi wpadnie do głowy. Możliwe, że jutro będzie ciekawiej, bo zamierzam zaczerpnąć trochę świątecznej atmosfery poza Tomaszowem.



   Pogoda nas dzisiaj nie rozpieszcza. To coś, co dzieje się za oknem, ani trochę nie przypomina śniegu i mrozu. Okropny wiatr, który psuje fryzury niewinnym kobietom, nie jest atrybutem Świąt. Mżawka, która wdziera się w każdy zakamarek twarzy, psując i tak już delikatny makijaż, też nie jest mile widziana. Gdzie są Święta, ja się pytam? Wiem, że Święta to nie pogoda. Wiem, że Święta to nie tematyczna muzyka, ale niestety jestem tym typem człowieka, który nie potrafiłby w pełni ich odczuwać, dajmy na to, na Florydzie. Australijskie palmy też by mnie nie zadowoliły. Święta to miłość, ciepło (ale to wewnętrzne), rodzina i właśnie świąteczna aura, którą można ukradkiem dostrzegać za oknem. Wracając wczoraj do domu w duchu kpiłam z tego, co puszczają radiostacje. Last Christmas? Serio? Lubię tę piosenkę, ale kiedy ekrany nad drogą wskazują 11 stopni na plusie, to brzmi ona jedynie komicznie. Let it snow (...) tym bardziej. 
Ach, nie wierzę, że kiedyś na moim blogu będę mogła porównać siebie do tonącego z przysłowia tonący brzytwy się chwyta. Nie sądziłam, że moją brzytwą będzie temat o pogodzie. Seriously.


   A kursor dalej miga. Pora na mnie. Obym jutro obudziła się z większym spokojem wewnętrznym i większymi pokładami kreatywności. Dobranoc.
Read More

czwartek, 18 grudnia 2014

Blogmas, dzień 4

   Wiecie, że za dwie godziny jest piątek, piąteczek, piątunio? A wiecie, że mam już wolne? A wiecie, że w związku z tym dużo wolnego czasu? Dlatego dzisiaj będzie długo i spróbuję tym zrekompensować wczorajszą pustkę. Ale wracając jeszcze do dnia dzisiejszego, to o 19:00 miała miejsce PSUEK-owa Wigilia. Generalnie nie byłoby w tym fakcie nic nadzwyczajnego, bo okres przedświąteczny w szkołach, na uczelniach, w firmach to czas takich oto właśnie spotkań, ale było kilka momentów, w których zrobiło mi się niezmiernie miło i aż nie wiedziałam, co powiedzieć. Na przykład wtedy, kiedy Artur życzył mi sukcesów w blogowaniu (pozdrawiam Cię, o!) :) Ach, no i dziękuję za to, że aż pięć osób życzyło mi budzika. Mam nadzieję, że akurat te życzenia spełnią się w stu procentach.

   Przejdę teraz zwinnie od rzeczy miłych i przyjemnych do czegoś, co ogólnie nie sprawia mi problemu (niestety) w sieci, czyli do swego rodzaju ekshibicjonizmu. Zostałam otagowana przez ciocię ebi w tym filmie do zrobienia TMI, czyli Too Much Information. Zapnijcie pasy, bo pytań jest aż 50, co jest pięciokrotnością doskonałej dziesiątki.

1. Co masz na sobie?
Aż mi się przypomniał ten fanpejdż na fejsie ciuchy po domu czy jakoś tak. Ano, bo na sobie mam ciuchy po domu.

2. Czy kiedykolwiek byłaś zakochana?
Nie sądzę, bo rozumiem, że bycie zakochanym w sobie się nie liczy?

3. Czy miałaś okropne rozstanie?
Nie. Na szczęście.

4. Jak wysoka jesteś?
Wystarczająco, żeby nie musieć prosić się o podanie czegoś z najwyższej półki w kuchni. I wciąż niższa od Maczka. I wciąż niższa od... zdecydowanie zbyt małej ilości mężczyzn.

5. Ile ważysz?
Za dużo.

6. Tatuaże?
Są spoko. Sama bym sobie jakiś zrobiła, ale boję się bólu, więc musiałabym być mocno pijana, żeby dobrowolnie pójść do studia tatuażu, a z drugiej strony połączenie tatuaż plus alkohol to złe połączenie.

7. Kolczyki?
Też lubię. Mam cztery dziurki w uszach, chciałabym zrobić sobie tragusa, ale ponownie - boję się bólu. Inne miejsca na piercing... Nie dla mnie, ale u innych mi nie przeszkadza.

8. OTP - One True Pairing?
Hmm... Tutaj musiałam się mocno zastanowić, którą parę wybrać na tę najbardziej "och" i po dłuższej kalkulacji jest nią Ian Somerhalder i Nikki Reed. Mimo całej mojej miłości do Iana.

9. Ulubiony program?
Aktualnie Once Upon A Time, chociaż z czasem było ostatnio słabo i zatrzymałam się w pewnym momencie. No, ale Święta za pasem, więc będzie okazja nadrobić.

10. Ulubiony zespół?
O losie. Co za pytanie. Bon Jovi ponad wszystko, zawsze i wszędzie, w nocy o północy. Kocham, ale zaraz za nimi plasuje się The Baseballs.

11. Coś, za czym tęsknisz?
Tęsknię za moim dzieciństwem i dorastaniem w Czarnej Górze.

12. Ulubiona piosenka?
Płytę x Eda Sheerana znam od dawna, ale dzisiaj usłyszałam w radiu pewną piosenkę i urzekła mnie do granic możliwości - Thinking Out Loud.

13. Ile masz lat?
Wystarczająco, by móc kupić sobie piwo i zarazem zbyt mało, by zrobić prawo jazdy na ciężarówkę. Gdzie tu sprawiedliwość?

14. Znak zodiaku?
Jestem baranem, jakkolwiek źle to nie brzmi.

15. Cecha, której szukasz u partnera?
Rozumiem, że cechy fizyczne odstawiamy na bok (bo o tej wiedzą chyba wszyscy, którzy mnie znają)? Zatem szukam niebanalnego poczucia humoru, które znowu jest objawem inteligencji, więc wszystko się zgadza.

16. Ulubiony cytat?
Nie wiem, kto to powiedział, czy napisał, ale podoba mi się niezmiennie od kilku lat: "There is nothing more erotic than a good conversation."

17. Ulubiony aktor?
Jeden? Serio? To jak zaprowadzić dziecko do sklepu z zabawkami i powiedzieć mu, że może sobie wybrać tylko jedną. To po prostu barbarzyństwo, ale patrząc w górę, to mogę wymienić Somerhaldera, o.

18. Ulubiony kolor?
Jestem wierna czerni tak samo, jak Pablo jest wierny mojemu sąsiadowi. Czyli czasem zdarza mi się na mały wybryk i zakładam coś innego.

19. Muzyka głośno czy cicho?
Głośno. Bardzo.

20. Co robisz, kiedy jesteś smutna?
Jestem smutna jeszcze bardziej, a potem idę spać.

21. Jak długo bierzesz prysznic?
Myślę, że w pół godziny średnio się wyrabiam, ale bywa różnie. To zależy, czy biorę ze sobą do łazienki telefon i słucham muzyki. Wtedy śpiewam i czas się wydłuża.

22. Jak długo zbierasz się rano?
To drażliwy temat ostatnio. To zależy, CZY BUDZIK RACZY ZADZWONIĆ.

23. Biłaś się kiedyś?
Myślę, że zdarzyło się kiedyś, że mój brat nie chciał mi czegoś oddać, więc doszło do rękoczynów, ale od dawna nie stosuję tej metody. Wolę mentalny szantaż.

24. Co Cię podnieca?
Mózg. Mózg i zarost.

25. A odrzuca?
Nie ma chyba takiej jednej rzeczy, która by mnie za każdym razem odrzucała.

26. Powód, dla którego zaczęłaś blogować?
Właśnie uświadomiłam sobie, jak dużo czasu minęło od daty założenia mojego pierwszego bloga. A było ich kilka. Skupiając się jednak na tym konkretnym, którego właśnie czytasz, to miało to miejsce bodajże w 2009 albo 2010 roku i wydaje mi się, że natchnęła mnie do tego moja ówczesna (i zarazem obecna nadal) znajoma Allison.

27. Czego się boisz?
Boję się myszy. I pająków. I odrzucenia.

28. Ostatnia rzecz, która sprawiła, że się rozpłakałaś?
Jestem typem człowieka, który płaczem reaguje na przykład na złość i o ile mnie pamięć nie myli, to kilka dni temu miała miejsce właśnie taka sytuacja, że coś mnie mocno rozzłościło i poleciało kilka łez.

29. Kiedy ostatni raz powiedziałaś komuś, że go kochasz?
Kilka godzin temu przez telefon bliskiej mi osobie.

30. Znaczenie Twojego blogowego "imienia"?
Temat wałkowany za każdym razem, kiedy ktoś dowiaduje się, że prowadzę bloga. Nie pamiętam momentu, w którym wymyślałam tę nazwę, ale jak mniemam al odnosi się od początku mojego imienia, a niac... Cholera wie. Na pewno jest c zamiast k, bo miało być amerykańsko.

31. Ostatnia książka, którą przeczytałaś?
Czytałam ostatnio kilka książek, więc w sumie nie wiem, którą skończyłam jako ostatnią, a nie chce mi się ruszać tyłka do Kindla, który leży na półce w drugim końcu pokoju.

32. Książka, którą czytasz obecnie?
Biografia Jobsa.

33. Ostatni program, jaki oglądałaś?
Liczą się vlogi na Youtube? Nie? To Once Upon A Time.

34. Ostatnia osoba, z którą rozmawiałaś?
Najpiękniejsza i najzdolniejsza ciocia ebi!

35. Relacja między mną a osobą, do której wysłałam ostatniego smsa?
Ha! Znamy się od prawie trzech lat, wie o mnie strasznie dużo i wczoraj widziałyśmy się po dwóch i pół roku przerwy. Kasia, uwielbiam Cię!

36. Ulubione jedzenie?
Studenckie życie zweryfikowało tę kwestię - spaghetti.

37. Miejsce, które chcesz odwiedzić?
Stany, Stany i jeszcze więcej stanów w Stanach.

38. Ostatnie miejsce, w którym byłaś?
Kampus UEK-u, ZaUEK konkretniej.

39. Czy jesteś kimś zauroczona?
Tak. Jak zawsze :D

40. Ostatni raz, kiedy kogoś całowałaś?
Żegnałyśmy się dzisiaj z Agatą na dworcu po 22:00. Było smutno i rozstaniowo.

41. A kiedy byłaś obrażona na kogoś?
W sumie nie pamiętam. Staram się odrzucać od siebie negatywne emocje tej kategorii, więc albo problem rozwiązuję, albo go nie ma.

42. Ulubiony smak słodyczy?
Ponad słodkie wolę kwaśne.

43. Na jakim instrumencie grasz?
W moim przypadku grasz to za dużo powiedziane, ale z akordami na gitarze dam sobie radę.

44. Ulubiona biżuteria?
Lubię kolczyki, lubię naszyjniki i to by było na tyle.

45. Ostatni sport, jaki uprawiałaś?
Siatkówka, choć żałuję, że nie mogę napisać "taaaak, byłam na stoku, snowboard, jeeee". No cóż, mam nadzieję, że niedługo.

46. Ostatnia piosenka, jaką śpiewałaś?
Wyżej wspomniana "Thinking Out Loud" Eda Sheerana.

47. Ulubiony tekst na podryw.
I tutaj mam ochotę wspomnieć o mistrzu suchego podrywu, którego inicjały to M. N.
Kasztan to klasyk, ale kilka dni temu powstał nowy klasyk i kocham go całym serduszkiem:
- Co było zadane z polskiego?
- Eee... co?
- Nic, w liceum zawsze tak zagadywałam do ładnych chłopców. Zawsze działało.

48. Czy kiedykolwiek go używałaś?
O. To pytanie zbiło mnie z tropu. Nie, ale nigdy nie mów nigdy.

49. Kiedy ostatni raz się z kimś "bujałaś"?
"Po mieście" jak mniemam? Ciągle się bujam, także ciężka sprawa.

50. Kto powinien teraz odpowiedzieć na te pytania?
Każdy, kto ma za dużo czasu (ponad godzinę!).



   Ok, więc kiedy już zmarnowałam godzinę swojego życia, mogę iść się pakować, bo jutro wracam na swoją prowincję. Mam nadzieję, że śnieg w końcu raczy spaść i świąteczne piosenki w radiu nie będą brzmieć dalej tak komicznie, jak brzmią do tej pory. Pa!
Read More

środa, 17 grudnia 2014

Blogmas, dzień nijaki

   Witam po raz trzeci. Witam w ten piękny dzień, jakim jest środa. Witam sfrustrowana jak nigdy. Jeśli ktoś mi wyjaśni, jak to możliwe, że budzik nie zadzwonił akurat tego dnia tygodnia któryś raz z rzędu, to stawiam piwo. Dwa, ewentualnie osiem. 

Dzisiaj wpisu nie będzie. Przygotujcie się na jutro.
Read More

wtorek, 16 grudnia 2014

Blogmas, dzień 2

   Witam dnia drugiego. Zmęczona, śpiąca, a przynajmniej mam wrażenie, że tak będzie - wpis przygotowuję z kilkugodzinnym wyprzedzeniem z racji na plany, które mogłyby uniemożliwić manualne dodanie posta. 
Co dziś? Przede wszystkim ciężki dzień, bo w wyniku nieprzewidzianych zdarzeń wczoraj wieczorem znalazłam się w Tomaszowie, żeby dzisiejszego poranka wsiąść do pociągu z powrotem do Krakowa. Dokładnie dziesięć (#dziesiątkomania) godzin temu wysiadłam na krakowskim dworcu i ledwo żywa poszłam na zajęcia, na które ani trochę iść nie chciałam. 

   Wspominałam o dziesiątkach. Fajna, okrągła liczba. Symboliczna, jeśli chodzi o alniac.com tego miesiąca. Dajmy więc się jej wykazać i oto poniżej zestawienie Dziesięciu przejawów szczęścia minionych miesięcy.
(kolejność przypadkowa)

1.  Przeprowadzka do Krakowa
Tak, to jedna z lepszych rzeczy, jakie przytrafiły mi się w moim dotychczasowym nie tak krótkim, nie tak długim życiu. Marzyłam o tym od kilku lat i jest to coś, co udało mi się ziścić tylko i wyłącznie dzięki mojej ciężkiej pracy. Nie wiem, czy jest to moje miejsce na ziemi na całe życie. Na pewno chcę zwiedzać, poznawać, co wiąże się niejednokrotnie z dłuższymi pobytami. Zobaczymy, co czas przyniesie. Teraz jest mi tutaj nadzwyczajnie dobrze.

2. Moja uczelnia
Mam wrażenie, że te punkty będą wzajemnie z siebie wynikać. Fakt, że mieszkam obecnie w Krakowie niezaprzeczalnie wiąże się się tym, że dostałam się na studia do jednej z krakowskich uczelni. Nie mam porównania, oczywiście, ale jestem w stanie stwierdzić, że mimo wad, które UEK zdecydowanie ma i nie ma co mydlić oczu, to trafiłam w dziesiątkę. Co do samego kierunku mogłabym polemizować, bo po dzień dzisiejszy nie wiem, czy był to dobry wybór, jednak wiem, że ta konkretna uczelnia to było TO.

3. Zacieśnianie kontaktów mimo dzielącej odległości
Ta osoba wie, że o niej mówię. Nie chcę zdradzać szczegółów, chcę zachować je dla siebie, jednak to bardzo ważny epizod, jeśli chodzi o moje "nowe życie". Nie sądziłam, że to może się udać. A jednak! Do tej pory nam się udaje i wierzę, że będzie tak dalej. Dziękuję.

4. Kolejny cudowny koncert w moim życiu
Jeśli ktoś nie słyszał, że byłam na koncercie The Baseballs w warszawskiej Stodole prawie miesiąc temu, to albo nie ma Internetu, albo nie żyje. Stety albo niestety - musiałam i wciąż muszę dzielić się tym moim małym szczęściem z całym światem. Objawienie, olśnienie, szok i niedowierzanie. Tak opisałabym ten dzień. Statystyki na last.fm mówią same za siebie.

5. Mały sukces
Jakiś czas temu dostałam wiadomość, że uzyskałam wystarczającą ilość głosów od wyborców na uczelni, by stać się częścią Parlamentu Studenckiego, a konkretniej Studenckiej Rady Wydziału. Jako że nie przykładałyśmy się z dziewczynami z koalicji jakoś nadzwyczajnie do promocji naszej trójki, moje zdziwienie było autentycznie naprawdę duże. I to był ten moment, w którym uświadomiłam sobie, że na pewno nie chcę spędzić te kilka lat w Krakowie jedynie "studiując studia". Otworzyła się nowa strona książki.

6. Świąteczny Kraków
Jest piękny, wiecie? Z racji, że ja ogólnie jestem pro-świąteczna i pro-wszystkocoświąteczne, to widząc te wszystkie światełka, choinki, aniołki i mikołaje, cieszę się jak małe dziecko. Galeria Krakowska wygląda o b ł ę d n i e.

7. Świeżak
Przejdźmy do wyjazdów. Ten miał miejsce na początku września. Mnóstwo zdobytych fantastycznych znajomości pozostało do dnia dzisiejszego. Polecam wszystkim przyszłym pierwszoroczniakom. Tak, ja też się obawiałam. Tak, też nikogo nie znałam. Tak, jechałam w ciemno. I co? Choćby mnie przypalali ogniem, nie byłabym w stanie powiedzieć, że żałuję swojej decyzji. 

8. Miniony weekend
Fakt dostania się do PSUEK-u łączy się z wyjazdem szkoleniowo-integracyjnym. A ten właśnie miał miejsce kilka dni temu. Trzy dni, dwie noce. Kolejne świetne znajomości, kolejne godziny śmiania się do bólu (ok, płaczu też), kolejne zdobyte doświadczenie. 

9. Powrót na bonjovi.pl
Musiało minąć kilka miesięcy, żebym znowu postanowiła wrócić na stare śmieci. Tej decyzji też nie żałuję. Wróciły wspomnienia koncertu z 19 czerwca 2013, wróciły stare znajomości, wróciła radość, którą mogę dzielić z ludźmi, którzy czują to samo. To kawałek mojego życia, to zarejestrowałam się tam w kwietniu cztery lata temu i od tamtego czasu to miejsce stanowi dużą część mojego życia - czy tego chcę czy nie. Polecam, wspaniałe uczucie. 

10. Fakt, że mogę tutaj pisać
Za każdym razem, kiedy otwieram okno do pisania, gdzieś w środku czuję "motylki". Lubię to, sprawia mi to radość, a jeśli jeszcze ktoś chce to czytać i odczuwa jakiekolwiek pozytywne emocje przy tym, to to jest właśnie powód, dlaczego to robię. 


   To by było na tyle. Do zobaczenia jutro. Standardowo o 22:00 :)
Read More

poniedziałek, 15 grudnia 2014

Blogmas, dzień 1

   Cześć! Dzisiejszy wpis będzie stricte informacyjno-organizacyjnym, bo wiem, że nie do każdego docierają informacje z alniac.com na Facebooku. Przez najbliższe 10 dni zamierzam na alniac.com publikować większości znane Blogmas. Nie wiem, czy będą one zawsze powiązane tematyką ze Świętami. Pewnie nie, chyba bym tego nie chciała. Ale to wyjdzie w praniu i mam nadzieję, że jakkolwiek sprawy się nie potoczą, to i ja i Wy będziecie zadowoleni :)

   W pierwszym wpisie, który właśnie czytasz, chcę jedynie wspomnieć, że ostatnio w moim życiu dzieje się bardzo dobrze (z naciskiem na bardzo). Ach, zapomniałam! Moje Blogmas modyfikuję, dodając "dziesiątkomanię". Czemu? 10 dni wpisów, codziennie o dziesiątej (22:00). Więcej "dziesiątek" będę zdradzać na bieżąco. Jutro będzie tego przykład.

   Pozdrawiam i liczę, że jutro znajdzie się gro czytelników, których czymś zaciekawię :)
Read More

niedziela, 30 listopada 2014

FFF - Fifteen Festive Favourites

   Siedząc wczoraj pod ciepłym kocem z kubkiem gorącej herbaty w dłoni, scrollowałam jak zwykle przepastne bogactwa Facebooka. W pewnym momencie przed oczami mignęła mi ciocioebciowa twarzyczka. To znak, że wrzuciła nowy film na swój jutubowy kanał. 

   Ten rok jest jakiś inny (mój boże, aż mi się skojarzyło z filmem Baby są jakieś inne, którego swoją drogą nie oglądajcie, szkoda czasu). Może trochę przyczynił się do tego fakt, że zmieniłam miejsce zamieszkania i ogólny tryb życia. Chodzi mi o brak zainteresowania Świętami, które niezaprzeczalnie nadchodzą już wielkimi krokami. Ok, stałam się poniekąd pozbawionym głównych mediów studenciaczkiem. Nie mam szans zobaczyć świątecznej reklamy kawy Jacobs, w której para unosząca się nad czarnym trunkiem układa się w kształt choinki, wodząc za nos Świętego Mikołaja. Nie słyszę też Last Christmas co piątą piosenkę w Radiu Zet, bo nie mam telewizora ani radia, a AdBlock skutecznie ratuje mnie od takich atrakcji w Internecie. Dlatego filmik cioci ebi mogę uznać za "przełomowy", bo w końcu gdzieś głęboko w serduchu usłyszałam dzwoneczki i poczułam zapach goździków.

   Pamiętam, że rok temu próbowałyśmy zrobić z ebi miesięczny Christmas Challenge. Nie udało się. Przynajmniej mi, bo szczerze powiem, że nie pamiętam, jak się to podziało do końca u cioci. Dlatego w tym roku jest dość niezobowiązująco, w miarę krótko, treściwie i co najważniejsze - jednorazowo. Czyli mam pewność, że nie zawiodę. Och, tak dobrze.

   TAG ma piętnaście punktów, z których każde nawiązuje do tematyki Świąt Bożego Narodzenia. Przyznam, że pisanie tego typu wpisów sprawia mi dużo frajdy, więc cytując guru każdego studenta Krystiana Karczyńskiego - zapnijcie pasy i lecimy z tym koksem.

1. Ulubione świąteczne jedzenie
Tutaj zdecydowanie i bezapelacyjnie wygrywają pieczarki w cieście mojej babci, choć do końca nie wiem, czy jest to świąteczne jedzenie, czy ot tradycja jedynie w mojej rodzinie. Poza tym, to wigilijny karpik jest spoko, tylko ja i ości niezbyt się lubimy, dlatego rybę (niefiletowaną) jem najczęściej tylko wtedy, w Wigilię. 
2. Ulubiony renifer
Hmm... Albo oglądałam za młodu zbyt mało świątecznych bajek, albo naprawdę sytuacja wygląda tak, że jest Rudolf i cała reszta nijakich bezimiennych. Rudolf jest spoko, utożsamiam się z nim, bo oboje mamy czerwone nosy - on zawsze, ja na mrozie. A, no i lubię tego renifera ze świątecznych reklam Coca-Coli. Dlaczego? Bo to świąteczna reklama Coca-Coli. 
3. Ulubiony dzień Świąt
Wigilia jest magiczna i odkąd pamiętam, to zawsze wzbudzała we mnie nieopisaną radość. Może dlatego, że gdzieś w głębi nadal jestem tą niecierpliwą pięciolatką, wyczekującą na pierwszą gwiazdkę.
4. Ulubiona świąteczna piosenka
O nie. To temat rzeka, a jeśli bierze się pod uwagę moją osobę, to jest to temat rzeka podniesiony do n-tej potęgi. Może w tym roku mam małą obsuwę i jeszcze nie katuję współlokatorki (pozdrawiam, Ola! niedługo dowiesz się, o co mi chodzi) ani rodziny, ale świąteczna muzyka to zdecydowanie mój konik. Mam ulubioną spotifajową składankę, która cierpliwie czeka na pierwszy śnieg. Dopiero teraz zauważyłam, że wgrałam na nią pliki lokalne, które niestety musiałam usunąć. Ale tytuły są, a o to tutaj chodzi :) Dla bardziej leniwych - można na niej znaleźć między innymi Please come home for Christmas Jona Bon Joviego, Merry Christmas Everyone Shakin' Stevensa i All I Want for Christmas is You Mariah Carey. O klasyku Last Christmas nawet nie wspominam.
Wyczuwam jednak nowe perełki, aczkolwiek opowiem o nich więcej, kiedy przyjdzie do mnie odpowiednia płyta. 
5.  Ulubiony świąteczny prezent
Siedziałam nad tym punktem dobre kilka minut i ostatecznie wybór padł na aparat fotograficzny, który dostałam bodajże w 2009 roku. 
6. Ulubiony świąteczny film
Czymże byłby ten punkt bez wyraźnego wyróżnienia Kevina samego w domu? Od zawsze, na zawsze. Mimo, że jako mała dziewczynka wybiegałam z pokoju z płaczem, oglądając scenę porażenia prądem od kurków w kranie z drugiej części. W dzieciństwie obowiązkowym filmem był też Śnięty Mikołaj.
Z innych filmów mogę wymienić na przykład To właśnie miłość i Listy do M. (jeden z bardzo niewielu polskich filmów, jakie uwielbiam i szczerze polecam).
7. Ulubiona zabawka z "Christmas Cracker"
Nie mam pojęcia, o co może chodzić, więc omijam ten punkt.
8. Ulubiony świąteczny suchar
U mnie w Święta nie opowiada się sucharów, a przynajmniej nie celowo - nie ma takiej tradycji. Nawet nie mogę sobie teraz przypomnieć żadnego związanego ze Świętami. Ale jak Wy macie coś ciekawego i wartego przekazania dalej, to poczytam chętnie w komentarzach.
9. Ulubiona dekoracja świąteczna
Gdyby nie dzisiejsza rozmowa z Domi podczas jazdy do Krakowa, nie wiedziałabym, co napisać. Generalnie uwielbiam wszystko co świąteczne. Najchętniej całe mieszkanie przyozdobiłabym światełkami, gwiazdkami i czerwonymi wstążeczkami, ale teraz już wiem, co będzie tym "naj". A Wy dowiecie się już niebawem :) Dzięki raz jeszcze za pomysł, Domi!
10. Ulubiony świąteczny zapach
Niestety nie podchodzą mi wszelkie zapachy i smaki, które zaliczają się do tych "świątecznych". Nie lubię goździków, cynamonu, prażonego jabłka. Dla mnie świątecznym zapachem niech będzie świeczka z Yankee Candle o nic nie mówiącej nazwie miękki kocyk. Jest cudowny i jak tylko nastaje jesień, to odpalam świeczkę czy wosk o tym zapachu i czuję, że to dobry czas.
11. Ulubiona świąteczna reklama
Jestem przewidywalna do bólu, jeśli chodzi o świąteczny klimat, więc nikt się nie zdziwi, jeśli za ulubioną reklamę podam właśnie . Dodatkowo uwielbiam wszystkie te, na których przez okno widać ładnie ubranych ludzi, parzących wyśmienicie pachnącą kawę, której to dymek uderza o ich nozdrza. Takie to to świąteczne i ciepłe.
12. Ulubiona świąteczna tradycja
JEŚLI MASZ MNIEJ NIŻ X LAT I WIERZYSZ W ŚWIĘTEGO MIKOŁAJA, TO WYJDŹ.
Zawsze w noc przed Wigilią rozsiadam się w swoim pokoju i, oglądając w telewizji zazwyczaj jakiś świąteczny film, pakuję przez kilka godzin prezenty dla całej rodziny. Tak to mniej więcej wygląda.
13. Ulubione świąteczne miejsce
Choinka na Rockeffeler Center (zdjęcie) jest cudowna i odkąd pierwszy raz zobaczyłam Home Alone 2, co roku chcę tam polecieć i znaleźć się w tym samym miejscu.
Nie mam innych "specjalnych" miejsc. Pamiętam, że nieziemsko wyglądało Krakowskie Przedmieście w Warszawie dwa lata temu - zasypane śniegiem i udekorowane tymi wszystkimi lampkami. Mam nadzieję, że równie piękny zimą jest Kraków. 
14. Ulubiony świąteczny fakt
No i znowu nie wiem. Próbuję sobie przypomnieć jakąś zabawną scenkę, dialog, cokolwiek. I nic. Może to, że jakoś trzy czy cztery lata temu na kilka dni przed Wigilią miałam robiony zabieg na stopie i byłam unieruchomiona. Pech chciał, że do tamtej pory nie ogarnęłam się z prezentem od siebie dla siebie i musiałam wysłać po niego brata w dzień Wigilii. Biedak musiał iść do sklepu i kupić torebkę znaną jedynie z moich barwnych opowieści i opisów. Oczywiście kupił złą i musiał się wracać. Drugie podejście okazało się trafne. Ach, uwieeelbiam go :)
Teraz jeszcze mi się przypomniało, że mniej więcej do 9. roku życia płakałam, kiedy słyszałam Lulajże Jezuniu. Nie wiem czemu. Chyba wydawało mi się, że to kolęda o cierpieniu i było mi tego Jezunia bardzo szkoda.
15. Ulubiony gadżet bałwanka
(Seeerio?) Moje bałwanki zawsze składają się ze... śniegu. Dlatego moim ulubionym gadżetem będzie właśnie śnieg. Dziękuję, dobranoc!


   Miało wyjść krótko i zwięźle, a wyszło jak zawsze. No, ale poczułam wreszcie coś, co nazywają świąteczną atmosferą. Do zrobienia tego tagu zachęcam wszystkich, ale w szczególności Część Mniebazarek kosmetyczny i Cacynkę. Trzymajcie się ciepło, wszak mroźno już na zewnątrz :)
Read More

poniedziałek, 24 listopada 2014

Studio Lejdis

   Powoli odgruzowuję swoje konto na Bloggerze i wracam na stare tory. Ostatnio działo się tyle, że sama nie wiem, od czego miałabym zacząć, dlatego zacznę od kwestii, z którą zwlekałam od jakiegoś czasu i wreszcie jest okazja!

   Pamiętam ten dzień do dzisiaj. Były to tegoroczne wakacje, moje nieco dłuższe, zbyt dużo wolnego czasu. Wymyśliłam sobie, że po raz pierwszy chcę mieć na paznokciach coś, na co jedyną właściwą reakcją będzie brak tchu i nieme "WOW!". Powpisywałam w Instagramie odpowiednie tagi, głównie przeglądałam zdjęcia warszawskiego salonu Nailed It, którym byłam zafascynowana od dawna i zapisałam na dysku kilka ich zdjęć, na których podstawie będę poszukiwać osoby, która byłaby w stanie mi coś takiego wyczarować. Myślałam, że będzie to niełatwe zadanie, bo Tomaszów jest dość małym miastem i nie znałam nikogo, kto miałby pewną rękę do nailartu. Wrzuciłam więc znalezione zdjęcia na Facebooka i posypały się komentarze. Wybrałam w końcu jedną z propozycji i napisałam do dziewczyny, której na imię było Karolina. Nie pamiętam dokładnie naszej pierwszej rozmowy, więc nie będzie to jej cytat, a raczej "zarys":
- Hej! Słyszałam, że malujesz cuda na paznokciach.
- No cześć! Tak, maluję.
- Bo znalazłam kilka zdjęć i jestem ciekawa, czy potrafiłabyś coś takiego *wysłane zdjęcia*.
- No te to akurat ja sama robiłam.
- Ale jak to?
- No to jest moja robota.
- Pracujesz w Nailed It?
- Tak :)
- BOŻE, znalazłam raj na ziemi.

W ten oto właśnie sposób znalazłam perełkę pośród tomaszowskich szarości :) Tak się też stało, że niedługo po tym Karolina otworzyła swój salon, w którym full profeska wykonuje swoje cuda. Gdzie ją znajdziecie? Studio Lejdis (w którym tak swoją drogą można też zrobić na bóstwo swoje włosy) mieści się przy Piłsudskiego 41 (oczywiście w Tomaszowie), ale oprócz tego na Facebooku. Chcę nadmienić, że Karolina przewidziała stałe promocje dla uczennic i studentek, także nie bójcie się do niej napisać czy zadzwonić i zapytać o szczegóły :) 

Żeby nie być gołosłowną, załączam kilka dowodów na jej niezaprzeczalnie ogromny talent :)








PS To nie jest żadna zamawiana reklama. Karolina o nic mnie nie prosiła. Ba! Sama wyszłam z propozycją zaraz po tym, jak pierwszy raz zrobiła mi paznokcie w sierpniu. Tak zdolna osoba zasługuje na kilka dobrych słów :) A jeśli ktoś się skusi, żeby skorzystać z jej usług, to tym lepiej dla tej osoby :)
Read More

poniedziałek, 3 listopada 2014

irytacja pomieszana z niedowierzaniem

   Już się nie oszukuję, że będę pilną studentką. Po stokroć bardziej cenię sobie zdrowie, które ostatnio daje mi mocno w kość. Znajduję sobie jednak małe przyjemności, które umilają mi czas w te jesienne wieczory. Jutro na przykład wybieram się na koncert Depeche Mode. Do Multikina, bo do Multikina, ale zawsze coś. To będzie mój pierwszy kinowo-koncertowy raz, więc postaram się uaktywnić wszystkie moje zmysły, żeby odczuć to najmocniej, jak się da.

   Podczas kiedy będę się pławić w dźwiękach tak miłych dla uszu, ktoś na świecie przechodzi przez piekło. Piekło w najczystszej ("najbrudniejszej" chciałoby się powiedzieć) postaci. I to nie jedna osoba, bo setki, tysiące. Wczoraj kładąc się spać, mignął mi gdzieś news, że jest nowa informacja dotycząca porwanych w Nigerii dzieci, dziewczynek konkretnie. Przyznam, że byłam tak śpiąca i zmęczona, że wyłączyłam tylko telefon i nie minęło kilka minut, a już spałam w najlepsze.
Zapewne większość z nas, mających kontakt z jakimikolwiek mediami, słyszała o tym, jak pół roku temu islamscy bojownicy z ugrupowania Boko Haram porwali przeszło 200 dziewczynek ze szkolnego akademika. I to nie jest jedyny taki przypadek. To, co wydarzyło się 14 kwietnia 2014 roku, dzieje się cały czas. Co jakiś czas mają miejsce porwania, gwałty, napady, zamieszki i co najgorsze zabójstwa. Nie tak dawno, bo kilkanaście dni temu, w mediach huczało, że jest rozejm. Że jest możliwa wymiana dziewczynek na przestępców, przebywających w więzieniach. I co z tego? W noc z piątku na sobotę Boko Haram opublikowało nowy film, wiadomość do świata, w którym jasno daje do zrozumienia, że wojna trwa, nie ma żadnego ultimatum, dziewczyny są nie do odzyskania, bo przeszły na islam i poślubiły islamskich mężczyzn. Nie rozumiem tego. Ludobójca publikuje w sieci film. Nie pierwszy. I nikt nie jest w stanie go znaleźć, złapać, wyciągnąć konsekwencji. Chyba, że ktoś tu nie chce ich znaleźć, złapać i wyciągnąć konsekwencji. W takim wypadku mam do powiedzenia tylko tyle.

   Nie chcę na swoim blogu roztrząsać politycznych czy religijnych kwestii. Nie chcę udawać, że moja wiedza na ten temat jest tak duża, jak wiedza Bralczyka na temat języka. Nie chcę też stawiać siebie w roli quazi psycho-, socjo-, czy innych -logów. Po prostu szlag mnie jasny trafia, kiedy słyszę, co się dzieje na świecie, podczas kiedy jesteśmy rzekomo tak rozwiniętym społeczeństwem i mamy takie możliwości, a mimo wszystko nikt nie potrafi nic poradzić na bandę zeschizowanych prymitywów (nie piję tutaj do ich koloru skóry, żeby było jasne).
Read More

czwartek, 30 października 2014

winter is on its way | incoming gigs

   Z bolącą głową, gardłem i zawalona chusteczkami witam po raz kolejny. Na wirusy nie ma mocnych, dopadają każdego, a że mnie ostatnio zbyt często, to już kwestia poboczna. Od zawsze twierdziłam, że w Polsce mamy dwie pory roku i dwie dodatkowe (trwające co najwyżej połowę miesiąca) na doczepkę, żeby nie odczuć zbytniego szoku między letnim upałem i mroźnym, kłującym w płuca mrozem. Jeszcze dwa tygodnie temu pokazywałam TUTAJ jakże urokliwą jesień w Krakowie, a dzisiaj nie ma po niej śladu. I w tym momencie pojawia się w człowieku rozpaczliwa potrzeba śniegu, porządnego mrozu i świątecznego klimatu. Bo to, co jest obecnie, jest do bólu nijakie i brzydkie.

   No, przywitałam się już najbardziej pozytywnie, jak tylko mogłam, więc pora przejść do rzeczy. Dokładnie rok, cztery miesiące i jedenaście dni temu smażyłam się w ogromnym upale, jaki miał miejsce pod PGE Areną w Gdańsku. Wszystko po to, by być jak najwcześniej, być jak najbliżej sceny i przeżywać swój pierwszy koncert Bon Jovi w jak najlepszym stopniu. Cały ten dzień niesamowicie trudno opisać jest słowami. 
Po całym roku koncertowej posuchy wracam na płytę! Zaczynam od The Baseballs w warszawskiej Stodole 17.11, a w kolejce czeka Bryan Adams na Kraków Arena niemalże miesiąc później, bo 16 grudnia. Jak dobrze pójdzie, to z listy To do before I die odhaczę też Robbiego Williamsa dziesięć dni po moich urodzinach w 2015. Boję się jedynie cen biletów, bo to, co zobaczyłam po ogłoszeniu, że w Krakowie będzie duet Sting & Paul Simon, może opisać jedynie ten gif.

   Dziś bez zdjęć, bo nie mam siły sięgnąć ani po telefon, ani po kartę od aparatu. Natomiast wiedziałam, że ten rosół w słoiku zachomikowany na dnie lodówki wreszcie się do czegoś przyda :)
Read More

środa, 22 października 2014

wieczne podróże i MDO 2014

   Ostatnio jeżdżę pociągiem częściej niż przez całe swoje życie. Dobrze, wcześniej ilość moich podróży pociągami można byłoby zliczyć na palcach jednej ręki. Teraz sprawy toczą się tak, że (stety czy niestety) co weekend bywam w moim rodzinnym mieście, którym jest Tomaszów. Jakie było moje zdziwienie, kiedy wsiadając w poniedziałek do porannego pociągu, zastałam przedział, którego nigdy nie widziałam na oczy. Mam tu na myśli jego standard. Zdecydowanie nie był to jeden z tych wagonów, które pamiętają moi rodzice, kiedy oni sami jeździli na studia do Łodzi. Na początku byłam po prostu zdumiona i mnie zatkało, ale potem przyszedł czas na nerwy, czy aby na pewno nie jadę pierwszą klasą i czy aby na pewno pan konduktor nie podliczy mnie w setkach za tę podróż. 
   Jeszcze wiele przede mną, jeśli chodzi o jazdy na trasie Tomaszów - Kraków. I na pewno wiele ludzi zdążę poznać. A jeśli mówię o poznawaniu współpodróżujących, to wspomnę o pewnej pani, która dosiadła się do mnie niecałe pół godziny od gwizdka konduktora. Prawie całą drogę była mi obojętna. Po prostu słuchałam muzyki, patrząc przez okno. Na kwadrans przed końcem schowałam telefon do kieszeni, bo bateria była na wyczerpaniu, a nie zauważyłam, że kabel od ładowarki się wypiął, więc uroki kontaktów poszły na marne. I wtedy nawiązała się interakcja między mną a tą kobietą. Serdeczne pozdrowienia, jeśli to pani czyta :) Była wyraźnie zestresowana podróżą. Okazało się, że to jej pierwszy raz. Miała obawy, czy wysiądzie w dobrym miejscu, czy się nie zgubi, jak się zachować. Uspokoiłam ją i zapewniłam, że jeśli tylko będę mogła, to pomogę. Jej, czułam się jak super hero. Przyjemne uczucie! Dowiedziałam się, że ma dwójkę dzieci w dorastającym wieku, że jej mąż pracuje zagranicą, bo niestety w Polsce pracy brak. Ona jechała do Zakopanego. Kiedy dotarłyśmy na dworzec, pomogłam jej dotrzeć na dworzec PKS, skąd miała mieć autobus. Właśnie wtedy też zepsuła się moja DRUGA walizka. Mimo wszystko - żałuję, że tak późno schowałam ten telefon. Życzliwość zdecydowanie potrafi umilić człowiekowi dzień. Polecam :)

   A dzisiaj cały dzień spędzony na uczelni. Cudem, bo autobusy z samego rana niestety nie chciały ze mną współpracować i po prostu nie przyjechały. Tak oto powstało moje ponad półgodzinne spóźnienie. Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. W telegraficznym skrócie, bo ten wpis i tak już ma dużo za dużo znaków - na UEK-u miał dzisiaj miejsce Międzynarodowy Dzień Otwarty. Hala widowiskowo-sportowa została zamieniona w dużą powierzchnię wypełnioną standami, przy których można było dowiedzieć się różnych rzeczy o wyjazdach zagranicę, Erasmusie, umowach międzynarodowych z innymi uczelniami i wiele, wiele więcej. Swoje stanowisko miał także PSUEK, czyli Parlament Studencki Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie, na którym dane mi było przebywać jako wolontariusz. Przynajmniej na razie :) 


   Jako że jutro jeden z mniej lubianych przeze mnie dni tygodnia, muszę niestety zamknąć komputer i zrobić coś, dzięki czemu przeżyję do wieczora. Trzymajcie się i do kiedyś!

Read More

środa, 8 października 2014

Ale jak to?

   Nawet nie chcę sprawdzać, jaka data widnieje przy ostatnim wpisie. Nie planowałam tego, po prostu się wydarzyło. Studia się wydarzyły. W zestawie z wszystkim, co się z nimi wiąże. Głównie chodzi tu o przeprowadzkę z Tomaszowa do Krakowa, bo tam będę teraz stacjonować (mam nadzieję) przynajmniej kilka lat. No właśnie. Kraków.

   Odkąd pamiętam w mojej głowie zawsze był ten skrawek papieru, na którym spisywałam skrzętnie wszystkie moje plany związane z przyszłością, lokowane właśnie w Krakowie. Zaraz obok Stanów, rzecz jasna. Klasa maturalna zleciała jak z bicza, wakacje jeszcze szybciej i wreszcie przyszedł ten moment, kiedy spakowałam całe swoje dziewiętnastoletnie życie do srebrnej strzały i pojechałam z rodzicami w trzygodzinną podróż do miasta Kraka. Cały tydzień przed pierwszym dniem zajęć. Czemu? Chciałam się zaaklimatyzować, bo pomimo tego, że poniekąd uznaję się za "człowieka cygana" (no hate, no offence) i wszędzie mi dobrze, to chciałam mieć te kilka dni dla siebie. Jak się potem okazało - dały mi one wiele, bo po tygodniu komunikacja miejska nie miała przede mną tajemnic, nazwy ulic nie straszyły, brzęcząc w uszach, a rozkład ulic "tak, idź tędy w nocy" i "nie, tutaj tylko z obstawą" znałam na pamięć. No, a potem przyszedł 29 października, pierwsze korki na mieście, pierwsze zajęcia, pierwsze nowe twarze, pierwsza kolejka do dziekanatu, mnóstwo innych pierwszych razów. Przyszły też problemy zdrowotne, przez co niestety od kilku dni stacjonuję bez zmian w Tomaszowie, ale dzielnie walczę i kolejny raz się nie dam :)

   A co z Krakowem? Jeśli tylko mam chwilę i siłę, cały czas po trosze go poznaję. Staram się wykreślać też punkty z listy To Do In Cracow. Jedno jest pewne - chcę raz na zawsze wyprowadzić wszystkich z błędu, jakim jest twierdzenie, że jedynym najpiękniejszym miejscem w Krakowie jest Rynek. Bo tak nie jest. Nie twierdzę, że nie jest tam cudownie, bo jest, ale od kiedy chadzam też po innych częściach Krakowa, śmieję się w duchu z siebie, jak mogłam tak kiedyś myśleć. Jak tylko wrócę na swoje "krakowskie włościa" chcę się przejechać na Kazimierz, spróbować tych legendarnych zapiekanek, odwiedzić Stajnię i wiele innych urokliwych miejsc. Wszystko staram się uwieczniać na zdjęciach, więc jakaś forma fotorelacji zostanie upubliczniona. Jak ta poniżej.

półtoragodzinne skręcanie kosza na śmieci | ciepło, miło i prawie jak w domu | niepoznany i niedoceniany Kurdwanów | samotny Rynek


Szlak niczym Nowy Jork | Świeżak na Nieznanej | dla tych, którzy nie zdążą (nawet windą) | ach!
Read More

niedziela, 21 września 2014

fresh start

   Jestem. W nowym miejscu, nowym mieście, nowych czterech ścianach, między nowymi ludźmi (którzy, tak swoją drogą, są naprawdę spoko). Ostatnio dużo rzeczy się działo w moim życiu. Chyba proporcjonalnie więcej niż przez całe wakacje. Szczęście, że były to same dobre rzeczy, które do dziś wspominam, powstrzymując się jednocześnie od śmiechu. Tak, tutaj mam na myśli między innymi Obóz Integracyjny UEK ŚwieŻAK 2014! 




Siedzę teraz na swoim mega wygodnym łóżku, koło mnie kubek z herbatą Lipton o smaku owoców leśnych i zastanawiam się, na co przyjdzie jutro pora. Czas odhaczyć kolejny punkt z listy To Do in Cracow
Zostawiam Was z widokiem, który widzę, kiedy spojrzę przez drzwi balkonowe. Lubię go.


Read More

piątek, 29 sierpnia 2014

still not the end

   Czas leci jak szalony. Zasuwa nieubłaganie. Niektórym kończą się właśnie wakacje. Ostatnia Omega, w poniedziałek wyprasowana przez mamę biała koszula, a w poniedziałek "udaję, że się uczę". Nie dla każdego, bo są tacy, którzy są już na emeryturze, podróżują, pracują, albo idą na studia. 

Cholernie się cieszę, że ten czas tak leci, bo to tylko przybliża mnie do 21 września, czyli do dnia, w którym sprowadzę się na stałe do miasta, które kocham całym serduszkiem. Do Krakowa. Fakt jest faktem, że będę tam już wcześniej, bo za dwa dni, aczkolwiek 4. podbijam Murzasichle na ŚwieŻAKu. Wszystkie informacje na temat tego wyjazdu, które dostawałam do tej pory, upewniały mnie w tym, że decyzja o uczestnictwie była jedną z lepszych. A potem dostałam mejla z większą ilością informacji i skreśliłam w myślach stwierdzenie lepiej być nie może







Do zobaczenia w Krakowie!
Read More

niedziela, 17 sierpnia 2014

DEKOsobota #3

   Kupiłam kalendarz! Od teraz organizuję swój czas. Tak! Będę systematyczna i uporządkowana. Mam rację, prawda?
Jednak o organizacji czasu i o moim nowym nabytku będzie oddzielny wpis (który już zaplanowałam w moim kalendarzu, ha). Teraz wróćmy do clue dnia dzisiejszego (a raczej wczorajszego), czyli do serii postów blogowania b2b. Zadanie od cioci ebi brzmi następująco:

Prawdopodobnie w "spadku" dostaniemy meble kuchenne w kolorze kremowo-brązowym. (Niektóre przody są kremowe, inne- brązowe/ mahoniowe). Potrzebujemy inspiracji na fajną aranżację kuchni w tej kolorystyce. Da się załatwić? :D

Jasne, że się da! Przynajmniej poniekąd, bo przyznam, że ciężko jest mi się ustosunkować do zadania bez obejrzenia zdjęć tych danych mebli. Ale cóż, życie niejednokrotnie pokazało, że trzeba improwizować. Czemu nie zrobić tego teraz?




Zdecydowanie widać moje zamiłowanie do wysp kuchennych. Spowodowane jest to pewnie tym, że całe życie mieszkałam w bloku, gdzie kuchnie były (i są) raczej małych rozmiarów i na posiadanie wyspy nie można sobie czysto fizycznie pozwolić. Wbrew pozorom jest to całkiem funkcjonalna część kuchni, zapełnia pusty środek kuchennego pomieszczenia i daje kilka dodatkowych metrów kwadratowych blatu. Każdy, kto w kuchni spędza choć trochę więcej czasu od wzięcia talerza i zaniesienia go do zlewu, przyzna mi rację, że blat to rzecz cenna, jeśli chodzi o gotowanie. Stąd też od razu mój "apel" - kiedy będziecie urządzać swoją kuchnię, postawcie na zabudowę urządzeń. To kolejne powierzchnie do wykorzystania! 
Jeszcze kwestia blatu. Sama w rodzinnym domu mam meble w tej kolorystyce. Pamiętam, że rodzice mieli problem, jaki blat dobrać do całości. Jasny dość szybko się brudzi, a ciemny pomniejsza już dość małą kuchnię. Postawili na kremowy z ciemniejszymi wzorkami (à la kropeczki). Przyznam, że nie mogę znaleźć podobnego w Internecie, ale jak tylko będę miała możliwość zrobienia zdjęcia mojej kuchni, to podrzucę tutaj adnotację.

ZADANIE DLA CIOCI EBI:
Ok, pozostajemy w studenckim mieszkaniu. Mamy z Olą balkon i jest on pusty, a całkiem niemały. Zarzuć no jakimiś fajnymi pomysłami, co można byłoby z nim zrobić, żeby chciało się na nim spędzać trochę czasu :)
Read More

czwartek, 14 sierpnia 2014

małe zmiany

   Witam w kolejny czwartek. Ostatnio coraz mniej u mnie czasu (niestety, nie z mojej winy). Tak jak w tytule - coś się tutaj zmieni od dnia dzisiejszego. DEKOczwartki od dziś będą DEKOsobotami, żeby choć trochę wyrównać ilość dni między poszczególnymi zadaniami - moimi i cioci ebi.
Ja tymczasem idę włożyć coś ciepłego na stopy, bo powoli zaczyna mi być zimno, kiedy tak siedzę w bezruchu na tarasie. Możliwe, że wyskoczę za chwilę na rower. Popijając pyszną herbatę, żegnam się z Wami i do usłyszenia! ;)


Read More

sobota, 9 sierpnia 2014

(spóźniony) DEKOczwartek #2

Niby czwartek, a jednak sobota. Powody osobiste nie pozwoliły mi na zamieszczenie tego dwa dni temu, dlatego pojawia się teraz, w sobotę. Nazwy nie zmieniam, bo liczę, że następne DEKOczwartki będą już o czasie. Miłej lektury.


   Jest czwartek, jest blogowanie b2b. Jest i zadanie od cioci ebi. Żeby nie przedłużać, przejdę do jego treści.

Prawdopodobnie wiesz, że mężczyzna, z którym zamierzam spędzić resztę mojego życia, ma nieco odmienny gust muzyczny od mojego. Wobec tego, planujemy jego pokój wyciszyć, żeby reszta domowników mogła spokojnie żyć. Może rzucisz nam garsteczką pomysłów, jak to zrobić? Może być to zarówno sposoby DIY, jak i jakieś PRO- chociaż nie ukrywam, bardziej nam się przyda wersja dla ludzi na dorobku :-D

Ciężka sprawa. Na kwestiach stricte budowlanych znam się tyle samo jak na hodowli myszoskoczów półpustynnych, więc musiałam się posiłkować i ślepo ufać głównie temu, co piszą w internetach. 
Na pierwszy ogień niech pójdzie mata wygłuszająca. Można ją kojarzyć np. ze studiów nagraniowych. Nie wygląda efektywnie, jeśli mówimy o wyciszaniu, dajmy na to, sypialni, ale w pokoju biurowym czy (kto bogatemu zabroni) specjalnym pokoju zabaw muzycznych Twojego lubego może sprawdzić się całkiem nieźle. Kupuje się taki wynalazek najczęściej w "płatach" o konkretnych wymiarach i różnej grubości. Według Allegro przykładowe ceny to: 50x50 cm, grubość 4 cm - 6.99 zł; 50x50 cm, grubość 20 cm - 36.00 zł; 200x100 cm, grubość 7 cm - 96 zł. Bez obaw, jeśli nie chcemy takiego tradycyjnego wyglądu matu (mam  tu na myśli charakterystyczne stożkowate wypustki), istnieją też gładkie maty piankowe. Można je kłaść także pod panele podłogowe.



Drugą opcją jest korek techniczny. Kupujemy go także w płatach, o grubości najczęściej 1 cm. Korek można pomalować farbą, więc efekt estetyczny jest dużo lepszy, choć jeśli wziąć pod uwagę skuteczność - bywa różnie. Ludzie jednak polecają przyklejać na niego tapetę, bo ponoć chłonie dość dużą ilość farby.

Jako trzecie mogę podać rozwiązanie bardziej PRO. Tutaj już w ogóle czuję się jak na lekcji mandaryńskiego, dlatego rzucę linkiem (CLICK) i zacytuję fragment strony internetowej producenta Rockwool: "Wyciszenie ściany działowej w domu wykonujemy z lekkiej konstrukcji na stalowym ruszcie z okładzinami z płyt gipsowo-kartonowych i wypełnieniem wełną mineralną ROCKTON gr. 5 cm. Profile metalowe mocujemy do podłogi i sufitu poprzez podkładki tłumiące np. z podkładek filcowych lub piankowych. Płyty gipsowo - kartonowe mocuje się do szkieletu również poprzez podkładki tłumiące. Płyty z wełny układamy pomiędzy profile pionowe zamocowane przez uchwyty do ściany w rozstawie co 60 cm."


Wiem, że nie wyczerpałam tematu do cna, ale i nie było to moim celem, bo wiedziałam, że nie mam wystarczających kompetencji. Może trochę więcej dowiem się na zajęciach z wprowadzenia do techniki budowlanej na studiach. Wtedy mogę Ci, ebi, na ten temat opowiadać do snu :>

ZADANIE DLA CIOCI EBI:
Rzuć jakimiś inspiracjami nt. organizacji miejsca na biurku, jakimiś pomysłami, może DIY. No, chcę mieć fajne studenckie biurko. Wszystko!

Read More

wtorek, 5 sierpnia 2014

Things To Do in Cracow (część I)

   Witam w sierpniu! Czas leci jak szalony, a jak dobrze pójdzie, to za miesiąc będę albo w Bocheńcu, albo w Murzasichlu. Się okaże. Za oknem promienie słoneczne walą w oczy, więc włączam wiatrak i stwierdzam, że jest to najlepszy moment w ciągu dnia na bycie twórczym, więc jestem.

Tę listę sporządzam w notesie od jakiegoś czasu. W głowie zdecydowanie dłużej. Kraków lubiłam od małego, chociaż nie bywałam w nim często. Kilkukrotnie był to przystanek szkolnych wycieczek, rzadziej cel rodzinnych podróży. Zawsze jeździliśmy z rodzicami i bratem prosto w góry, omijając Kraków z boku. Do tej pory nie wiem dlaczego. Jedną z dalszych moich wizyt w tym mieście była wycieczka szkolna w pierwszej klasie gimnazjum, potem w trzeciej klasie liceum. Między nimi jedna czy też dwie wizyty z rodzicami. Ale to był głównie Rynek i głównie na godzinę, może dwie. Słabo, bo od jakichś czterech lat mam zdecydowanie szeroki krąg krakowskich znajomych, nigdy nie było okazji ich odwiedzić. Będąc niepełnoletnią nie było mi wolno jechać tam samemu, a z rodzicami jakoś nie wychodziło. Wiedziałam, że chcę studiować w Krakowie. AON kusił, ale nie tak jak wąskie krakowskie uliczki i ten specyficzny klimat.

I stało się. Jestem na liście studentów Akademii Ekonomicznej, obecnie znanej pod nazwą Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie - trzeciej co do wielkości uczelni w Krakowie, drugiej najstarszej państwowej uczelni ekonomicznej w Polsce i największej uczelni ekonomicznej w Polsce pod względem liczby studentów. Lista powstaje (powstaje, bo nadal nie postawiłam kropki) z niejednego powodu, ale tym najważniejszym niech będzie chęć chłonięcia tego miasta więcej i więcej. Nie ukrywam, że słabo znam to miasto, ale i nie miałam sposobności, żeby zmienić ten fakt w znaczącym stopniu. Do czasu. We wrześniu czeka mnie przeprowadzka, na której myśl wewnętrznie tupię nogami zniecierpliwiona.


Ok, wstęp zaliczony, przejdę do kontentu w takim razie. Teraz i przez kilka następnych tego typu wpisów będzie pojawiać się kilka kolejnych punktów z mojej listy Things To Do in Cracow. Ile ich będzie? Nie wiem. Jak mówiłam, lista nadal się tworzy. Jeśli ktoś ma coś do zaproponowania, to też chętnie przeczytam w komentarzach!
Kolejność punktów przypadkowa, nie ma tutaj rzeczy "najważniejszej" i "może poczekać".

1. Wejść na któryś z kopców. Najlepiej przy zachodzie słońca, bo wtedy ładnie widać Kraków.



2. Massolit Books & Cafe, czyli strasznie klimatyczne miejsce. Połączenie kawiarni, biblioteki i antykwariatu. Znaleźć tam można ciekawe anglojęzyczne pozycje i (ponoć) dobrą kawę z bajglem. Dobry adres dla kogoś, kto nie ma co ze sobą zrobić w wolnej chwili, a lubi zapach starych książek i parzonych ziaren arabiki.


3. Cafe Oranżeria - kawiarnia na dachu Kossaka. Przepiękny widok na Kraków. Właśnie, skoro o tym piszę, to od razu zapytam - zna ktoś jakieś miejsce w Krakowie (niekoniecznie gastronomiczne), gdzie jest piękny widok i nie trzeba płacić za wejście (mam na myśli jakieś studia fotograficzne itp.)?

4. Zakrzówek, czyli niebiańskie miejsce na ziemi. Do tego w Polsce, do tego w Krakowie. Nigdy nie byłam, a kiedy znajoma (CLICK) powiedziała mi, że coś takiego jest w Krakowie, to długo nie chciałam w to uwierzyć. A jednak! Satelity Google przyszły z pomocą i musiałam przyznać ebi rację.



Niech na tym skończy się dzisiejszy wpis. Co za dużo to niezdrowo. Reszta będzie... kiedyś :)

PS Myślę nad umieszczeniem na blogu jakiejś zakładki, strony czy miejsca, w którym zamieszczę tę listę i będę odhaczać każdy z punktów po jego spełnieniu. Oczywiście będą tam też linki do odpowiednich postów, jeśli takowe powstaną na bazie odwiedzonego miejsca, zrobionej rzeczy, cokolwiek.
Read More

czwartek, 31 lipca 2014

DEKOczwartek #1

   Kiedy główkowałam nad pomysłami na tematyczne wpisy, obawiałam się, że wyjdzie nudno. Nudno i przewidywalnie. Wiedziałam, że chcę, by czwartki były zarezerwowane na tematy okołodesignerskie, dekoratorskie, DEKOczwartki. Tylko tyle. Na skraju rezygnacji napisała do mnie Ciocia ebi z propozycją, jakiej jeszcze na polskiej i zagranicznej blogosferze nie widziałam. Po kilku wymienionych wiadomościach doszłyśmy do wniosku, że całkiem dobrą opcją jest blogowanie b2b. O co chodzi w tym dziwnym... czymś? Ciocia ebi prowadzi wnętrzarskie wtorki, ja DEKOczwartki. Chcemy wprowadzić garść interakcji między nami, żeby i jej czytelnicy, i moi dostali czegoś nowego. Stop rutynie! A teraz łopatologicznie wyłożę kawę na ławę, o co nam tak naprawdę chodzi. Ebi we wtorek zamieściła swój wpis z krótkim wprowadzeniem jak u mnie i uwaga... z zadaniem. Zadaniem dla mnie, które ja w czwartek, tj. dziś, muszę "spełnić". Po tym, jak zaraz to zrobię, to ja rzucę jej kolejne zadanie niczym rękawicę i koło fortuny będzie się kręcić. 


"Fascynuje mnie farba Chalkboard Paint i z pewnością skorzystam z niej w moim wymarzonym domku. Ale jak? Szukam pomysłów, ciekawych stylizacji i możliwości wykorzystania tego dość drogiego (chyba!) cudeńka."

Może zacznę od kwestii ceny. Fakt, nie jest najmniejsza, ale kosmicznej tragedii nie ma, jeśli nie chcesz wymalować nią całego pokoju. Różne źródła polecają różne firmy, ale z tego, co wyczytałam, to najlepszą opcją byłaby Primacol Decorative. Ma największą pojemność i jest gęsta, dzięki czemu wystarczy jedna warstwa, by farba mogła spełniać swoją funkcję. Cena w sklepie IMIN design i za 0,75l należy zapłacić 77 zł. 
Dobra, ale teraz mniej suchych informacji, więcej przykładów. Jakiś czas temu namiętnie czytywałam bloga Ali z Design Your Life. Potem nadszedł maturalny szał i trochę się "opuściłam", ale nadal pamiętam super gadżet, jaki stworzyła przy użyciu tablicówki. A była (i jak mniemam nadal jest) to tablica w ozdobnej ramie, którą wtedy Ala trzymała na biurku. Swoisty motywator do pracy, który chyba sobie sama w Krakowie stworzę, bo czuję, że będę czegoś takiego potrzebować...

Zdjęcie pochodzi z bloga Design Your Life, gdzie możecie zobaczyć, jak zrobić taką ramkę krok po kroku - CLICK!
Tablicówka przyda się też do wszelkiego rodzaju planowania - czy to tygodniowego jadłospisu, czy obowiązków domowych:


Pozostając w tematyce kuchennej:



To może być też powierzchnia, na której najbardziej niesforne dziecko może się wyżyć i rozładować emocje:



A na koniec coś, co idealnie sprawdzi się w sypialni czy przy porannej kawie z ukochanym:




Wiem, że wpis ten jest tak długi, że kobietom pojawiły się już zmarszczki, a mężczyźni posiwieli, ale zajmę jeszcze chwilę. Jedna z ważniejszych rzeczy, czyli to, czym pisze się po powierzchni pomalowanej tą farbą. Można oczywiście tradycyjną kredą (polecam te, które się nie sypią - i tak robią bałagan, wiadomo, ale mniejszy), chociaż ja polecałabym specjalne pisaki. Markery kredowe, bo o nich mowa, można kupić na Allegro już za 7 zł.

   Zdaję sobie sprawę, że tematu na pewno nie wyczerpałam, ale to są pomysły, które mi osobiście przypadły do gustu. W gruncie rzeczy możliwe, że sama coś pomaluję taką farbą w moim krakowskim mieszkaniu. Co? Jeśli to nastąpi, na pewno zamieszczę zdjęcia w którymś z kolei DEKOczwartku.


ZADANIE DLA CIOCI EBI:
Z tego, co widzę, mieszkanie w Krakowie jest "gołe" na ścianach. Potrzebuję fajnych, ciekawych pomysłów, jak je przyozdobić, by było bardziej "moje". Nie chodzi mi o zwykłe ramki na zdjęcia, bo te już leżą w szufladzie i czekają na powieszenie. Wysil swój umysł, ebi, zaskocz mnie. Lubię DIY, pamiętaj! :)

Zamieszczone wyżej zdjęcia zostały znalezione na Tumblr, Google grafika, na blogu Design Your Life. Żadne z nich nie jest moją własnością.
Read More

czwartek, 24 lipca 2014

HDI #1

   Home Decor Inspirations, czyli mała cząstka zapowiadanych przeze mnie zmian. Ci, którzy znają mnie dłużej niż miesiąc, wiedzą (a przynajmniej tak mi się wydaje), że wszelkie kwestie dot. dekorowania wnętrz, projektowania ich zawsze mnie interesowały, choć tutaj słowo interesowały ma dla mnie zbyt słaby wydźwięk. Miałam swój moment w życiu, kiedy całkiem poważnie myślałam o podjęciu stosownych kroków, by po maturze pójść na studia z tym związane. To, że wybrałam ekonomię, nie znaczy, że moje plany zostały spalone na panewce. Tak gwoli ścisłości - na wcześniej wspomnianym kierunku zamierzam wybrać specjalność gospodarowanie nieruchomościami. W głowie mieści mi się cała góra ambitnych kroków, które zamierzam podjąć, kiedy już sprowadzę się do tego Krakowa. Po uzyskaniu tytułu magistra chcę mieć zdobytą taką kombinację kierunków, że dam radę robić w życiu to, co sprawia mi przyjemność.

To tak słowem wstępu.


   Wracając jednak do tematów okołownętrzarskich, to przeglądając jak codziennie Facebooka, trafiłam na coś naprawdę... och! Był to fanpejdż pewnego bloga czy też strony (jak zwał, tak zwał) - house loves. Powiem szczerze, że na polskiej części blogosfery rzadko dane było mi znajdywać tak ciekawe "pozycje". Zaryzykuję wręcz stwierdzeniem, że bardzo rzadko. Od mniej więcej dwóch, trzech lat czytuję od czasu do czasu strony i blogi anglojęzyczne, ale nigdy nie przykuło mojej uwagi coś polskiego. A tu proszę, niespodzianka! Karolina dzieli moje pasje, ma trzyletnią córkę i, jak wspomina, przystojnego męża. "z zamiłowania jestem dekoratorem przestrzeni, wnętrz i grafikiem (...) kocham piękno, tak więc każdy rodzaj pięknego designu, typografi, DIY, dekoracji, fotografii czy jedzenia, staje się moją miłością" Gorąco polecam przejrzenie jej wpisów nawet wtedy, kiedy nie jesteście miłośnikami designu. Karolina w swoich wpisach zamieszcza przepiękne zdjęcia, na których patrzenie to czysta przyjemność.
Cóż, mam nadzieję, że spełniłam swoją misję i zachęciłam Was do zajrzenia w jej skromne progi. Na dokładkę dorzucam kilka zdjęć jej autorstwa.









Ściskam,
A.
Read More

środa, 23 lipca 2014

krótko i nie na temat

   Uczucie, którego człowiek doświadcza podczas burzy i walenia piorunów prawie w jego dom nie jest fajne. Nie jest też fajny brak prądu. Ja wiem, że to ten moment, kiedy najlepiej czyta się książki, kontempluje, wpada na genialne pomysły, ale zgrzytasz zębami, jeśli wyświetlacz Twojego telefonu wręcz krzyczy przeraźliwie, że stan baterii wynosi 6 %. A portkami trzęsiesz wtedy, kiedy uświadamiasz sobie, że Twój dom nie ma piorunochronu

   Skądś dochodzi do mnie śpiew Jamesa Blunta. Mówi, że jestem piękna. Żartowniś. Swoją drogą, do ludzi z Tomaszowa - jak Wam się podoba nasze nowe centrum miasta? I nie, nie będę teraz typowym cebulakiem, nie narzekam na wszystko, co tylko się nawinie. Ale... Kible na środku miasta... Serio? Dwie wielkie latryny zajmujące połowę placu centralnego. Naprawdę? Powiedzenie mojej mamy "tylko nasrać na środku i przyklepać" zdaje się być całkiem adekwatne. Proponuję wielki transparent na wjeździe do miasta z tymże napisem. Najlepiej tuż obok tablicy informującej o filli UŁ w Tomaszowie. Tak dumnie.


   Od pewnego czasu w głowie kłębią mi się pomysły dotyczące tejże strony. Biją się wzajemnie, by zdobyć moją uwagę. Długo je zbywałam, zawsze mając mnóstwo innych ciekawszych obowiązków, przyjemności, a tutaj nagle do mnie dotarło, że to wcale nie musi być takie złe. Co? Pewna zmiana, którą planuję wdrożyć w życie na przełomie września i października. Może ciut wcześniej, jeśli los dopomoże. Czym się kieruję? "Bycie nijakim jest jak bycie nikim". Tym. 
Read More

niedziela, 20 lipca 2014

mieszkanie, brak mieszkania, mieszkanie

   Z zamiarem napisania tego wpisu nosiłam się dłuższy czas. Chciałam o tym napisać, kiedy już wszystko będzie dopięte na ostatni guzik, kiedy wszystko będzie pewne. Słowem, kiedy dostanę klucze do mieszkania. Sprawy niestety potoczyły się trochę gorzej i obecnie znajduję się w jakimś życiowym zawieszeniu, czekając na szybkie rozwiązanie sytuacji. Dni mijają nieubłaganie, czasu coraz mniej, a trzeciej współlokatorki (tudzież współlokatora, co jak teraz myślę, byłoby całkiem dobrą opcją) nadal nie ma. W sumie, korzystając z sytuacji, zaanonsuję - gdyby ktoś był zainteresowany przestronnym lokum blisko centrum w Krakowie za porównywalnie niewielką cenę, odsyłam do wpisu z 18 lipca na moim prywatnym koncie. 

   Siedzę teraz w pokoju kuzynki na piętrze ich domu. Otoczona wszystkimi gadżetami, jakie typowa jedenastolatka posiada, wspominam sobie moje dzieciństwo. Och, jak bardzo dorośle teraz zabrzmiałam, doprawdy, do porzygu. Nic nie poradzę, że tęsknię za tymi czasami, kiedy uciekało się przed mamą, bo chciała zawiązać mi kitę z włosów, albo kiedy kotleta chowało się pod ziemniaki. Teraz żyję ze świadomością, że za mniej więcej miesiąc wyprowadzam się z domu. I nie chodzi mi o to, że nie chcę. Nie. Chcę bardzo i każdy, kto ostatnimi czasy (tu mam na myśli nawet kilka lat) przebywał w moim otoczeniu, wie, że to prawda. Po prostu zwykła, ludzka nostalgia mnie bierze, jak ten czas zachrzania, nie zważając na wszystko inne. Wracając do mieszkania i studiów, bo o tym dzisiaj chciałam, to chyba trafiłam całkiem nieźle.


   Jest środa, 16 lipca. Budzik wrzeszczy nieubłaganie, jakby chciał zbudzić wszystkich w promieniu dwóch kilometrów. Słysząc Carlosa Santanę, wzdrygam się mimowolnie i po omacku próbuję spojrzeć na wyświetlacz telefonu. 5:01, o nie, nie. Nikt mnie w wakacje nie zmusi do wstawania w środku nocy. Nie ma takiej mowy, opcji, czegokolwiek. Moje lenistwo spowodowało, że jedziemy z małym, półgodzinnym poślizgiem. Słońce piecze przez szybę, jakby chciało ze mnie zrobić kolejną porcję kurczaka z rożna w przydrożnych barach. Z zamkniętymi oczami dziękuję Bogu, że pozwolił narodzić się temu, kto wynalazł klimatyzację. (Google prawi, że pierwsze zarysy istoty klimatyzatorów pojawiały się już w starożytnym Egipcie) Czyżbym słyszała Poparzonych Kawą Trzy, lecących z głośników? Kojący dźwięk saksofonu niczym miód na moje uszy? Mamo, dziękuję Ci i kocham Cię za to, jaką playlistę przygotowałaś na dzisiejszą podróż. Tak mija kilkaset kilometrów, kilka godzin i mijamy zieloną, uwielbianą już przeze mnie tabliczkę z napisem "Kraków". Ha, teraz to dopiero wyzwanie. Słuchać się nawigacji, czy na czuja szukać celu? My, jak widać, miksujemy te dwie opcje, co skutkuje prawie godzinnym krążeniem po wąskich krakowskich ulicach (wspominałam już, że są nieziemsko urokliwe?), by potem szybko znaleźć się przypadkiem pod campusem Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie. Tętno zaczyna wariować, bo nadal nie mogę uwierzyć, że tu jestem, że tu będę spędzać niemałą ilość swojego czasu. No po prostu cudownie! Siedząc z wlepioną twarzą w szybę samochodową niczym dziecko przy witrynie sklepu z zabawkami, nie zauważam, że tata nieświadomie kieruje się w stronę wjazdu na campus, co dozwolone jest tylko dla pracowników i ludzi z kartą parkingową. Splot nieoczekiwanych wydarzeń powoduje znalezienie się naszej trójki na parkingu na terenie campusu wśród reszty samochodów, należących zresztą do wykładowców i innych ważniaków z aktówkami. Okej, w sumie czuję się jak sześć lat temu w Monako, kiedy grupą dzieci z pierwszej klasy gimnazjum weszliśmy do butiku Prady czy Versace i ostentacyjnie oglądaliśmy metki rzeczy droższych od auta moich rodziców. Pokrótce - czuję się dziwnie. 
Trzymając kurczowo w dłoni teczkę z wymaganymi dokumentami, dwoma zdjęciami w formacie dowodowym i długopisem, idę pewnym krokiem przed siebie, udając, że wiem, w którym kierunku powinnam zmierzać. Tak, skoro już zaparkowaliśmy jak ważniaki, zachowujmy się chociaż jak oni. Dobrze, wykażmy chociaż namiastkę wyższości. Bam, wszystko ucieka, kiedy znajduję się między namiotami jakichś organizacji. Po lewej chyba widzę studenckie radio, po prawej NZS i mnóstwo plakatów związanych z Obozem Beana, a przed sobą stoliki i ławki. Jest tam mnóstwo wystraszonych pierwszoroczniaków, wypełniających skrupulatnie jakieś papiery. Wszyscy się uśmiechają, pytają, czy nie potrzebuję pomocy. Nie, jest dobrze, chcę tylko wejść do odpowiedniego pomieszczenia, zdać wszystkie formalności i mieć to z głowy. Nie lubię być w centrum zainteresowania. Nadal wierzę, że to dobra decyzja. Stany nie uciekną, Setki lat stoją w miejscu, nie licząc nieznaczących ruchów tektonicznych, więc postoją jeszcze kilka miesięcy. Pokonuję trzy czy cztery schodki i znajduję się w kolejnym skupieniu zestresowanych młodziaków. Mama pyta, czemu jestem spięta, czemu szybko zaprzeczam, ale wiem, że jej nie przekonałam. Cóż, trudno. Jej, jak tu ładnie. Biały, lekko kremowy kolor ścian stapia się z jasnym parkietem na podłodze, który ma już swoje lata. I nie skrzypi, kiedy poszczególni ludzie wstają od stolików i zmierzają ku wyjściu. Zapatrzona w to stylowe wnętrze nie słyszę, jak ktoś mówi do mnie, jak mniemam, coś ważnego. Aha, jak zwykle musiałam coś schrzanić. Nie wzięłam jakiejś super mega ważnej teczki, którą rozdawał nie wiem kto w miejscu, o którym nie mam pojęcia. Kropelki potu zbierają mi się na skroniach, poziom adrenaliny zaczyna być podobny do tego, kiedy pierwszy raz przekraczałam mury Żeromszczaka. Muszę wyjść i to znaleźć. Przechodzę przez próg drzwi wejściowych i lekko zdezorientowana zastygam w bezruchu, bo wiem, że gdzie bym nie poszła, to i tak będzie zły kierunek. Dochodzi do mnie muzyka z głośników. Jakiś nowy hit radiowy. Nie wiem, kto to śpiewa, ale znam cały tekst. Jak zwykle. Szkoda, że tak szybko i łatwo nie chłonę potrzebnej mi do życia wiedzy. Wreszcie decyduję się iść przed siebie. Podchodzę do stolika, przy którym siedzi jakaś ciemnowłosa dziewczyna, która kiedy mnie zauważa, posyła mi serdeczny uśmiech, odsłaniający perfekcyjne, rażąco białe uzębienie. Myślę sobie, że pewnie niełatwo będzie uzyskać od niej jakiekolwiek informacje. I tu łapie mnie zaskoczenie, bo dziewczyna bez ani jednego mojego słowa mówi: "Tam rozdaje teczki ta w spódniczce, o tam. Widzisz? Weź od niej.". Odwracam się niepewnie i oczywiście moim oczom ukazuje się widok mnóstwa dziewczyn, ale każda jedna nosi spodnie. Tak, Alu, zawsze miałaś pod górkę, to czemu teraz miałoby być inaczej? Sama sobie odpowiedz. Zakręcam się między nimi, udając, że tylko oglądam. Nie mija minuta, kiedy podchodzi do mnie niższa o głowę blondynka i zaskakuje mnie krókim: "Proszę!" i po minucie już mam w dłoni potrzebną teczkę. Po jej wypełnieniu wracam do pomieszczenia ze stolikami. Ku mojej uciesze tata zajął mi miejsce w kolejce, więc mogę wyrzucić wizję stania godziny czy dwóch ze świadomości. Wreszcie ja. Pani w koszuli, której do bieli to już bardzo daleko, wyczytuje moje nazwisko, prosi o dowód i teczkę. Rozmowa nie trwa nawet pięciu minut. Na koniec słyszę: "Gratuluję Pani, witam wśród studentów pierwszego roku Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie na kierunku ekonomia". Czuję się zajebiście dumnie. Tak dumnie, że wychodząc, zapominam o tacie, który zostaje w tyle.

Reszta następnym razem. Dam Wam żyć. Chociaż mamy wakacje, po co to życie oszczędzać, co? Mimo wszystko... Jest trzecia w nocy, oczy mi się same zamykają. Dobranoc.

PS Tak bardzo się cieszę z nowej domeny! Serdeczne dzięki dla Macieja za pomoc. Jesteś niezastąpiony!


Ściskam,
A.
Read More