niedziela, 8 maja 2011

bloody sunday


Kolejna niedziela. I tak, cholera, miałeś rację. Nie zrobię ćwiczeń. Nie chce mi się. Mam czas do środy, a i tak zginę. I nawet dzisiejsze zakupy nie poprawiły mi humoru. Nienawidzę niedziel bardziej, niż poniedziałków. 

I teraz tak. Coś się zmieniło. Coś powstało nowego. Coś się oddaliło. Ale mam nadzieję, że coś dobrego z tego wszystkiego wyniknie. I tak sobie obiecywałam dłuższą notkę dzisiaj. Że jest koniec tygodnia, że dawno nie pisałam, że coś fajnego napiszę. A nie, przepraaaszam. Ewa & company. Dwa wyjścia. Szczególnie to drugie. I serio, boję się chodzić Polną przed 22:00. Możecie się ze mnie śmiać, ludzie, ale ja mam wrażenie, że zaraz z jakiejś klatki wyjdą dresy i dostanę w ryj. I jeszcze później sama dobrowolnie skręciłam w ten zaułek koło klubu NO.1... Pozdro, Ala daje sobie radę w nocy w Tomaszowie.
I w piątek nordic walking. Hahahahahah, tak, popierdalamy do Spały z kijkami.  

0 komentarze:

Prześlij komentarz