Okej, wróciłam. Chodzę i śpię jednocześnie. Fajnie, co? Ale od początku.
W nocy z niedzieli na poniedziałek spałam jakieś cztery godziny, bo zaczęłam się pakować dość późno. Rano wstałam za późno i pakowanie ostateczne było w dość ekspresowy tempie. Przez to mieszkanie wyglądało jak po przejściu Katriny w Stanach. Tyle dobrego, że przywiozłam sobie dzień wcześniej rower do bloków, rano nie zdążyłabym jeszcze po niego iść na działkę. I tak rano jeszcze po chleb do sklepu i do wulkanizacji podpompować opony. Ale stawiłam się na zbiórkę. I pojechaliśmy.
Dojechaliśmy. W piątkę w domku mieszkaliśmy. Iście studencki domek. Przedpokój, salon, sypialnia, garderoba, łazienka i kuchnia, w której rozkręcały się najlepsze imprezy, a kończyły w salonie (ewentualnie nad ranem na tarasie o szóstej rano). Nasza "sypialnia" od pierwszych pięciu minut nie pasowała nam ułożeniem mebli. Więc szafę się przesunęło, łóżka w jeden koniec pokoju, stolik do naszej "garderoby" (na oko 1,50 m x 1,50 m) na biurko. W kuchni przestawiłyśmy lodówkę w inną stronę, bo niewygodnie się ją otwierało. Drzwi też wystawiłyśmy :P
No i co, fajnie było. Pierwszy dzień minął nam na opalaniu się, graniu w bilarda na naszym tarasie, bujaniu się na huśtawce i spacerze, na którym obtarłam sobie stopy od trampek i opaliłam dekolt (tylko został mi biały ślad po pasku od torebki). Było sobie ognisko, szlachta przybyła o dziwo. Wieczorem rozeszliśmy się do domków i... No ej, w tamtą noc nic takiego fajnego nie było. Poza tym, że zostałam osądzona o bycie pijaną (nie, nie byłam), musiałam chuchać Wyższej Mocy i Ta tylko się w tym ubzduranym stwierdzeniu rzekomo utwierdziła. Tylko jestem ciekawa, co mi tam się w żołądku aż tak sfermentowało, że po chuchnięciu jebało alkoholem... No ale nic, poszła. Koło drugiej w nocy zaczęłam padać na twarz. Przyszedł później Biskup z Arkiem i sobie poleżeliśmy. I przyszedł Fabian schlany w trzy dupy. Krzyczał, że wszystkich kocha, "upadł" na Darii łóżko, nie potknął się o próg, o który potykałyśmy się na trzeźwo. Wynieśli go później i poszliśmy spać. :P
We wtorek było fajniej. Do 9:00 rano w łóżku. Później jakieś burżujskie śniadanie na tarasie, opalanie się, bilard, naleśniki w barze mlecznym, opalanie się, bilard, opalanie się, bilard, opalanie się, ognisko. No i tutaj było fajnie. Pomijając fakt, że na to ognisko zostali zaproszeni rodzice przez naszą wspaniałomyślną Panią Ewę... Przyjechało może ich z dziesięć. Tata wziął gitarę i to był może jedyny plus tej całej szopki, bo fajnie śpiewał, fajnie grał, podobało się innym chyba. Przynajmniej Ewce, bo po ognisku wzięła mnie na stronę i powiedziała Wiesz co, Ala? Ja to Ci chyba obniżę ocenę z zachowania za to, że przez trzy lata nie przyznawałaś się do takiego skarbu, jaki trzymasz w domu... :P Posiedzieliśmy jeszcze trochę, poopalaliśmy się, jak się ściemniło, to graliśmy w bilarda. Później przy sprzątaniu znowu wzięła mnie na stronę. - To Ci się stary udał, Ala. No, fajnego masz tatę... - No. - Mamę też masz fajną. - No. (tutaj chwila ciszy) - Ja też jestem fajna... I się zaczęła śmiać. Chciała mnie przytulić z tego wszystkiego, ale zamiast tego zrobić, to jebnęła mnie czołem w czoło... Później ktoś pojechał do domu. :( Posprzątałyśmy, pograłyśmy w bilarda i poszłyśmy do domku. No i powiedzieliśmy sobie, że nie śpimy i przychodzą do nas chłopaki. Kilka inspekcji Ewy było na początku. Najpierw posiedziałśmy w naszym "salonie" i przy naszych wszystkich słodyczach obgadałyśmy po kolei każdego z klasy. Między 3:00 a 4:00 zjawił się Arek ze świeżo obudzonym Rafałem. Ten drugi siedział później jak potłuczony na tym łóżku. Ala, nie śpij! też parę razy było. Po 5:00 przyszedł Biskup. I tak siedzieliśmy. Była jeszcze "sesja z wieprzową konserwą" i Paulina śpiąca na chlebie. To to dopiero jest burżuazja. Przed szóstą, kiedy zbliżała się godzina, kiedy chłopcy mogli być u nas już w pełni legalnie, zgłodnieliśmy. 5:50 zjedliśmy śniadanie. I te pasożyty niewyżyte, zamiast pomóc sprzątać, poszły spać... No to ogarnęłyśmy coś tam (dobra, nie, nie ogarnęłyśmy) i tak siedziałyśmy do przed ósmą. Obudziłam Biskupa i co? Poszliśmy grać w bilarda. Zdążyłam w wpięć minut rozwalić jeden z kijów (z tego miejsca pragnę pozdrowić i podziękować naszemu kolarzowi Arkowi, który pożyczył mi czarną izolację). Ale cicho, nic nie widać. Tylko trochę czubek chodzi na wszystkie strony. :P Koło dziewiątej zadzwoniłyśmy do Pauliny, która pojechała koło siódmej do ortodonty, żeby kupiła kawę. Nadszedł czas na "coffe time". Usiedliśmy na naszym tarasie i z paczką Oreo i Delicji popijaliśmy tą mocną kawę, żebyśmy nie zasnęli na stojąco/siedząco/chodząco etc. Przyszła tamta Siła Wyższa i znowu zaczęła sypać aluzjami to mojego rzekomego bycia nietrzeźwym noc wcześniej. No i przyszedł czas na pakowanie i doprowadzenie domku do stanu, w którym był przed naszym przyjazdem. Ogarnęliśmy się i koło trzynastej wyjechaliśmy z Iłek.
Przyjechałam do domu, stanęłam w progu i powiedziałam do taty, że idę spać. No, to przespałam się jakoś po przyjeździe z trzy godzinki, a jak zaległam po południu, to tak spałam do 7:30. Spóźniłam się na fizykę, spałam na fizyce resztę lekcji. Później dwa polskie, budziliśmy się nawzajem. Na matmie było już trochę lepiej. Ale geografia to już taka totalna zamuła i spanie na ławce.
Na koniec jeszcze dodam, bo mi się przypomniało, że pierwszego popołudnia straciliśmy rolkę srajtaśmy, bo mi wpadła do ubikacji jakoś tak no...
I dostałam gitarę akustyczną Epiphone Gibson. Ach!
Zdjęcia będą jutro :P
No i co, fajnie było. Pierwszy dzień minął nam na opalaniu się, graniu w bilarda na naszym tarasie, bujaniu się na huśtawce i spacerze, na którym obtarłam sobie stopy od trampek i opaliłam dekolt (tylko został mi biały ślad po pasku od torebki). Było sobie ognisko, szlachta przybyła o dziwo. Wieczorem rozeszliśmy się do domków i... No ej, w tamtą noc nic takiego fajnego nie było. Poza tym, że zostałam osądzona o bycie pijaną (nie, nie byłam), musiałam chuchać Wyższej Mocy i Ta tylko się w tym ubzduranym stwierdzeniu rzekomo utwierdziła. Tylko jestem ciekawa, co mi tam się w żołądku aż tak sfermentowało, że po chuchnięciu jebało alkoholem... No ale nic, poszła. Koło drugiej w nocy zaczęłam padać na twarz. Przyszedł później Biskup z Arkiem i sobie poleżeliśmy. I przyszedł Fabian schlany w trzy dupy. Krzyczał, że wszystkich kocha, "upadł" na Darii łóżko, nie potknął się o próg, o który potykałyśmy się na trzeźwo. Wynieśli go później i poszliśmy spać. :P
We wtorek było fajniej. Do 9:00 rano w łóżku. Później jakieś burżujskie śniadanie na tarasie, opalanie się, bilard, naleśniki w barze mlecznym, opalanie się, bilard, opalanie się, bilard, opalanie się, ognisko. No i tutaj było fajnie. Pomijając fakt, że na to ognisko zostali zaproszeni rodzice przez naszą wspaniałomyślną Panią Ewę... Przyjechało może ich z dziesięć. Tata wziął gitarę i to był może jedyny plus tej całej szopki, bo fajnie śpiewał, fajnie grał, podobało się innym chyba. Przynajmniej Ewce, bo po ognisku wzięła mnie na stronę i powiedziała Wiesz co, Ala? Ja to Ci chyba obniżę ocenę z zachowania za to, że przez trzy lata nie przyznawałaś się do takiego skarbu, jaki trzymasz w domu... :P Posiedzieliśmy jeszcze trochę, poopalaliśmy się, jak się ściemniło, to graliśmy w bilarda. Później przy sprzątaniu znowu wzięła mnie na stronę. - To Ci się stary udał, Ala. No, fajnego masz tatę... - No. - Mamę też masz fajną. - No. (tutaj chwila ciszy) - Ja też jestem fajna... I się zaczęła śmiać. Chciała mnie przytulić z tego wszystkiego, ale zamiast tego zrobić, to jebnęła mnie czołem w czoło... Później ktoś pojechał do domu. :( Posprzątałyśmy, pograłyśmy w bilarda i poszłyśmy do domku. No i powiedzieliśmy sobie, że nie śpimy i przychodzą do nas chłopaki. Kilka inspekcji Ewy było na początku. Najpierw posiedziałśmy w naszym "salonie" i przy naszych wszystkich słodyczach obgadałyśmy po kolei każdego z klasy. Między 3:00 a 4:00 zjawił się Arek ze świeżo obudzonym Rafałem. Ten drugi siedział później jak potłuczony na tym łóżku. Ala, nie śpij! też parę razy było. Po 5:00 przyszedł Biskup. I tak siedzieliśmy. Była jeszcze "sesja z wieprzową konserwą" i Paulina śpiąca na chlebie. To to dopiero jest burżuazja. Przed szóstą, kiedy zbliżała się godzina, kiedy chłopcy mogli być u nas już w pełni legalnie, zgłodnieliśmy. 5:50 zjedliśmy śniadanie. I te pasożyty niewyżyte, zamiast pomóc sprzątać, poszły spać... No to ogarnęłyśmy coś tam (dobra, nie, nie ogarnęłyśmy) i tak siedziałyśmy do przed ósmą. Obudziłam Biskupa i co? Poszliśmy grać w bilarda. Zdążyłam w wpięć minut rozwalić jeden z kijów (z tego miejsca pragnę pozdrowić i podziękować naszemu kolarzowi Arkowi, który pożyczył mi czarną izolację). Ale cicho, nic nie widać. Tylko trochę czubek chodzi na wszystkie strony. :P Koło dziewiątej zadzwoniłyśmy do Pauliny, która pojechała koło siódmej do ortodonty, żeby kupiła kawę. Nadszedł czas na "coffe time". Usiedliśmy na naszym tarasie i z paczką Oreo i Delicji popijaliśmy tą mocną kawę, żebyśmy nie zasnęli na stojąco/siedząco/chodząco etc. Przyszła tamta Siła Wyższa i znowu zaczęła sypać aluzjami to mojego rzekomego bycia nietrzeźwym noc wcześniej. No i przyszedł czas na pakowanie i doprowadzenie domku do stanu, w którym był przed naszym przyjazdem. Ogarnęliśmy się i koło trzynastej wyjechaliśmy z Iłek.
Przyjechałam do domu, stanęłam w progu i powiedziałam do taty, że idę spać. No, to przespałam się jakoś po przyjeździe z trzy godzinki, a jak zaległam po południu, to tak spałam do 7:30. Spóźniłam się na fizykę, spałam na fizyce resztę lekcji. Później dwa polskie, budziliśmy się nawzajem. Na matmie było już trochę lepiej. Ale geografia to już taka totalna zamuła i spanie na ławce.
Na koniec jeszcze dodam, bo mi się przypomniało, że pierwszego popołudnia straciliśmy rolkę srajtaśmy, bo mi wpadła do ubikacji jakoś tak no...
I dostałam gitarę akustyczną Epiphone Gibson. Ach!
Zdjęcia będą jutro :P
ooooo, ale super mieliście :D
OdpowiedzUsuń