czwartek, 20 czerwca 2013

heaven is a place on earth

Jezu, już jestem po i wiem, że zaraz zacznie mi się depresja pokoncertowa, więc jak jeszcze jestem na tym magicznym haju, to opiszę ten przezajebisty dzień. Jak ktoś nie chce, niech nie czyta, nie zmuszam.
   Wstałam lekko po piątej nad ranem, szybkie ogarnięcie i po szóstej byliśmy pod Oli domem. Zabraliśmy ją do wozu i w długą. Do przejechania ponad 400 km, a chciałyśmy być pod PGE Areną już o 10:00, co na wstępie już było wiadome, że jest niemożliwe. Fajnie nawet się jechało, bo częściowo nową autostradą. W ogóle ładne krajobrazy i takie tam, ale wiadomo, że w mojej głowie siedziały rzeczy, które były milion razy fajniejsze od zielonej trawki i małych domków.

Ciągle pospieszałam kierowców, postoje były torturą, ale kiedy zobaczyłam o 12:00 zieloną tabliczkę "Gdańsk", to wszystkie moje nerwy zniknęły. Za 20 minut byliśmy na miejscu i tamci pojechali sobie na miasto, a my szukać dobrej bramy. Na wstępie trzeba powiedzieć, że organizacja była gorzej niż beznadziejna. Znalazłyśmy cztery bramy, z czego jedna w ogóle zamknięta tuż przy ulicy, że nawet nie można było wejść pod barierki. Dwie inne pod wiaduktami, więc było fajnie, zimno, ale brak czegoś takiego jak TOITOI. Potem było szukanie sklepu, bo usychałyśmy z pragnienia. Po 3 kilometrach marszu znalazłyśmy to, co chciałyśmy i z powrotem pod bramę. Tylko którą? Pod tą z numerem 12 był cień i przenośne kibelki, ale to nie było wejście dla zwykłego goldena, więc szukamy dalej. Brama numer 11 - praktycznie zero ludzi, cień, chłodek, ale brak kibelków. Poszłyśmy pod tą dziesiątkę, która była zamknięta i okazało się, że łaskawie otworzyli wejście i można było pod bramę podejść bez problemów. Są kibelki, brak cienia, ale zostałyśmy tutaj, żeby już zająć miejsce jako pierwsze.
   Godzina 14:15. Ludzi jak na lekarstwo, a ja chciałam być o 10:00... Tak naprawdę zaczęli się schodzić koło 15:00-15:30. Obok nas dwa małżeństwa ze Śląska. Koleś tak przezabawny, że te kolejne dwie godziny minęły, jak z bicza strzelił. Szkoda, że zapomniałam zapytać, czy kolo z fanklubu i jaki nick.
   Godzina 16:00 - ktoś poruszył za bramą barierką, wszyscy nagle wstali, myśląc, że chcą nas już wpuścić. Nie mogli być bardziej mylni. Ale skoro już wszyscy wstali, to stałyśmy, czekając na tą zbawienną godzinę otwierania bram. W międzyczasie oczywiście spekulacje, czy wpuszczą z wodą, z aparatem, jedzeniem i tak dalej. Otworzyli bramy, Ziółkowska jako pierwsza ruszyła do selekcji. Babka sprawdziła bilet, spytała tylko, czy nie mam aparatu i byłam wolna. Szybki luk na Olkę i BIEGIEM do odpowiedniego wejścia. Tam nas zametkowano odpowiednią bransoletką i kolejny bieg w stronę płyty. Panowie sprawdzali bransoletki i wpuszczali tych, którzy mieli odpowiednie numerki. Takim sposobem, koło 17:30 stałam na Goldenie i czekałam na support - Irę.


a tu, gdzie żółta kropeczka, to ja sobie stałam cały koncert

   Wkurzało mnie to, że ludzie rozłożyli się pod barierkami jak na plaży, zajmując tym samym dwa razy więcej miejsca. Aha, nie wolno było wnosić picia, bo półlitrowy papierowy kubek Coli i UWAGA wody mineralnej kosztował osiem złotych. Mimo to Olka poszła w kolejkę, ale jak zobaczyła, że 30 minut stania, to zrezygnowała. Później gorzko tego żałowałyśmy.
   Aż do 18:40 po prostu stałyśmy, rozglądałyśmy się, ogarniałyśmy sytuację i nadal nie wierzyłyśmy, gdzie jesteśmy i co robimy. W międzyczasie zauważyłam, że po Diamondzie chodzi Ricki, Junior Admin fanklubu, i rozdaje tuby ze świecącymi bransoletkami, a że bramę 10. ominięto przy rozdawaniu przed koncertem, to szybko go tu zawołałyśmy i pięknie nam jedną tubę dał. Już byłyśmy prawidłowo wyposażone.
   No, weszła Ira. Dobrze rozgrzali ludzi, dobrze grali, mi się podobało. Gadowski tylko wspomniał, że nie dali im zrobić próby, a jeszcze wykreślają im z sety kolejne piosenki. Chyba był nieco wkurzony, ale zrobili dobre show. Skończyli koło 19:30.
   Następnie na ekranach pojawił się napis "Showtime in 30 minutes". Wszyscy czekali zniecierpliwieni. Mnie stopy bolały niemiłosiernie i miałam wrażenie, że co chwilę może mnie złapać skurcz w stopę, autentik. Do tego ostatni płyn, jaki miałam w ustach, to była Fanta o godzinie 14:00.



   I wtedy zawrzało. Było głośne odliczanie, a okazało się, że BJ przyszli i tak przed czasem. Najpierw dali piosenkę z najnowszej płyty (What The Water Made Me), której nie lubię, więc słowa jako tako, ale i tak olałam ból stóp i skakałam jak popieprzona. O pisku nie wspomnę. Pan przede mną chyba mnie nie lubi. Potem You Give Love A Bad Name, więc było jeszcze lepiej, a na Raise Your Hands był jeszcze większy las rąk, krzyku i wszystkiego innego, przez co teraz zdycham. O ile dobrze pamiętam, to po tej piosence Jon tam coś wspomniał, że nie wie, jakim cudem 30 lat zajęło im przyjechanie do Polszy na koncert i że jesteśmy zajebiści. KLIK
   I wtedy przyszedł czas na pierwszą atrakcję wieczoru. Panowie zaczęli intro do Born To Be My Baby, a Jon stanął jak wryty i prawie się popłakał. Nie wiedziałam, o co chodzi, bo kompletnie o tym zapomniałam, ale kiedy ludzie zaczęli się odwracać, odwróciłam się i ja. Wtedy zobaczyłam to:



   Później kolejno Lost Highway, Runaway, It's My Life, Because We Can, What About Now, We Got It Going On, Keep the Faith, (You Want To) Make A Memory, In These Arms. Po tym usłyszeliśmy pierwsze dźwięki Captain Crash & the Beauty Queen from Mars i zgodnie z zaistniałą już tradycją na europejskiej trasie wyciągnęliśmy konfetti (to znaczy wyciągnęli, bo ja oczywiście zapomniałam kupić) i zaczęliśmy sypać po sobie, po scenie, tak było fajnie. Tamten się uśmiał jak głupi do sera. :D Potem We Weren't Born to Follow, Who Says You Can't Go Home (takie tam machanie rączkami), Rockin' All Over the World. Następnie medley I'll Sleep When I'm Dead/Start Me Up. Przed półminutową przerwą jeszcze Bad Medicine. Był ogień!
   No i zeszli ze sceny. To był moment, kiedy wszyscy na płycie wyjęli te czerwone bransoletki, a na trybunach włączyli wyświetlacze telefonów. Jak oni to zobaczyli, to byli w niezłym szoku, widząc tą powstałą czerwono-białą flagę na całym stadionie. Ale my też byliśmy w szoku. "Zarząd" polskiego fanklubu przygotował specjalny prezent - koszulkę dla Jona. Zapakowali to w ładne pudełko i jakoś mu przekazali. Zastanawialiśmy się, czy może jej nie założy czy coś, ale jak wyszedł w niej dumnie się prezentując, to wszyscy i tak byli w szoku.



   Encore zaczęli od Someday I'll Be Saturday Night. Później kultowe Wanted Dead Or Alive, ale... to nie to samo bez Sambory. Niestety. Phil X w zastępstwie może być spoko, ale gitara Sambory jest unikatowa, jest skarbem, a Phil może tylko próbować go naśladować. Początek Wanted i ogólny widok na te światełka i w ogóle.. Potem Have A Nice Day i wszędzie pojawiły się smirki:



   Po HAND był Superman Tonight, za którym osobiście nie przepadam. Ale później... Damn, jakie to było niesamowite. Kamery zwróciły się na gościa pod sceną, który trzymał kartkę z napisem "If you sing Never Say Goodbye, I ask her if she'd marry me" czy coś takiego. I ZAŚPIEWAŁ. Ale nagranie tej chwili TUTAJ. Oczywiście jak większość się popłakałam (nie pierwszy raz zresztą).
   A ta piosenka była najlepszym wykonem koncertu. Livin' On A Prayer. Patrzcie na 4:45 - KUCA 30 CM ODE NIE I SIĘ DO MNIE UŚMIECHA. No, 2 cm dzieliły moją dłoń od jego dłoni... Bo jakiś babsztyl mnie popchnął. Kuźwa. Ale i tak poczułam powiew wiatru jego ręki <serduszka_miliard>


stał tu! STAŁ KOŁO MNIE!


   Na koniec Always. Był już trochę zmęczony, co było widać i słychać, ale dał z siebie wszystko. Było cudownie.



A najlepsze jest to, że wszystkie kraje będą nam zazdrościć - koszulki, setlisty, flagi, dwukrotnego zejścia na catwalk, zbijania piątek z fanami, świetnego humoru i żartów.


I nigdy nie doświadczyłam płaczu szczęścia. Owszem, jakieś przejawy maksymalnej radości były, ale nigdy tak, że stoję i nagle zaczynam się śmiać i płakać. A tak było, jak chłopaki pojawili się na scenie. I nadal w to wszystko nie wierzę i mam ochotę się uszczypnąć. Obiecali, że wrócą, ale już w 2000 roku obiecywali, że będą i dupa, 13 lat czekania. Ale jak trzeba, poczekam.
DAMN, JAKIE TO BYŁO ZAJEBISTE.
I o ile przed koncertem mało słuchałam ostatnimi czasy BJ, tak poprzez koncert moja cała miłość do zespołu zebrana przez cztery lata pomnożyła się razy miliard. Na żywo to na żywo, niesamowite uczucie. Tego MIMO WSZYSTKO nie da się opisać.






PS. Ponoć w Irlandii w gazetach pisują, że dostaliśmy najlepszy koncert w całej trasie.
PS2. Nie muszę chyba mówić, że... nie mówię? :D Straciłam głos w drodze powrotnej.
Read More

czwartek, 30 maja 2013

IMHO

Kurwica mnie strzela, kiedy po raz n-ty zmieniam coś w kodzie, wszystko w podglądzie wygląda pięknie, a na koniec i tak widać krzaki i nic więcej. I tak to zmienię. Ale nie teraz, nie mam już sił i ochoty. Nie chce mi ktoś pomóc?

Trochę mnie tu nie było. To był taki intensywny miesiąc! Szkoła, prawko, egzaminy, smutny epizod w międzyczasie, ale jednak mimo wszystko jestem tu, gdzie jestem i mam się dobrze. Życie się rozpędza. Przynajmniej tym razem w dobrą stronę. Wszystko na to wskazuje bądź co bądź. Tylko musiałam mocną maskę założyć na siebie. Nie taką, dzięki której człowiek staje się inną osobą i kreuje własną postać, nie. Taką, dzięki której nikt niepożądany nie będzie miał do ciebie dostępu. Z drugiej strony to działa jak lustro weneckie. Szukam. Badam. Doświadczam.
Read More

środa, 1 maja 2013

niedziela, 21 kwietnia 2013

done

Za dużo marnotrawienia czasu, który jest w tym momencie tak cholernie cenny, że wymierające rysie to pikuś. Trzeba było coś z tym zrobić i znowu postawiłam wszystko na jedną kartę. Albo się uda, albo nie, ale przynajmniej podjęłam jakieś kroki. No i czekam na poprawę.
Jest godzina 17:00, a za oknem piękne słoneczko. Pomyśleć, że dwa czy trzy miesiące temu o tej porze było ciemno, zimno i nie chciało się nosa wyściubić zza drzwi domu. Okej, tylko zbliża się koniec roku i te dwie sprawy ze sobą raczej nie współgrają. Bo jak mam siedzieć w domu i zakuwać słówka z niemieckiego, kiedy na dworze wiosna rozkręca się w najlepsze? No nie da się, nie da. Pocieszający jest fakt, że niebawem weekend majowy. Połączony z maturami daje kilkanaście dni wolnego, których niewykorzystanie jak najmocniej byłoby po prostu grzechem. Do tego w głowie kłębią mi się myśli dotyczące małych zmian w moich czterech kątach i tych bardziej przyszłościowo-życiowych. Tak też się zadziało po wizycie wujaszka zza oceanu, który nakładł mi trochę do głowy pozytywnych rzeczy i generalnie wszystko reasumując, powiedział, żebym korzystała z życia, póki mogę i spełniała swoje marzenia, bo druga okazja może się nie nadarzyć. Zamierzam wcielić w życie wszystkie plany, które przyszły mi do głowy po tej rozmowie. Najbliższy cel? Prawko w ręku do 19 czerwca. Chociaż Pan Jarek i tak ostatnio śmiejąc się, stwierdził, że dłużej mnie nie chce trzymać i mam zdać jak najszybciej. Chyba się go posłucham. 
A mówiąc o instruktorach jazdy... Tak, ostatnio wspólnie doszłyśmy do wniosku, że to kolejna grupa zawodowa, która ma zajebiste życie. Pod kilkoma względami. ;)


Read More

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

let the revolution take it's toll


Och, życie!
Aż musiałam sprawdzić, kiedy ostatnio coś tutaj pisałam. 29 marca. Niby wcale nie taki duży kawał czasu, a wydarzyło się tyle, że mogłabym napisać tom jakiejś niesamowicie zawiłej sagi. Święta jak Święta, takie to dziwne wszystko. Śnieg? Rly? Przez parę godzin było śmiesznie, potem w sumie smutłam, bo po tak długiej zimie marzyłam o przyjemnym świątecznym spacerku, z zachodzącym słońcem, okularami na nosie i uśmiechem na buzi. No cóż, nie było mi to dane tego roku. 
Tak mi właśnie zleciał ten tydzień i parę dni. Święta, impreza urodzinowa, trochę rozruchu i znów weekend. I właściwe urodziny. I było bardzo przyjemnie. Chociaż nic się raczej nie zmieniło. Żadnych wielkich rewolucji z tym związanych nie planuję. No, chyba, że rewolucją nazwać można założenie sobie konta w banku i, tfu tfu, zdanie egzaminu na prawo jazdy. Ot, urodziny. Wszyscy wkoło je teraz obchodzą, żaden wyjątek. Ja nawet człowiekiem nerwowym nie jestem, żeby powiedzieć "wreszcie pójdę na piwo bez stresu, że zapytają o dowód" (który notabene mam już od początku gimnazjum, teraz to w sumie nawet już drugi). Fakt, jakaś większa przestrzeń się otworzyła, więcej możliwości, ale to tylko złudzenia jak mniemam. Life goes on. Było, minęło. Oby do wakacji.

osiemnastkowego stuffu część pierwsza


Read More

piątek, 29 marca 2013

I'm a lonely bo...


Powiem szczerze, że muszę niemalże odgrzebywać klawiaturę spod sterty pierdół, papierków i przeróżnych innych śmieci, które zalegają na biurku. A nie powinny. Niedawno obiecałam sobie, że będę żyć w porządku i ładzie, jak na miłą i przykładną licealistkę przystało. Muszę mieć równowagę życiową, żeby móc w przyjaznym otoczeniu oddawać się godzinom nauki. Tak, skończyło się na tym, że nie wiem, co gdzie mam, a ubrania i inne drobiazgi giną jeden po drugim. Zapewne są gdzieś za którymś kubkiem czy tam książką. Cholera, miałam zwinnie nawiązać do tego, że Wielkanoc za pasem, a ja nadal nie posprzątałam ani skrawka pokoju, a nie rozpisywać się na temat swoich złych nawyków. Zła Ala, zła.
Chodzi mi po głowie sprawdzenie siebie w nowym projekcie. Nie chcę mówić, o co chodzi, żeby nie zapeszyć, ale byłoby naprawdę fajnie, gdyby się udało. Nie wiem tylko, czy jestem na tyle odważna, by spróbować. Póki co nadal śpiewam w domowym zaciszu, wstydząc się z tym wyjść poza cztery ściany. Nadal robię wiele rzeczy, z którymi się nie ujawniam. To skrywanie części swojej osobowości jest całkiem zabawne. 

Powoli zawijam się do szorowania i zamiatania, ale zanim to nastąpi, to chciałam tylko życzyć wszystkim wszystkiego najlepszego, o. :)


PS. Tyle wrażeń w ciągu jednego tygodnia to dawka co najmniej zabójcza.
Read More

sobota, 23 marca 2013

one day baby, we'll be old


jak mi nie padnie komputer przed końcem pisania tego posta, to będzie 1:0 dla mnie

Wstaję rano (rano, 6:40), idę do kuchni spojrzeć na termometr. Kurwica mnie strzela, bo widzę 13 stopni pod zerem. Jak tu teraz doprowadzić się do porządku i z uśmiechem na ustach wyjść z domu za dwie godziny? No nic, szybka kawa, jogurcik, łazienkowe sprawy i przed dziewiątą byłam już poza domem. Ale przed jedenastą zaczęło się rozjaśniać. Wyszło słońce. I to wtedy, siedząc z farbą na głowie, zaczęłam rozkminiać, że w sumie, to ta minusowa temperatura ładuje mi akumulatory. Dzień był (i trochę poniekąd nadal jest) senny, ale teraz wreszcie czuję, że coś zaczyna. Coś dobrego. Chyba wiosna wreszcie zawitała w mojej głowie. Oby zagościła na długo. 


Starzeję się.
Read More