wtorek, 16 grudnia 2014

Blogmas, dzień 2

   Witam dnia drugiego. Zmęczona, śpiąca, a przynajmniej mam wrażenie, że tak będzie - wpis przygotowuję z kilkugodzinnym wyprzedzeniem z racji na plany, które mogłyby uniemożliwić manualne dodanie posta. 
Co dziś? Przede wszystkim ciężki dzień, bo w wyniku nieprzewidzianych zdarzeń wczoraj wieczorem znalazłam się w Tomaszowie, żeby dzisiejszego poranka wsiąść do pociągu z powrotem do Krakowa. Dokładnie dziesięć (#dziesiątkomania) godzin temu wysiadłam na krakowskim dworcu i ledwo żywa poszłam na zajęcia, na które ani trochę iść nie chciałam. 

   Wspominałam o dziesiątkach. Fajna, okrągła liczba. Symboliczna, jeśli chodzi o alniac.com tego miesiąca. Dajmy więc się jej wykazać i oto poniżej zestawienie Dziesięciu przejawów szczęścia minionych miesięcy.
(kolejność przypadkowa)

1.  Przeprowadzka do Krakowa
Tak, to jedna z lepszych rzeczy, jakie przytrafiły mi się w moim dotychczasowym nie tak krótkim, nie tak długim życiu. Marzyłam o tym od kilku lat i jest to coś, co udało mi się ziścić tylko i wyłącznie dzięki mojej ciężkiej pracy. Nie wiem, czy jest to moje miejsce na ziemi na całe życie. Na pewno chcę zwiedzać, poznawać, co wiąże się niejednokrotnie z dłuższymi pobytami. Zobaczymy, co czas przyniesie. Teraz jest mi tutaj nadzwyczajnie dobrze.

2. Moja uczelnia
Mam wrażenie, że te punkty będą wzajemnie z siebie wynikać. Fakt, że mieszkam obecnie w Krakowie niezaprzeczalnie wiąże się się tym, że dostałam się na studia do jednej z krakowskich uczelni. Nie mam porównania, oczywiście, ale jestem w stanie stwierdzić, że mimo wad, które UEK zdecydowanie ma i nie ma co mydlić oczu, to trafiłam w dziesiątkę. Co do samego kierunku mogłabym polemizować, bo po dzień dzisiejszy nie wiem, czy był to dobry wybór, jednak wiem, że ta konkretna uczelnia to było TO.

3. Zacieśnianie kontaktów mimo dzielącej odległości
Ta osoba wie, że o niej mówię. Nie chcę zdradzać szczegółów, chcę zachować je dla siebie, jednak to bardzo ważny epizod, jeśli chodzi o moje "nowe życie". Nie sądziłam, że to może się udać. A jednak! Do tej pory nam się udaje i wierzę, że będzie tak dalej. Dziękuję.

4. Kolejny cudowny koncert w moim życiu
Jeśli ktoś nie słyszał, że byłam na koncercie The Baseballs w warszawskiej Stodole prawie miesiąc temu, to albo nie ma Internetu, albo nie żyje. Stety albo niestety - musiałam i wciąż muszę dzielić się tym moim małym szczęściem z całym światem. Objawienie, olśnienie, szok i niedowierzanie. Tak opisałabym ten dzień. Statystyki na last.fm mówią same za siebie.

5. Mały sukces
Jakiś czas temu dostałam wiadomość, że uzyskałam wystarczającą ilość głosów od wyborców na uczelni, by stać się częścią Parlamentu Studenckiego, a konkretniej Studenckiej Rady Wydziału. Jako że nie przykładałyśmy się z dziewczynami z koalicji jakoś nadzwyczajnie do promocji naszej trójki, moje zdziwienie było autentycznie naprawdę duże. I to był ten moment, w którym uświadomiłam sobie, że na pewno nie chcę spędzić te kilka lat w Krakowie jedynie "studiując studia". Otworzyła się nowa strona książki.

6. Świąteczny Kraków
Jest piękny, wiecie? Z racji, że ja ogólnie jestem pro-świąteczna i pro-wszystkocoświąteczne, to widząc te wszystkie światełka, choinki, aniołki i mikołaje, cieszę się jak małe dziecko. Galeria Krakowska wygląda o b ł ę d n i e.

7. Świeżak
Przejdźmy do wyjazdów. Ten miał miejsce na początku września. Mnóstwo zdobytych fantastycznych znajomości pozostało do dnia dzisiejszego. Polecam wszystkim przyszłym pierwszoroczniakom. Tak, ja też się obawiałam. Tak, też nikogo nie znałam. Tak, jechałam w ciemno. I co? Choćby mnie przypalali ogniem, nie byłabym w stanie powiedzieć, że żałuję swojej decyzji. 

8. Miniony weekend
Fakt dostania się do PSUEK-u łączy się z wyjazdem szkoleniowo-integracyjnym. A ten właśnie miał miejsce kilka dni temu. Trzy dni, dwie noce. Kolejne świetne znajomości, kolejne godziny śmiania się do bólu (ok, płaczu też), kolejne zdobyte doświadczenie. 

9. Powrót na bonjovi.pl
Musiało minąć kilka miesięcy, żebym znowu postanowiła wrócić na stare śmieci. Tej decyzji też nie żałuję. Wróciły wspomnienia koncertu z 19 czerwca 2013, wróciły stare znajomości, wróciła radość, którą mogę dzielić z ludźmi, którzy czują to samo. To kawałek mojego życia, to zarejestrowałam się tam w kwietniu cztery lata temu i od tamtego czasu to miejsce stanowi dużą część mojego życia - czy tego chcę czy nie. Polecam, wspaniałe uczucie. 

10. Fakt, że mogę tutaj pisać
Za każdym razem, kiedy otwieram okno do pisania, gdzieś w środku czuję "motylki". Lubię to, sprawia mi to radość, a jeśli jeszcze ktoś chce to czytać i odczuwa jakiekolwiek pozytywne emocje przy tym, to to jest właśnie powód, dlaczego to robię. 


   To by było na tyle. Do zobaczenia jutro. Standardowo o 22:00 :)
Read More

poniedziałek, 15 grudnia 2014

Blogmas, dzień 1

   Cześć! Dzisiejszy wpis będzie stricte informacyjno-organizacyjnym, bo wiem, że nie do każdego docierają informacje z alniac.com na Facebooku. Przez najbliższe 10 dni zamierzam na alniac.com publikować większości znane Blogmas. Nie wiem, czy będą one zawsze powiązane tematyką ze Świętami. Pewnie nie, chyba bym tego nie chciała. Ale to wyjdzie w praniu i mam nadzieję, że jakkolwiek sprawy się nie potoczą, to i ja i Wy będziecie zadowoleni :)

   W pierwszym wpisie, który właśnie czytasz, chcę jedynie wspomnieć, że ostatnio w moim życiu dzieje się bardzo dobrze (z naciskiem na bardzo). Ach, zapomniałam! Moje Blogmas modyfikuję, dodając "dziesiątkomanię". Czemu? 10 dni wpisów, codziennie o dziesiątej (22:00). Więcej "dziesiątek" będę zdradzać na bieżąco. Jutro będzie tego przykład.

   Pozdrawiam i liczę, że jutro znajdzie się gro czytelników, których czymś zaciekawię :)
Read More

niedziela, 30 listopada 2014

FFF - Fifteen Festive Favourites

   Siedząc wczoraj pod ciepłym kocem z kubkiem gorącej herbaty w dłoni, scrollowałam jak zwykle przepastne bogactwa Facebooka. W pewnym momencie przed oczami mignęła mi ciocioebciowa twarzyczka. To znak, że wrzuciła nowy film na swój jutubowy kanał. 

   Ten rok jest jakiś inny (mój boże, aż mi się skojarzyło z filmem Baby są jakieś inne, którego swoją drogą nie oglądajcie, szkoda czasu). Może trochę przyczynił się do tego fakt, że zmieniłam miejsce zamieszkania i ogólny tryb życia. Chodzi mi o brak zainteresowania Świętami, które niezaprzeczalnie nadchodzą już wielkimi krokami. Ok, stałam się poniekąd pozbawionym głównych mediów studenciaczkiem. Nie mam szans zobaczyć świątecznej reklamy kawy Jacobs, w której para unosząca się nad czarnym trunkiem układa się w kształt choinki, wodząc za nos Świętego Mikołaja. Nie słyszę też Last Christmas co piątą piosenkę w Radiu Zet, bo nie mam telewizora ani radia, a AdBlock skutecznie ratuje mnie od takich atrakcji w Internecie. Dlatego filmik cioci ebi mogę uznać za "przełomowy", bo w końcu gdzieś głęboko w serduchu usłyszałam dzwoneczki i poczułam zapach goździków.

   Pamiętam, że rok temu próbowałyśmy zrobić z ebi miesięczny Christmas Challenge. Nie udało się. Przynajmniej mi, bo szczerze powiem, że nie pamiętam, jak się to podziało do końca u cioci. Dlatego w tym roku jest dość niezobowiązująco, w miarę krótko, treściwie i co najważniejsze - jednorazowo. Czyli mam pewność, że nie zawiodę. Och, tak dobrze.

   TAG ma piętnaście punktów, z których każde nawiązuje do tematyki Świąt Bożego Narodzenia. Przyznam, że pisanie tego typu wpisów sprawia mi dużo frajdy, więc cytując guru każdego studenta Krystiana Karczyńskiego - zapnijcie pasy i lecimy z tym koksem.

1. Ulubione świąteczne jedzenie
Tutaj zdecydowanie i bezapelacyjnie wygrywają pieczarki w cieście mojej babci, choć do końca nie wiem, czy jest to świąteczne jedzenie, czy ot tradycja jedynie w mojej rodzinie. Poza tym, to wigilijny karpik jest spoko, tylko ja i ości niezbyt się lubimy, dlatego rybę (niefiletowaną) jem najczęściej tylko wtedy, w Wigilię. 
2. Ulubiony renifer
Hmm... Albo oglądałam za młodu zbyt mało świątecznych bajek, albo naprawdę sytuacja wygląda tak, że jest Rudolf i cała reszta nijakich bezimiennych. Rudolf jest spoko, utożsamiam się z nim, bo oboje mamy czerwone nosy - on zawsze, ja na mrozie. A, no i lubię tego renifera ze świątecznych reklam Coca-Coli. Dlaczego? Bo to świąteczna reklama Coca-Coli. 
3. Ulubiony dzień Świąt
Wigilia jest magiczna i odkąd pamiętam, to zawsze wzbudzała we mnie nieopisaną radość. Może dlatego, że gdzieś w głębi nadal jestem tą niecierpliwą pięciolatką, wyczekującą na pierwszą gwiazdkę.
4. Ulubiona świąteczna piosenka
O nie. To temat rzeka, a jeśli bierze się pod uwagę moją osobę, to jest to temat rzeka podniesiony do n-tej potęgi. Może w tym roku mam małą obsuwę i jeszcze nie katuję współlokatorki (pozdrawiam, Ola! niedługo dowiesz się, o co mi chodzi) ani rodziny, ale świąteczna muzyka to zdecydowanie mój konik. Mam ulubioną spotifajową składankę, która cierpliwie czeka na pierwszy śnieg. Dopiero teraz zauważyłam, że wgrałam na nią pliki lokalne, które niestety musiałam usunąć. Ale tytuły są, a o to tutaj chodzi :) Dla bardziej leniwych - można na niej znaleźć między innymi Please come home for Christmas Jona Bon Joviego, Merry Christmas Everyone Shakin' Stevensa i All I Want for Christmas is You Mariah Carey. O klasyku Last Christmas nawet nie wspominam.
Wyczuwam jednak nowe perełki, aczkolwiek opowiem o nich więcej, kiedy przyjdzie do mnie odpowiednia płyta. 
5.  Ulubiony świąteczny prezent
Siedziałam nad tym punktem dobre kilka minut i ostatecznie wybór padł na aparat fotograficzny, który dostałam bodajże w 2009 roku. 
6. Ulubiony świąteczny film
Czymże byłby ten punkt bez wyraźnego wyróżnienia Kevina samego w domu? Od zawsze, na zawsze. Mimo, że jako mała dziewczynka wybiegałam z pokoju z płaczem, oglądając scenę porażenia prądem od kurków w kranie z drugiej części. W dzieciństwie obowiązkowym filmem był też Śnięty Mikołaj.
Z innych filmów mogę wymienić na przykład To właśnie miłość i Listy do M. (jeden z bardzo niewielu polskich filmów, jakie uwielbiam i szczerze polecam).
7. Ulubiona zabawka z "Christmas Cracker"
Nie mam pojęcia, o co może chodzić, więc omijam ten punkt.
8. Ulubiony świąteczny suchar
U mnie w Święta nie opowiada się sucharów, a przynajmniej nie celowo - nie ma takiej tradycji. Nawet nie mogę sobie teraz przypomnieć żadnego związanego ze Świętami. Ale jak Wy macie coś ciekawego i wartego przekazania dalej, to poczytam chętnie w komentarzach.
9. Ulubiona dekoracja świąteczna
Gdyby nie dzisiejsza rozmowa z Domi podczas jazdy do Krakowa, nie wiedziałabym, co napisać. Generalnie uwielbiam wszystko co świąteczne. Najchętniej całe mieszkanie przyozdobiłabym światełkami, gwiazdkami i czerwonymi wstążeczkami, ale teraz już wiem, co będzie tym "naj". A Wy dowiecie się już niebawem :) Dzięki raz jeszcze za pomysł, Domi!
10. Ulubiony świąteczny zapach
Niestety nie podchodzą mi wszelkie zapachy i smaki, które zaliczają się do tych "świątecznych". Nie lubię goździków, cynamonu, prażonego jabłka. Dla mnie świątecznym zapachem niech będzie świeczka z Yankee Candle o nic nie mówiącej nazwie miękki kocyk. Jest cudowny i jak tylko nastaje jesień, to odpalam świeczkę czy wosk o tym zapachu i czuję, że to dobry czas.
11. Ulubiona świąteczna reklama
Jestem przewidywalna do bólu, jeśli chodzi o świąteczny klimat, więc nikt się nie zdziwi, jeśli za ulubioną reklamę podam właśnie . Dodatkowo uwielbiam wszystkie te, na których przez okno widać ładnie ubranych ludzi, parzących wyśmienicie pachnącą kawę, której to dymek uderza o ich nozdrza. Takie to to świąteczne i ciepłe.
12. Ulubiona świąteczna tradycja
JEŚLI MASZ MNIEJ NIŻ X LAT I WIERZYSZ W ŚWIĘTEGO MIKOŁAJA, TO WYJDŹ.
Zawsze w noc przed Wigilią rozsiadam się w swoim pokoju i, oglądając w telewizji zazwyczaj jakiś świąteczny film, pakuję przez kilka godzin prezenty dla całej rodziny. Tak to mniej więcej wygląda.
13. Ulubione świąteczne miejsce
Choinka na Rockeffeler Center (zdjęcie) jest cudowna i odkąd pierwszy raz zobaczyłam Home Alone 2, co roku chcę tam polecieć i znaleźć się w tym samym miejscu.
Nie mam innych "specjalnych" miejsc. Pamiętam, że nieziemsko wyglądało Krakowskie Przedmieście w Warszawie dwa lata temu - zasypane śniegiem i udekorowane tymi wszystkimi lampkami. Mam nadzieję, że równie piękny zimą jest Kraków. 
14. Ulubiony świąteczny fakt
No i znowu nie wiem. Próbuję sobie przypomnieć jakąś zabawną scenkę, dialog, cokolwiek. I nic. Może to, że jakoś trzy czy cztery lata temu na kilka dni przed Wigilią miałam robiony zabieg na stopie i byłam unieruchomiona. Pech chciał, że do tamtej pory nie ogarnęłam się z prezentem od siebie dla siebie i musiałam wysłać po niego brata w dzień Wigilii. Biedak musiał iść do sklepu i kupić torebkę znaną jedynie z moich barwnych opowieści i opisów. Oczywiście kupił złą i musiał się wracać. Drugie podejście okazało się trafne. Ach, uwieeelbiam go :)
Teraz jeszcze mi się przypomniało, że mniej więcej do 9. roku życia płakałam, kiedy słyszałam Lulajże Jezuniu. Nie wiem czemu. Chyba wydawało mi się, że to kolęda o cierpieniu i było mi tego Jezunia bardzo szkoda.
15. Ulubiony gadżet bałwanka
(Seeerio?) Moje bałwanki zawsze składają się ze... śniegu. Dlatego moim ulubionym gadżetem będzie właśnie śnieg. Dziękuję, dobranoc!


   Miało wyjść krótko i zwięźle, a wyszło jak zawsze. No, ale poczułam wreszcie coś, co nazywają świąteczną atmosferą. Do zrobienia tego tagu zachęcam wszystkich, ale w szczególności Część Mniebazarek kosmetyczny i Cacynkę. Trzymajcie się ciepło, wszak mroźno już na zewnątrz :)
Read More

poniedziałek, 24 listopada 2014

Studio Lejdis

   Powoli odgruzowuję swoje konto na Bloggerze i wracam na stare tory. Ostatnio działo się tyle, że sama nie wiem, od czego miałabym zacząć, dlatego zacznę od kwestii, z którą zwlekałam od jakiegoś czasu i wreszcie jest okazja!

   Pamiętam ten dzień do dzisiaj. Były to tegoroczne wakacje, moje nieco dłuższe, zbyt dużo wolnego czasu. Wymyśliłam sobie, że po raz pierwszy chcę mieć na paznokciach coś, na co jedyną właściwą reakcją będzie brak tchu i nieme "WOW!". Powpisywałam w Instagramie odpowiednie tagi, głównie przeglądałam zdjęcia warszawskiego salonu Nailed It, którym byłam zafascynowana od dawna i zapisałam na dysku kilka ich zdjęć, na których podstawie będę poszukiwać osoby, która byłaby w stanie mi coś takiego wyczarować. Myślałam, że będzie to niełatwe zadanie, bo Tomaszów jest dość małym miastem i nie znałam nikogo, kto miałby pewną rękę do nailartu. Wrzuciłam więc znalezione zdjęcia na Facebooka i posypały się komentarze. Wybrałam w końcu jedną z propozycji i napisałam do dziewczyny, której na imię było Karolina. Nie pamiętam dokładnie naszej pierwszej rozmowy, więc nie będzie to jej cytat, a raczej "zarys":
- Hej! Słyszałam, że malujesz cuda na paznokciach.
- No cześć! Tak, maluję.
- Bo znalazłam kilka zdjęć i jestem ciekawa, czy potrafiłabyś coś takiego *wysłane zdjęcia*.
- No te to akurat ja sama robiłam.
- Ale jak to?
- No to jest moja robota.
- Pracujesz w Nailed It?
- Tak :)
- BOŻE, znalazłam raj na ziemi.

W ten oto właśnie sposób znalazłam perełkę pośród tomaszowskich szarości :) Tak się też stało, że niedługo po tym Karolina otworzyła swój salon, w którym full profeska wykonuje swoje cuda. Gdzie ją znajdziecie? Studio Lejdis (w którym tak swoją drogą można też zrobić na bóstwo swoje włosy) mieści się przy Piłsudskiego 41 (oczywiście w Tomaszowie), ale oprócz tego na Facebooku. Chcę nadmienić, że Karolina przewidziała stałe promocje dla uczennic i studentek, także nie bójcie się do niej napisać czy zadzwonić i zapytać o szczegóły :) 

Żeby nie być gołosłowną, załączam kilka dowodów na jej niezaprzeczalnie ogromny talent :)








PS To nie jest żadna zamawiana reklama. Karolina o nic mnie nie prosiła. Ba! Sama wyszłam z propozycją zaraz po tym, jak pierwszy raz zrobiła mi paznokcie w sierpniu. Tak zdolna osoba zasługuje na kilka dobrych słów :) A jeśli ktoś się skusi, żeby skorzystać z jej usług, to tym lepiej dla tej osoby :)
Read More

poniedziałek, 3 listopada 2014

irytacja pomieszana z niedowierzaniem

   Już się nie oszukuję, że będę pilną studentką. Po stokroć bardziej cenię sobie zdrowie, które ostatnio daje mi mocno w kość. Znajduję sobie jednak małe przyjemności, które umilają mi czas w te jesienne wieczory. Jutro na przykład wybieram się na koncert Depeche Mode. Do Multikina, bo do Multikina, ale zawsze coś. To będzie mój pierwszy kinowo-koncertowy raz, więc postaram się uaktywnić wszystkie moje zmysły, żeby odczuć to najmocniej, jak się da.

   Podczas kiedy będę się pławić w dźwiękach tak miłych dla uszu, ktoś na świecie przechodzi przez piekło. Piekło w najczystszej ("najbrudniejszej" chciałoby się powiedzieć) postaci. I to nie jedna osoba, bo setki, tysiące. Wczoraj kładąc się spać, mignął mi gdzieś news, że jest nowa informacja dotycząca porwanych w Nigerii dzieci, dziewczynek konkretnie. Przyznam, że byłam tak śpiąca i zmęczona, że wyłączyłam tylko telefon i nie minęło kilka minut, a już spałam w najlepsze.
Zapewne większość z nas, mających kontakt z jakimikolwiek mediami, słyszała o tym, jak pół roku temu islamscy bojownicy z ugrupowania Boko Haram porwali przeszło 200 dziewczynek ze szkolnego akademika. I to nie jest jedyny taki przypadek. To, co wydarzyło się 14 kwietnia 2014 roku, dzieje się cały czas. Co jakiś czas mają miejsce porwania, gwałty, napady, zamieszki i co najgorsze zabójstwa. Nie tak dawno, bo kilkanaście dni temu, w mediach huczało, że jest rozejm. Że jest możliwa wymiana dziewczynek na przestępców, przebywających w więzieniach. I co z tego? W noc z piątku na sobotę Boko Haram opublikowało nowy film, wiadomość do świata, w którym jasno daje do zrozumienia, że wojna trwa, nie ma żadnego ultimatum, dziewczyny są nie do odzyskania, bo przeszły na islam i poślubiły islamskich mężczyzn. Nie rozumiem tego. Ludobójca publikuje w sieci film. Nie pierwszy. I nikt nie jest w stanie go znaleźć, złapać, wyciągnąć konsekwencji. Chyba, że ktoś tu nie chce ich znaleźć, złapać i wyciągnąć konsekwencji. W takim wypadku mam do powiedzenia tylko tyle.

   Nie chcę na swoim blogu roztrząsać politycznych czy religijnych kwestii. Nie chcę udawać, że moja wiedza na ten temat jest tak duża, jak wiedza Bralczyka na temat języka. Nie chcę też stawiać siebie w roli quazi psycho-, socjo-, czy innych -logów. Po prostu szlag mnie jasny trafia, kiedy słyszę, co się dzieje na świecie, podczas kiedy jesteśmy rzekomo tak rozwiniętym społeczeństwem i mamy takie możliwości, a mimo wszystko nikt nie potrafi nic poradzić na bandę zeschizowanych prymitywów (nie piję tutaj do ich koloru skóry, żeby było jasne).
Read More

czwartek, 30 października 2014

winter is on its way | incoming gigs

   Z bolącą głową, gardłem i zawalona chusteczkami witam po raz kolejny. Na wirusy nie ma mocnych, dopadają każdego, a że mnie ostatnio zbyt często, to już kwestia poboczna. Od zawsze twierdziłam, że w Polsce mamy dwie pory roku i dwie dodatkowe (trwające co najwyżej połowę miesiąca) na doczepkę, żeby nie odczuć zbytniego szoku między letnim upałem i mroźnym, kłującym w płuca mrozem. Jeszcze dwa tygodnie temu pokazywałam TUTAJ jakże urokliwą jesień w Krakowie, a dzisiaj nie ma po niej śladu. I w tym momencie pojawia się w człowieku rozpaczliwa potrzeba śniegu, porządnego mrozu i świątecznego klimatu. Bo to, co jest obecnie, jest do bólu nijakie i brzydkie.

   No, przywitałam się już najbardziej pozytywnie, jak tylko mogłam, więc pora przejść do rzeczy. Dokładnie rok, cztery miesiące i jedenaście dni temu smażyłam się w ogromnym upale, jaki miał miejsce pod PGE Areną w Gdańsku. Wszystko po to, by być jak najwcześniej, być jak najbliżej sceny i przeżywać swój pierwszy koncert Bon Jovi w jak najlepszym stopniu. Cały ten dzień niesamowicie trudno opisać jest słowami. 
Po całym roku koncertowej posuchy wracam na płytę! Zaczynam od The Baseballs w warszawskiej Stodole 17.11, a w kolejce czeka Bryan Adams na Kraków Arena niemalże miesiąc później, bo 16 grudnia. Jak dobrze pójdzie, to z listy To do before I die odhaczę też Robbiego Williamsa dziesięć dni po moich urodzinach w 2015. Boję się jedynie cen biletów, bo to, co zobaczyłam po ogłoszeniu, że w Krakowie będzie duet Sting & Paul Simon, może opisać jedynie ten gif.

   Dziś bez zdjęć, bo nie mam siły sięgnąć ani po telefon, ani po kartę od aparatu. Natomiast wiedziałam, że ten rosół w słoiku zachomikowany na dnie lodówki wreszcie się do czegoś przyda :)
Read More

środa, 22 października 2014

wieczne podróże i MDO 2014

   Ostatnio jeżdżę pociągiem częściej niż przez całe swoje życie. Dobrze, wcześniej ilość moich podróży pociągami można byłoby zliczyć na palcach jednej ręki. Teraz sprawy toczą się tak, że (stety czy niestety) co weekend bywam w moim rodzinnym mieście, którym jest Tomaszów. Jakie było moje zdziwienie, kiedy wsiadając w poniedziałek do porannego pociągu, zastałam przedział, którego nigdy nie widziałam na oczy. Mam tu na myśli jego standard. Zdecydowanie nie był to jeden z tych wagonów, które pamiętają moi rodzice, kiedy oni sami jeździli na studia do Łodzi. Na początku byłam po prostu zdumiona i mnie zatkało, ale potem przyszedł czas na nerwy, czy aby na pewno nie jadę pierwszą klasą i czy aby na pewno pan konduktor nie podliczy mnie w setkach za tę podróż. 
   Jeszcze wiele przede mną, jeśli chodzi o jazdy na trasie Tomaszów - Kraków. I na pewno wiele ludzi zdążę poznać. A jeśli mówię o poznawaniu współpodróżujących, to wspomnę o pewnej pani, która dosiadła się do mnie niecałe pół godziny od gwizdka konduktora. Prawie całą drogę była mi obojętna. Po prostu słuchałam muzyki, patrząc przez okno. Na kwadrans przed końcem schowałam telefon do kieszeni, bo bateria była na wyczerpaniu, a nie zauważyłam, że kabel od ładowarki się wypiął, więc uroki kontaktów poszły na marne. I wtedy nawiązała się interakcja między mną a tą kobietą. Serdeczne pozdrowienia, jeśli to pani czyta :) Była wyraźnie zestresowana podróżą. Okazało się, że to jej pierwszy raz. Miała obawy, czy wysiądzie w dobrym miejscu, czy się nie zgubi, jak się zachować. Uspokoiłam ją i zapewniłam, że jeśli tylko będę mogła, to pomogę. Jej, czułam się jak super hero. Przyjemne uczucie! Dowiedziałam się, że ma dwójkę dzieci w dorastającym wieku, że jej mąż pracuje zagranicą, bo niestety w Polsce pracy brak. Ona jechała do Zakopanego. Kiedy dotarłyśmy na dworzec, pomogłam jej dotrzeć na dworzec PKS, skąd miała mieć autobus. Właśnie wtedy też zepsuła się moja DRUGA walizka. Mimo wszystko - żałuję, że tak późno schowałam ten telefon. Życzliwość zdecydowanie potrafi umilić człowiekowi dzień. Polecam :)

   A dzisiaj cały dzień spędzony na uczelni. Cudem, bo autobusy z samego rana niestety nie chciały ze mną współpracować i po prostu nie przyjechały. Tak oto powstało moje ponad półgodzinne spóźnienie. Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. W telegraficznym skrócie, bo ten wpis i tak już ma dużo za dużo znaków - na UEK-u miał dzisiaj miejsce Międzynarodowy Dzień Otwarty. Hala widowiskowo-sportowa została zamieniona w dużą powierzchnię wypełnioną standami, przy których można było dowiedzieć się różnych rzeczy o wyjazdach zagranicę, Erasmusie, umowach międzynarodowych z innymi uczelniami i wiele, wiele więcej. Swoje stanowisko miał także PSUEK, czyli Parlament Studencki Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie, na którym dane mi było przebywać jako wolontariusz. Przynajmniej na razie :) 


   Jako że jutro jeden z mniej lubianych przeze mnie dni tygodnia, muszę niestety zamknąć komputer i zrobić coś, dzięki czemu przeżyję do wieczora. Trzymajcie się i do kiedyś!

Read More