środa, 2 listopada 2011

O proszę, ktoś tu zjebał na samym początku. No cóż, cieszę się, że tym razem nie byłam to ja. Pozdrawiam tą personę dość słabo. A mogło być tak pięknie. :)

Ala znowu choruje. Chociaż "choruje" nie jest chyba dobrym stwierdzeniem. Występują małe komplikacje w moim stanie zdrowia. O, już lepiej. No i co mogę napisać... Wpieprzam chrupki kukurydziane na przemian z biszkoptami. Nawet kisielków nie jem, bo tata się na mnie wypiął i kupił cytrynowe. Nienawidzę cytrynowych kisielków. Jeszcze chcą mi zabronić picia herbaty z cytryną, bo podobno cytryna (ogólnie - owoce cytrusowe) nie są dobre na problemy z żołądkiem. Kij, ja nie pijam herbat bez cytryny, a herbaty są jedynymi napojami, jakie mogę pić. Według mamusi. 

No i znowu poważniej patrzę na opcję wyjazdu na wymianę do Stanów. Rozmawiałam z dziewczyną, która była na takim czymś w poprzednim roku szkolnym. Chodzi do tej samej szkoły, więc powiedziała, że może się ze mną spotkać i poopowiadać, jak i co załatwić.
To czego się dowiedziałam na obecną chwilę to to, że wcale nie trzeba mieć świadectwa z paskiem na zakończenie roku poprzedzającego rok szkolny, w którym mam lecieć na wymianę. Organizacja YFU "wymaga" średniej minimalnie 4,00, a i to nie jest specjalnie sprawdzane. No najwyżej dyrektor może nie puścić. Tak czy siak muszę wziąć się w kupę.
Druga sprawa, która szczególnie mnie interesuje - jest jakaś szansa, że mogę jechać na pół roku, co równa się temu, że nie będę musiała powtarzać roku po powrocie. Nie chcę powtarzać, bo rocznik pode mną ma tą inną, chujową podstawę programową. Jeśli nawet nie polecę na pół roku, to jest możliwość, że po powrocie będę musiała zaliczyć przedmioty kierunkowe - matematykę, geografię i angielski. Nie wiem, może dam radę.
No i koszty. Są bardzo duże, ale mniejsze, niż się spodziewałam. Pełna kwota obejmuje praktycznie wszystko - cena samego wzięcia udziału w programie wymiany szkolnej, pensja pracowników, przelot w obie strony. Do tej sumy trzeba dodać kieszonkowe, które co miesiąc wysyłają rodzice. Jeśli zsumujemy wszystko i podzielimy w taki sposób, że wyjdzie nam kwota za dwa tygodnie uczestnictwa, nie będzie to droższe, niż niejedna wycieczka dwutygodniowa za granicę.
Nie jest to tani wyjazd. Z pewnością nie jest. I wbrew pozorom głównym celem wyjazdu nie jest nauka w szkole, zdobywanie wiedzy szkolnej. Nie. Głównym celem jest szkoła życia. Człowiek zdobywa niezbędne cechy potrzebne w dalszym życiu takie jak odpowiedzialność, samodzielność, odporność na stres. Do tego dochodzi niemalże perfekcyjne obchodzenie się z językiem obcym, co na przykład dla mnie jest ważniejsze w karierze zawodowej, niż niejeden świstek z jakiejś tam uczelni w Polsce. Okej, do tego dochodzi fakt, że poprzez taki wyjazd spełniłabym częściowo swoje największe marzenie. Największe i najdroższe, nie ma co tu kryć.

A teraz muszę wziąć się za angielski.

1 komentarz: