Nawet nie chcę sprawdzać, jaka data widnieje przy ostatnim wpisie. Nie planowałam tego, po prostu się wydarzyło. Studia się wydarzyły. W zestawie z wszystkim, co się z nimi wiąże. Głównie chodzi tu o przeprowadzkę z Tomaszowa do Krakowa, bo tam będę teraz stacjonować (mam nadzieję) przynajmniej kilka lat. No właśnie. Kraków.
Odkąd pamiętam w mojej głowie zawsze był ten skrawek papieru, na którym spisywałam skrzętnie wszystkie moje plany związane z przyszłością, lokowane właśnie w Krakowie. Zaraz obok Stanów, rzecz jasna. Klasa maturalna zleciała jak z bicza, wakacje jeszcze szybciej i wreszcie przyszedł ten moment, kiedy spakowałam całe swoje dziewiętnastoletnie życie do srebrnej strzały i pojechałam z rodzicami w trzygodzinną podróż do miasta Kraka. Cały tydzień przed pierwszym dniem zajęć. Czemu? Chciałam się zaaklimatyzować, bo pomimo tego, że poniekąd uznaję się za "człowieka cygana" (no hate, no offence) i wszędzie mi dobrze, to chciałam mieć te kilka dni dla siebie. Jak się potem okazało - dały mi one wiele, bo po tygodniu komunikacja miejska nie miała przede mną tajemnic, nazwy ulic nie straszyły, brzęcząc w uszach, a rozkład ulic "tak, idź tędy w nocy" i "nie, tutaj tylko z obstawą" znałam na pamięć. No, a potem przyszedł 29 października, pierwsze korki na mieście, pierwsze zajęcia, pierwsze nowe twarze, pierwsza kolejka do dziekanatu, mnóstwo innych pierwszych razów. Przyszły też problemy zdrowotne, przez co niestety od kilku dni stacjonuję bez zmian w Tomaszowie, ale dzielnie walczę i kolejny raz się nie dam :)
A co z Krakowem? Jeśli tylko mam chwilę i siłę, cały czas po trosze go poznaję. Staram się wykreślać też punkty z listy To Do In Cracow. Jedno jest pewne - chcę raz na zawsze wyprowadzić wszystkich z błędu, jakim jest twierdzenie, że jedynym najpiękniejszym miejscem w Krakowie jest Rynek. Bo tak nie jest. Nie twierdzę, że nie jest tam cudownie, bo jest, ale od kiedy chadzam też po innych częściach Krakowa, śmieję się w duchu z siebie, jak mogłam tak kiedyś myśleć. Jak tylko wrócę na swoje "krakowskie włościa" chcę się przejechać na Kazimierz, spróbować tych legendarnych zapiekanek, odwiedzić Stajnię i wiele innych urokliwych miejsc. Wszystko staram się uwieczniać na zdjęciach, więc jakaś forma fotorelacji zostanie upubliczniona. Jak ta poniżej.
![]() |
| półtoragodzinne skręcanie kosza na śmieci | ciepło, miło i prawie jak w domu | niepoznany i niedoceniany Kurdwanów | samotny Rynek |
![]() |
| Szlak niczym Nowy Jork | Świeżak na Nieznanej | dla tych, którzy nie zdążą (nawet windą) | ach! |


No, ekstra, pisałam długi komentarz i mi go zjadło ;D Głupie google xD
OdpowiedzUsuńTak czy siak, dopisz do listy żywieniowej: Kumpir Krakowski, Cupcake Corner Bakery, obiad w Koko (Gołębia) i obiad na dachu Akademii Muzycznej, ale to tylko jak słoneczko będzie piękne (można nawet Tatry zobaczyć! )
Cupcake Corner Bakery już było prawie... prawie! Ale pogoda się zepsuła :( Resztę dopisuję!
Usuńprzed Tobą wspaniały okres - ale Ci zazdroszczę, ten dreszczyk emocji związany z przeprowadzką do nowego miejsca, nowi ludzie, nowe kąty - ach :D korzystaj z każdej minuty i każdej chwili :)
OdpowiedzUsuńpozdrawiam cieplutko :)
Cudne paznokcie, i pokój, i wgl wgl wygląda że dobrze się bawisz. Oby tak dalej! :)
OdpowiedzUsuńZapiekanek na Kazimierzu nie polecam, strasznie się zepsuły ostatnio :(
OdpowiedzUsuńAle z całą pewnością mogę polecić kiełbaski sprzedawane przed Halą Targową wieczorem, mniam :*
W Krakowie byłam RAZ! A przypominam, że po świecie chadzam już od 23 lat i za każdym razem jest mi wstyd gdy ktoś mnie zapyta, czy byłam w danym miejscu Polski, a ja jedyne co widziałam to Wrocław i Kraków przejazdem. :) Chyba najwyższa pora zapakować manatki do plecaka i wybrać się na trip po kraju i na własne oczy przekonać się o urokach naszej ziemi :D
OdpowiedzUsuńStrasznie zazdroszczę studiowania w Krakowie! Ja przed tymi dylematami będe się zmagać w tym roku, i nie powiem - przerasta mnie to już powolutku.
OdpowiedzUsuńzapraszam, http://kornyliery.blogspot.com/