środa, 21 listopada 2012

good things

are mostly for bad people
No właśnie. Jak to się stało, że ktoś taki jak ja trafił na takie wydarzenie jak Puls Literatury? Dobra, wyolbrzymiam, ale poniekąd tak jest. Nigdy nie poszłabym na taki event jedynie bazując na szybkim spojrzeniu mimochodem na plakat. Nigdy. A tymczasem znalazł się ktoś, kto zaręczył, że się spodoba i dostatecznie namówił, żebym się tam w końcu znalazła. Chyba nigdy nie przestanę tej osobie dziękować. Dziękuję. Bo gdyby nie to, nie odświeżyłabym swojego spostrzeżenia na temat Tomka Bąka, nie poznałabym pana Marka Bieńczyka  i z pewnością nie natknęłabym się na niesamowitego Jakuba Pawlaka. Kogoś kto z akordeonem robi takie rzeczy, których Nigella Lawson nie powstydziłaby się w swojej kuchni, posługując się garnkami, patelniami i serami pleśniowymi.
Co za dziwne porównanie.
Przez ten wieczór, tak sądzę, siedzę teraz w domu i próbuję nie wypluć płuc, a jednocześnie choć na chwilę przemówić. Niestety, na razie moje plany biorą w łeb. Mam tylko nadzieję szybko wyzdrowieć, bo czeka na spotkanie ktoś, z kim, jak odkryłam, łączy mnie tyle rzeczy, że to tak samo surrealistyczne, jak i niesamowite. No i mamy misję do wykonania, prawda? Wyzwanie to wyzwanie. Odpuszczenie w takim momencie byłoby dyshonorem, poważnym dyshonorem. Ale jesteśmy na dobrej drodze. Oczekujcie informacji wkrótce.
A w sobotę Akademia Filmowa w Tkaczu. I od soboty pluję sobie w brodę i wytykam fakt, dlaczego dopiero teraz postanowiłam się tam wybrać. No w porządku, dziewiąta rano w sobotę nie napawa optymizmem i gdyby nie to, że miałam mszę o szóstej rano, pewnie bym zaspała i z pewnością nie pisałabym tutaj o sobocie, ale jednak tam byłam. Byłam i chociaż wyszłam stamtąd przed trzynastą, to nie żałuję. Ba, cholernie mi się podobało. Człowiek, który to prowadził, wiedział, o czym mówił. A to się ceni. Bo nie sztuką byłoby zrobić prezentację w Power Point, puścić ją z projektora i czytać, co jest napisane w slajdach. Nie sztuką byłoby chociażby nauczyć się kilka zdań o kinie europejskim i wyrecytować je tym, niech będzie, trzydziestu osobom. Sztuką było to, że kiedy ów facet wypowiedział pierwsze słowa, to odeszła moja senność, odeszła myśl "co ja tu robię?", tylko słuchałam, słuchałam i słuchałam. Później "Nienawiść" i wspólna dyskusja. 1 listopada kino amerykańskie. No i jak mogłabym się oprzeć zaproszeniu na kolejne spotkanie? Odliczam dni.

Tak bardzo kocham Urban Outfitters, tak bardzo boję się kupować przez Internet z zagranicznych sklepów.

0 komentarze:

Prześlij komentarz