wtorek, 8 października 2013
poniedziałek, 7 października 2013
half birthday
Nienawidzę zawalać całego weekendu na naukę, żeby obudzić się w nocy i dowiedzieć, że bierze mnie jakieś choróbsko. Odbiera mi to wszystkie pokłady motywacji na nowy tydzień. Nie inaczej jest dzisiaj.
Szczęście w nieszczęściu, że E. przypomniała mi o moim dzisiejszym "święcie", przez co cały dzień śmieję się pod nosem i czekam, czy ktoś oprócz niej wpadł na tak dziwny tok myślenia :)
Do głowy wrócił mi pomysł kupienia tej jednej jedynej Zara Office Bag (nazywanej również Zara City Bag). Nie jestem żadną modową blogerką, "fashion victim", ani nic w tym rodzaju. Nie podążam za modą (o ile mnie pamięć nie myli, na którejś ze stron wyczytałam, że ta torba to sezon A/W 2012/2013, co mówi samo za siebie, jak śledzę trendy), nie. Po prostu cholernie mi się ona podoba, odkąd zobaczyłam ją u Zoelli (kliknij, a zobaczysz, co mnie w niej zauroczyło). Jest prześwietna, przepakowna, przeprzeprze. Cena jedynie rzuca na kolana.
Niebawem szykuje mi się też małe Study Nook Makeover. Wszystko w swoim czasie. Zobaczymy, kiedy znajdzie się trochę czasu, żeby wyskoczyć na zakupy i kupić to i owo.
Wiem też, że chcę pisać częściej. Czy mi się uda - tego nie wiem. Czasu jest mało, bo i więcej się uczę ostatnimi czasy, ale zdaję sobie sprawę, że jak się chce, to można.
Szczęście w nieszczęściu, że E. przypomniała mi o moim dzisiejszym "święcie", przez co cały dzień śmieję się pod nosem i czekam, czy ktoś oprócz niej wpadł na tak dziwny tok myślenia :)
Do głowy wrócił mi pomysł kupienia tej jednej jedynej Zara Office Bag (nazywanej również Zara City Bag). Nie jestem żadną modową blogerką, "fashion victim", ani nic w tym rodzaju. Nie podążam za modą (o ile mnie pamięć nie myli, na którejś ze stron wyczytałam, że ta torba to sezon A/W 2012/2013, co mówi samo za siebie, jak śledzę trendy), nie. Po prostu cholernie mi się ona podoba, odkąd zobaczyłam ją u Zoelli (kliknij, a zobaczysz, co mnie w niej zauroczyło). Jest prześwietna, przepakowna, przeprzeprze. Cena jedynie rzuca na kolana.
Niebawem szykuje mi się też małe Study Nook Makeover. Wszystko w swoim czasie. Zobaczymy, kiedy znajdzie się trochę czasu, żeby wyskoczyć na zakupy i kupić to i owo.
Wiem też, że chcę pisać częściej. Czy mi się uda - tego nie wiem. Czasu jest mało, bo i więcej się uczę ostatnimi czasy, ale zdaję sobie sprawę, że jak się chce, to można.
czwartek, 26 września 2013
szybko, nieubłaganie
Czas zapieprza tak szybko, że nie nadążam zrywać kartek z kalendarza. Prawda jest taka, że nim się obejrzymy, będzie Wigilia. Do czego zmierzam? Nie, nie do tego, że równo dwa tygodnie temu oglądaliśmy w dziesięć osób na jednym łóżku "Dirty Dancing" we francuskiej telewizji. Nawet nie do tego, że była to nasza ostatnia wspólna noc, ale do tego, że:
Czy my nieustannie nie marnujemy czasu, robiąc to, czego nie chcemy robić? Niektórzy się pewnie ze mną zgodzą. Może tu chodzić chociażby o szkołę, jest ona tak jakby naszą "pracą". If you don't like your job, quit. Na nasze nieszczęście skończenie szkoły jest raczej konieczne, jeśli chcemy iść na studia. Przynajmniej ja chcę. Ale ten czas można sobie umilać, posiadając jakieś swoje hobby. Ile razy powtarzałeś sobie, że zaczniesz to robić? Cokolwiek to jest - czytanie książki, rozpoczęcie nauki gry na gitarze, rafting, wrzucanie swoich coverów na YouTube, zawsze to odkładałeś, prawda? Zrób coś dla siebie i podejmij pierwszy, a zarazem najtrudniejszy krok. Wypożycz tę książkę, zapisz się na lekcję, znajdź najbliższą szkołę raftingu, załóż konto na YT. Zdaję sobie też sprawę, że mówię to ja - osoba z największym słomianym zapałem, jaką można znaleźć na terenie tego kontynentu, ale w minionych dniach zdałam sobie sprawę właśnie z tej jednej rzeczy:
życie jest jedno i nie wolno nam go zmarnować.
Nawet sama Tatiana mówiła kilka razy, że "jesteśmy młodzi, jeśli czegoś chcemy, to to róbmy, bo później będzie za późno". Ta kobieta jest mądra i należy jej słuchać.
wtorek, 17 września 2013
España, por favor!
Alcia, będzie wpis na blogu o Hiszpanii? Będzie!
Takie pytanie padło któregoś dnia, między którymś a którymś łykiem napoju bogów, po którymś z kolei napadzie śmiechu, tuż przed na pewno nie ostatnim uściskiem radości.
Dlaczego było tak świetnie? Bo zapierające dech w piersiach widoki? Bo architektura, jakiej nie spotkasz w Polsce? Bo morze ciepłe, a piasek wygodny? Bo super hotel z panoramiczną windą? Bo wieczorki tematyczne? Bo słynne już tri personen i pan w nienagannie białej koszuli pukający do drzwi o drugiej w nocy? Bo Kacper ma łeb jak sklep i pamięta pierdyliard zwrotek różnych śmiesznych piosenek do picia? Bo tylko ja potrafię w niekoniecznie trzeźwym stanie zatrzasnąć kartę i śpiocha w pokoju, a zarazem wyjść bez butów i na bosaka po północy próbować dogadać się z jakimś recepcjonistą w podeszłym wieku bez dolnych i górnych jedynek? (a, Karol, jeśli to czytasz, to dzięki, że poszedłeś wtedy ze mną, bo sama bym się chyba bała tam koło niego stać) Było niesamowicie, bo Murzyni myśleli, że napiją się wody, a to była wódka i pluli dalej, niż widzieli? Bo cały wyjazd kręcił się wokół wódki i najbardziej krypto-parze, o której każdy wie, a sami zainteresowani myślą, że nikt o nich nie wie? Bo prześwietna Juanita codziennie sprzątała ten syf, który zostawialiśmy w pokoju? Bo poznaliśmy Alexa? Też. Ale najbardziej liczą się ludzie, w gronie których spędzasz czas. A ludzie, wokół których ja się obracałam od piątku do następnej soboty, byli najlepszymi na świecie. Aż się ciśnie na usta popularne stwierdzenie "nie ocenia się książki po okładce".
Zdecydowanie każdy chce powtórki, każdemu jest pusto samemu w pokoju, a nocami przypomina sobie, jak to było kilka dni temu i aż się łza w oku kręci. Teraz pora wywołać zdjęcia, oprawić w ramkę i cieszyć ryja przy każdym rzuceniu okiem na te cudeńka. A do wszystkich, którzy czytają koniec tego wpisu i jednocześnie byli na tym wypadzie ze mną:
JESTEŚCIE WSPANIALI!
poniedziałek, 19 sierpnia 2013
way too fast
To już miesiąc minął od ostatniego wpisu? Kolejny dowód, jak szybko wakacje spierdzielają mi sprzed oczu i świadomości. Dopiero był 28 czerwca, przywitanie Ali w kraju, całe dwa miesiące przed nami. Lipiec jakoś przemknął, ale piątego sierpnia poczułam drugi raz, że jest lato, jest wolne, jest cudownie. Pięć dni z przyjaciółmi w miejscu, które kocham - nie mogło być lepiej. No, może ciut ciut. Zdecydowanie polubiłam podróżowanie pociągami. Nawet tymi naszymi, rodowitymi, polskimi :) Wyszło tanio, z wrażeniami i przede wszystkim, co najważniejsze - śmiesznie. Uśmiałam się za wszystkie czasy.
Jutro znów tam wracam. Nie mogę się doczekać, a wizja pakowania wcale mnie nie odrzuca.
Do tego wszystkiego dochodzi myśl, że 2 września zaczyna się ten niby "najcięższy" rok w karierze naukowej. Serio? Bardziej martwię się o to, jak poradzę sobie z ogarnięciem studiów i lokum zza oceanu. Taaak, ale najpierw trzeba w ogóle wiedzieć, co się chce w życiu robić. Postaram się jednak posłuchać Laski, może wyjdę na ludzi.
![]() |
| pewnego razu na Dzikim Zachodzie |
Do tego wszystkiego dochodzi myśl, że 2 września zaczyna się ten niby "najcięższy" rok w karierze naukowej. Serio? Bardziej martwię się o to, jak poradzę sobie z ogarnięciem studiów i lokum zza oceanu. Taaak, ale najpierw trzeba w ogóle wiedzieć, co się chce w życiu robić. Postaram się jednak posłuchać Laski, może wyjdę na ludzi.
W życiu trzeba sobie zadać zajebiście ważne pytanie. Co chce w życiu robić. A potem zacząć to robić.
czwartek, 25 lipca 2013
the sooner the better
No i znowu wsiąknęłam w ten temat. Temat Au Pair Cultural Care krąży w mojej głowie non stop od jakichś dwóch tygodni. Po maturze? Po licencjacie? Ciągłe dylematy, ale cel jeden i niezmienny. Są też myśli, które wcześniej nie przychodziły - a co, jeśli sobie nie poradzę na początku z językiem; co, jeśli trafię na rodzinę, z którą ciężko mi się będzie dogadać (a bywa tak dość często podobno); co, jeśli będę tęsknić (a wiem, że będę, bo zimną suką nie jestem i rodzina z przyjaciółmi znaczą dla mnie wiele). Jaki stan? Ja sobie mogę chcieć, a kto MNIE będzie chciał, do końca będzie zagadką. Oglądając to, co kręci Julita Galwa, czyli była operka (a obecnie została w Stanach i tam też studiuje), Los Angeles robi ogromne wrażenie i zazdrość wielka, że dla niej jest to po prostu codziennością. Były małe wątpliwości, ale teraz, po obejrzeniu kilku filmików na YouTube jestem pewna. Czerwiec 2014 - here I come. Wypadałoby powoli zacząć ogarniać cały proces aplikacji, szukania rodziny i innych. Damn, so excited... :)
Kolejna sprawa, czyli studia. Wszystko się zmienia jak w kołowrotku. Od dawna omawiana geodezja chyba idzie powoli w zapomnienie. Możliwości na maturze mam niewielkie, bo zakres przedmiotów, z których jestem w stanie wyciągnąć satysfakcjonujące wyniki, jest dość wąski. Czas spiąć pośladki i zacząć myśleć poważniej i konkretniej, bo wrzesień praktycznie za pasem, a nie chciałabym obudzić się z ręką w nocniku w styczniu czy tam lutym. Publicznie chyba jeszcze nie będę gadać, co obecnie chodzi mi po głowie. Niech się to stanie najpierw bardziej możliwym, a potem będzie można uchylić rąbka tajemnicy.
Kolejna sprawa, czyli studia. Wszystko się zmienia jak w kołowrotku. Od dawna omawiana geodezja chyba idzie powoli w zapomnienie. Możliwości na maturze mam niewielkie, bo zakres przedmiotów, z których jestem w stanie wyciągnąć satysfakcjonujące wyniki, jest dość wąski. Czas spiąć pośladki i zacząć myśleć poważniej i konkretniej, bo wrzesień praktycznie za pasem, a nie chciałabym obudzić się z ręką w nocniku w styczniu czy tam lutym. Publicznie chyba jeszcze nie będę gadać, co obecnie chodzi mi po głowie. Niech się to stanie najpierw bardziej możliwym, a potem będzie można uchylić rąbka tajemnicy.
czwartek, 20 czerwca 2013
heaven is a place on earth
Jezu, już jestem po i wiem, że zaraz zacznie mi się depresja pokoncertowa, więc jak jeszcze jestem na tym magicznym haju, to opiszę ten przezajebisty dzień. Jak ktoś nie chce, niech nie czyta, nie zmuszam.
Wstałam lekko po piątej nad ranem, szybkie ogarnięcie i po szóstej byliśmy pod Oli domem. Zabraliśmy ją do wozu i w długą. Do przejechania ponad 400 km, a chciałyśmy być pod PGE Areną już o 10:00, co na wstępie już było wiadome, że jest niemożliwe. Fajnie nawet się jechało, bo częściowo nową autostradą. W ogóle ładne krajobrazy i takie tam, ale wiadomo, że w mojej głowie siedziały rzeczy, które były milion razy fajniejsze od zielonej trawki i małych domków.
Ciągle pospieszałam kierowców, postoje były torturą, ale kiedy zobaczyłam o 12:00 zieloną tabliczkę "Gdańsk", to wszystkie moje nerwy zniknęły. Za 20 minut byliśmy na miejscu i tamci pojechali sobie na miasto, a my szukać dobrej bramy. Na wstępie trzeba powiedzieć, że organizacja była gorzej niż beznadziejna. Znalazłyśmy cztery bramy, z czego jedna w ogóle zamknięta tuż przy ulicy, że nawet nie można było wejść pod barierki. Dwie inne pod wiaduktami, więc było fajnie, zimno, ale brak czegoś takiego jak TOITOI. Potem było szukanie sklepu, bo usychałyśmy z pragnienia. Po 3 kilometrach marszu znalazłyśmy to, co chciałyśmy i z powrotem pod bramę. Tylko którą? Pod tą z numerem 12 był cień i przenośne kibelki, ale to nie było wejście dla zwykłego goldena, więc szukamy dalej. Brama numer 11 - praktycznie zero ludzi, cień, chłodek, ale brak kibelków. Poszłyśmy pod tą dziesiątkę, która była zamknięta i okazało się, że łaskawie otworzyli wejście i można było pod bramę podejść bez problemów. Są kibelki, brak cienia, ale zostałyśmy tutaj, żeby już zająć miejsce jako pierwsze.
Godzina 14:15. Ludzi jak na lekarstwo, a ja chciałam być o 10:00... Tak naprawdę zaczęli się schodzić koło 15:00-15:30. Obok nas dwa małżeństwa ze Śląska. Koleś tak przezabawny, że te kolejne dwie godziny minęły, jak z bicza strzelił. Szkoda, że zapomniałam zapytać, czy kolo z fanklubu i jaki nick.
Godzina 16:00 - ktoś poruszył za bramą barierką, wszyscy nagle wstali, myśląc, że chcą nas już wpuścić. Nie mogli być bardziej mylni. Ale skoro już wszyscy wstali, to stałyśmy, czekając na tą zbawienną godzinę otwierania bram. W międzyczasie oczywiście spekulacje, czy wpuszczą z wodą, z aparatem, jedzeniem i tak dalej. Otworzyli bramy, Ziółkowska jako pierwsza ruszyła do selekcji. Babka sprawdziła bilet, spytała tylko, czy nie mam aparatu i byłam wolna. Szybki luk na Olkę i BIEGIEM do odpowiedniego wejścia. Tam nas zametkowano odpowiednią bransoletką i kolejny bieg w stronę płyty. Panowie sprawdzali bransoletki i wpuszczali tych, którzy mieli odpowiednie numerki. Takim sposobem, koło 17:30 stałam na Goldenie i czekałam na support - Irę.
Wkurzało mnie to, że ludzie rozłożyli się pod barierkami jak na plaży, zajmując tym samym dwa razy więcej miejsca. Aha, nie wolno było wnosić picia, bo półlitrowy papierowy kubek Coli i UWAGA wody mineralnej kosztował osiem złotych. Mimo to Olka poszła w kolejkę, ale jak zobaczyła, że 30 minut stania, to zrezygnowała. Później gorzko tego żałowałyśmy.
Aż do 18:40 po prostu stałyśmy, rozglądałyśmy się, ogarniałyśmy sytuację i nadal nie wierzyłyśmy, gdzie jesteśmy i co robimy. W międzyczasie zauważyłam, że po Diamondzie chodzi Ricki, Junior Admin fanklubu, i rozdaje tuby ze świecącymi bransoletkami, a że bramę 10. ominięto przy rozdawaniu przed koncertem, to szybko go tu zawołałyśmy i pięknie nam jedną tubę dał. Już byłyśmy prawidłowo wyposażone.
No, weszła Ira. Dobrze rozgrzali ludzi, dobrze grali, mi się podobało. Gadowski tylko wspomniał, że nie dali im zrobić próby, a jeszcze wykreślają im z sety kolejne piosenki. Chyba był nieco wkurzony, ale zrobili dobre show. Skończyli koło 19:30.
Następnie na ekranach pojawił się napis "Showtime in 30 minutes". Wszyscy czekali zniecierpliwieni. Mnie stopy bolały niemiłosiernie i miałam wrażenie, że co chwilę może mnie złapać skurcz w stopę, autentik. Do tego ostatni płyn, jaki miałam w ustach, to była Fanta o godzinie 14:00.
I wtedy zawrzało. Było głośne odliczanie, a okazało się, że BJ przyszli i tak przed czasem. Najpierw dali piosenkę z najnowszej płyty (What The Water Made Me), której nie lubię, więc słowa jako tako, ale i tak olałam ból stóp i skakałam jak popieprzona. O pisku nie wspomnę. Pan przede mną chyba mnie nie lubi. Potem You Give Love A Bad Name, więc było jeszcze lepiej, a na Raise Your Hands był jeszcze większy las rąk, krzyku i wszystkiego innego, przez co teraz zdycham. O ile dobrze pamiętam, to po tej piosence Jon tam coś wspomniał, że nie wie, jakim cudem 30 lat zajęło im przyjechanie do Polszy na koncert i że jesteśmy zajebiści. KLIK
I wtedy przyszedł czas na pierwszą atrakcję wieczoru. Panowie zaczęli intro do Born To Be My Baby, a Jon stanął jak wryty i prawie się popłakał. Nie wiedziałam, o co chodzi, bo kompletnie o tym zapomniałam, ale kiedy ludzie zaczęli się odwracać, odwróciłam się i ja. Wtedy zobaczyłam to:
Później kolejno Lost Highway, Runaway, It's My Life, Because We Can, What About Now, We Got It Going On, Keep the Faith, (You Want To) Make A Memory, In These Arms. Po tym usłyszeliśmy pierwsze dźwięki Captain Crash & the Beauty Queen from Mars i zgodnie z zaistniałą już tradycją na europejskiej trasie wyciągnęliśmy konfetti (to znaczy wyciągnęli, bo ja oczywiście zapomniałam kupić) i zaczęliśmy sypać po sobie, po scenie, tak było fajnie. Tamten się uśmiał jak głupi do sera. :D Potem We Weren't Born to Follow, Who Says You Can't Go Home (takie tam machanie rączkami), Rockin' All Over the World. Następnie medley I'll Sleep When I'm Dead/Start Me Up. Przed półminutową przerwą jeszcze Bad Medicine. Był ogień!
No i zeszli ze sceny. To był moment, kiedy wszyscy na płycie wyjęli te czerwone bransoletki, a na trybunach włączyli wyświetlacze telefonów. Jak oni to zobaczyli, to byli w niezłym szoku, widząc tą powstałą czerwono-białą flagę na całym stadionie. Ale my też byliśmy w szoku. "Zarząd" polskiego fanklubu przygotował specjalny prezent - koszulkę dla Jona. Zapakowali to w ładne pudełko i jakoś mu przekazali. Zastanawialiśmy się, czy może jej nie założy czy coś, ale jak wyszedł w niej dumnie się prezentując, to wszyscy i tak byli w szoku.
Encore zaczęli od Someday I'll Be Saturday Night. Później kultowe Wanted Dead Or Alive, ale... to nie to samo bez Sambory. Niestety. Phil X w zastępstwie może być spoko, ale gitara Sambory jest unikatowa, jest skarbem, a Phil może tylko próbować go naśladować. Początek Wanted i ogólny widok na te światełka i w ogóle.. Potem Have A Nice Day i wszędzie pojawiły się smirki:
Po HAND był Superman Tonight, za którym osobiście nie przepadam. Ale później... Damn, jakie to było niesamowite. Kamery zwróciły się na gościa pod sceną, który trzymał kartkę z napisem "If you sing Never Say Goodbye, I ask her if she'd marry me" czy coś takiego. I ZAŚPIEWAŁ. Ale nagranie tej chwili TUTAJ. Oczywiście jak większość się popłakałam (nie pierwszy raz zresztą).
A ta piosenka była najlepszym wykonem koncertu. Livin' On A Prayer. Patrzcie na 4:45 - KUCA 30 CM ODE NIE I SIĘ DO MNIE UŚMIECHA. No, 2 cm dzieliły moją dłoń od jego dłoni... Bo jakiś babsztyl mnie popchnął. Kuźwa. Ale i tak poczułam powiew wiatru jego ręki <serduszka_miliard>
Na koniec Always. Był już trochę zmęczony, co było widać i słychać, ale dał z siebie wszystko. Było cudownie.
A najlepsze jest to, że wszystkie kraje będą nam zazdrościć - koszulki, setlisty, flagi, dwukrotnego zejścia na catwalk, zbijania piątek z fanami, świetnego humoru i żartów.
I nigdy nie doświadczyłam płaczu szczęścia. Owszem, jakieś przejawy maksymalnej radości były, ale nigdy tak, że stoję i nagle zaczynam się śmiać i płakać. A tak było, jak chłopaki pojawili się na scenie. I nadal w to wszystko nie wierzę i mam ochotę się uszczypnąć. Obiecali, że wrócą, ale już w 2000 roku obiecywali, że będą i dupa, 13 lat czekania. Ale jak trzeba, poczekam.
DAMN, JAKIE TO BYŁO ZAJEBISTE.
I o ile przed koncertem mało słuchałam ostatnimi czasy BJ, tak poprzez koncert moja cała miłość do zespołu zebrana przez cztery lata pomnożyła się razy miliard. Na żywo to na żywo, niesamowite uczucie. Tego MIMO WSZYSTKO nie da się opisać.
PS. Ponoć w Irlandii w gazetach pisują, że dostaliśmy najlepszy koncert w całej trasie.
PS2. Nie muszę chyba mówić, że... nie mówię? :D Straciłam głos w drodze powrotnej.
Wstałam lekko po piątej nad ranem, szybkie ogarnięcie i po szóstej byliśmy pod Oli domem. Zabraliśmy ją do wozu i w długą. Do przejechania ponad 400 km, a chciałyśmy być pod PGE Areną już o 10:00, co na wstępie już było wiadome, że jest niemożliwe. Fajnie nawet się jechało, bo częściowo nową autostradą. W ogóle ładne krajobrazy i takie tam, ale wiadomo, że w mojej głowie siedziały rzeczy, które były milion razy fajniejsze od zielonej trawki i małych domków.
Ciągle pospieszałam kierowców, postoje były torturą, ale kiedy zobaczyłam o 12:00 zieloną tabliczkę "Gdańsk", to wszystkie moje nerwy zniknęły. Za 20 minut byliśmy na miejscu i tamci pojechali sobie na miasto, a my szukać dobrej bramy. Na wstępie trzeba powiedzieć, że organizacja była gorzej niż beznadziejna. Znalazłyśmy cztery bramy, z czego jedna w ogóle zamknięta tuż przy ulicy, że nawet nie można było wejść pod barierki. Dwie inne pod wiaduktami, więc było fajnie, zimno, ale brak czegoś takiego jak TOITOI. Potem było szukanie sklepu, bo usychałyśmy z pragnienia. Po 3 kilometrach marszu znalazłyśmy to, co chciałyśmy i z powrotem pod bramę. Tylko którą? Pod tą z numerem 12 był cień i przenośne kibelki, ale to nie było wejście dla zwykłego goldena, więc szukamy dalej. Brama numer 11 - praktycznie zero ludzi, cień, chłodek, ale brak kibelków. Poszłyśmy pod tą dziesiątkę, która była zamknięta i okazało się, że łaskawie otworzyli wejście i można było pod bramę podejść bez problemów. Są kibelki, brak cienia, ale zostałyśmy tutaj, żeby już zająć miejsce jako pierwsze.
Godzina 14:15. Ludzi jak na lekarstwo, a ja chciałam być o 10:00... Tak naprawdę zaczęli się schodzić koło 15:00-15:30. Obok nas dwa małżeństwa ze Śląska. Koleś tak przezabawny, że te kolejne dwie godziny minęły, jak z bicza strzelił. Szkoda, że zapomniałam zapytać, czy kolo z fanklubu i jaki nick.
Godzina 16:00 - ktoś poruszył za bramą barierką, wszyscy nagle wstali, myśląc, że chcą nas już wpuścić. Nie mogli być bardziej mylni. Ale skoro już wszyscy wstali, to stałyśmy, czekając na tą zbawienną godzinę otwierania bram. W międzyczasie oczywiście spekulacje, czy wpuszczą z wodą, z aparatem, jedzeniem i tak dalej. Otworzyli bramy, Ziółkowska jako pierwsza ruszyła do selekcji. Babka sprawdziła bilet, spytała tylko, czy nie mam aparatu i byłam wolna. Szybki luk na Olkę i BIEGIEM do odpowiedniego wejścia. Tam nas zametkowano odpowiednią bransoletką i kolejny bieg w stronę płyty. Panowie sprawdzali bransoletki i wpuszczali tych, którzy mieli odpowiednie numerki. Takim sposobem, koło 17:30 stałam na Goldenie i czekałam na support - Irę.
a tu, gdzie żółta kropeczka, to ja sobie stałam cały koncert
Wkurzało mnie to, że ludzie rozłożyli się pod barierkami jak na plaży, zajmując tym samym dwa razy więcej miejsca. Aha, nie wolno było wnosić picia, bo półlitrowy papierowy kubek Coli i UWAGA wody mineralnej kosztował osiem złotych. Mimo to Olka poszła w kolejkę, ale jak zobaczyła, że 30 minut stania, to zrezygnowała. Później gorzko tego żałowałyśmy.
Aż do 18:40 po prostu stałyśmy, rozglądałyśmy się, ogarniałyśmy sytuację i nadal nie wierzyłyśmy, gdzie jesteśmy i co robimy. W międzyczasie zauważyłam, że po Diamondzie chodzi Ricki, Junior Admin fanklubu, i rozdaje tuby ze świecącymi bransoletkami, a że bramę 10. ominięto przy rozdawaniu przed koncertem, to szybko go tu zawołałyśmy i pięknie nam jedną tubę dał. Już byłyśmy prawidłowo wyposażone.
No, weszła Ira. Dobrze rozgrzali ludzi, dobrze grali, mi się podobało. Gadowski tylko wspomniał, że nie dali im zrobić próby, a jeszcze wykreślają im z sety kolejne piosenki. Chyba był nieco wkurzony, ale zrobili dobre show. Skończyli koło 19:30.
Następnie na ekranach pojawił się napis "Showtime in 30 minutes". Wszyscy czekali zniecierpliwieni. Mnie stopy bolały niemiłosiernie i miałam wrażenie, że co chwilę może mnie złapać skurcz w stopę, autentik. Do tego ostatni płyn, jaki miałam w ustach, to była Fanta o godzinie 14:00.
I wtedy zawrzało. Było głośne odliczanie, a okazało się, że BJ przyszli i tak przed czasem. Najpierw dali piosenkę z najnowszej płyty (What The Water Made Me), której nie lubię, więc słowa jako tako, ale i tak olałam ból stóp i skakałam jak popieprzona. O pisku nie wspomnę. Pan przede mną chyba mnie nie lubi. Potem You Give Love A Bad Name, więc było jeszcze lepiej, a na Raise Your Hands był jeszcze większy las rąk, krzyku i wszystkiego innego, przez co teraz zdycham. O ile dobrze pamiętam, to po tej piosence Jon tam coś wspomniał, że nie wie, jakim cudem 30 lat zajęło im przyjechanie do Polszy na koncert i że jesteśmy zajebiści. KLIK
I wtedy przyszedł czas na pierwszą atrakcję wieczoru. Panowie zaczęli intro do Born To Be My Baby, a Jon stanął jak wryty i prawie się popłakał. Nie wiedziałam, o co chodzi, bo kompletnie o tym zapomniałam, ale kiedy ludzie zaczęli się odwracać, odwróciłam się i ja. Wtedy zobaczyłam to:
Później kolejno Lost Highway, Runaway, It's My Life, Because We Can, What About Now, We Got It Going On, Keep the Faith, (You Want To) Make A Memory, In These Arms. Po tym usłyszeliśmy pierwsze dźwięki Captain Crash & the Beauty Queen from Mars i zgodnie z zaistniałą już tradycją na europejskiej trasie wyciągnęliśmy konfetti (to znaczy wyciągnęli, bo ja oczywiście zapomniałam kupić) i zaczęliśmy sypać po sobie, po scenie, tak było fajnie. Tamten się uśmiał jak głupi do sera. :D Potem We Weren't Born to Follow, Who Says You Can't Go Home (takie tam machanie rączkami), Rockin' All Over the World. Następnie medley I'll Sleep When I'm Dead/Start Me Up. Przed półminutową przerwą jeszcze Bad Medicine. Był ogień!
No i zeszli ze sceny. To był moment, kiedy wszyscy na płycie wyjęli te czerwone bransoletki, a na trybunach włączyli wyświetlacze telefonów. Jak oni to zobaczyli, to byli w niezłym szoku, widząc tą powstałą czerwono-białą flagę na całym stadionie. Ale my też byliśmy w szoku. "Zarząd" polskiego fanklubu przygotował specjalny prezent - koszulkę dla Jona. Zapakowali to w ładne pudełko i jakoś mu przekazali. Zastanawialiśmy się, czy może jej nie założy czy coś, ale jak wyszedł w niej dumnie się prezentując, to wszyscy i tak byli w szoku.
Encore zaczęli od Someday I'll Be Saturday Night. Później kultowe Wanted Dead Or Alive, ale... to nie to samo bez Sambory. Niestety. Phil X w zastępstwie może być spoko, ale gitara Sambory jest unikatowa, jest skarbem, a Phil może tylko próbować go naśladować. Początek Wanted i ogólny widok na te światełka i w ogóle.. Potem Have A Nice Day i wszędzie pojawiły się smirki:
Po HAND był Superman Tonight, za którym osobiście nie przepadam. Ale później... Damn, jakie to było niesamowite. Kamery zwróciły się na gościa pod sceną, który trzymał kartkę z napisem "If you sing Never Say Goodbye, I ask her if she'd marry me" czy coś takiego. I ZAŚPIEWAŁ. Ale nagranie tej chwili TUTAJ. Oczywiście jak większość się popłakałam (nie pierwszy raz zresztą).
A ta piosenka była najlepszym wykonem koncertu. Livin' On A Prayer. Patrzcie na 4:45 - KUCA 30 CM ODE NIE I SIĘ DO MNIE UŚMIECHA. No, 2 cm dzieliły moją dłoń od jego dłoni... Bo jakiś babsztyl mnie popchnął. Kuźwa. Ale i tak poczułam powiew wiatru jego ręki <serduszka_miliard>
stał tu! STAŁ KOŁO MNIE!
Na koniec Always. Był już trochę zmęczony, co było widać i słychać, ale dał z siebie wszystko. Było cudownie.
A najlepsze jest to, że wszystkie kraje będą nam zazdrościć - koszulki, setlisty, flagi, dwukrotnego zejścia na catwalk, zbijania piątek z fanami, świetnego humoru i żartów.
I nigdy nie doświadczyłam płaczu szczęścia. Owszem, jakieś przejawy maksymalnej radości były, ale nigdy tak, że stoję i nagle zaczynam się śmiać i płakać. A tak było, jak chłopaki pojawili się na scenie. I nadal w to wszystko nie wierzę i mam ochotę się uszczypnąć. Obiecali, że wrócą, ale już w 2000 roku obiecywali, że będą i dupa, 13 lat czekania. Ale jak trzeba, poczekam.
DAMN, JAKIE TO BYŁO ZAJEBISTE.
I o ile przed koncertem mało słuchałam ostatnimi czasy BJ, tak poprzez koncert moja cała miłość do zespołu zebrana przez cztery lata pomnożyła się razy miliard. Na żywo to na żywo, niesamowite uczucie. Tego MIMO WSZYSTKO nie da się opisać.
PS. Ponoć w Irlandii w gazetach pisują, że dostaliśmy najlepszy koncert w całej trasie.
PS2. Nie muszę chyba mówić, że... nie mówię? :D Straciłam głos w drodze powrotnej.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

















