piątek, 2 listopada 2012

undiscovered

Tłumy ludzi. Warszawa opustoszała, wszyscy wyjechali na swoje rodzinne wsie, a rodowici warszawiacy zostali jedynie na Powązkach. Półnagie panie z billboardów nie mają do kogo świecić tyłkiem. A to dlatego, że część społeczeństwa chodzi na cmentarz, żeby na grobach bliskich zostawić zapaloną świeczkę. Inni zaszyli się w domach i chcą to przeczekać. Czy w czasach bezgranicznej bezpruderyjności (której zarazem nie krytykuję po całości) mamy odwagę przyznać się do potrzeby świętowania Dnia Zmarłych i Zaduszek? Czy w czasach wspomnianej wyżej bezpruderyjności (ale ta wywłoka Siwiec naprawdę jest żałosna) wstydem jest powiedzieć, że chce się człowiek pomodlić za kogoś bliskiego? Dobrze, nie w każdym przypadku jest to modlitwa. Niektórzy nie umieją się modlić. Chcą tylko pójść poprzebywać blisko kogoś, kogo stracili. Pomilczeć, albo rzucać w przestrzeń nieme pytania "Dlaczego?", uronić łzę i odejść. Czy listopadowe święto może być porównywane do święta z dnia czternastego lutego? Że pamiętać o zmarłych powinno się cały rok, jak i kochać najbliższych powinno się nie tylko w ten jeden dzień? Nie wiem, nie obchodzi mnie to. W sumie to jeszcze zbyt bolesne, ale pierdolę wszystkich, którzy uważają, że świętowanie 1 listopada jest passe.

0 komentarze:

Prześlij komentarz