czwartek, 24 lipca 2014

HDI #1

   Home Decor Inspirations, czyli mała cząstka zapowiadanych przeze mnie zmian. Ci, którzy znają mnie dłużej niż miesiąc, wiedzą (a przynajmniej tak mi się wydaje), że wszelkie kwestie dot. dekorowania wnętrz, projektowania ich zawsze mnie interesowały, choć tutaj słowo interesowały ma dla mnie zbyt słaby wydźwięk. Miałam swój moment w życiu, kiedy całkiem poważnie myślałam o podjęciu stosownych kroków, by po maturze pójść na studia z tym związane. To, że wybrałam ekonomię, nie znaczy, że moje plany zostały spalone na panewce. Tak gwoli ścisłości - na wcześniej wspomnianym kierunku zamierzam wybrać specjalność gospodarowanie nieruchomościami. W głowie mieści mi się cała góra ambitnych kroków, które zamierzam podjąć, kiedy już sprowadzę się do tego Krakowa. Po uzyskaniu tytułu magistra chcę mieć zdobytą taką kombinację kierunków, że dam radę robić w życiu to, co sprawia mi przyjemność.

To tak słowem wstępu.


   Wracając jednak do tematów okołownętrzarskich, to przeglądając jak codziennie Facebooka, trafiłam na coś naprawdę... och! Był to fanpejdż pewnego bloga czy też strony (jak zwał, tak zwał) - house loves. Powiem szczerze, że na polskiej części blogosfery rzadko dane było mi znajdywać tak ciekawe "pozycje". Zaryzykuję wręcz stwierdzeniem, że bardzo rzadko. Od mniej więcej dwóch, trzech lat czytuję od czasu do czasu strony i blogi anglojęzyczne, ale nigdy nie przykuło mojej uwagi coś polskiego. A tu proszę, niespodzianka! Karolina dzieli moje pasje, ma trzyletnią córkę i, jak wspomina, przystojnego męża. "z zamiłowania jestem dekoratorem przestrzeni, wnętrz i grafikiem (...) kocham piękno, tak więc każdy rodzaj pięknego designu, typografi, DIY, dekoracji, fotografii czy jedzenia, staje się moją miłością" Gorąco polecam przejrzenie jej wpisów nawet wtedy, kiedy nie jesteście miłośnikami designu. Karolina w swoich wpisach zamieszcza przepiękne zdjęcia, na których patrzenie to czysta przyjemność.
Cóż, mam nadzieję, że spełniłam swoją misję i zachęciłam Was do zajrzenia w jej skromne progi. Na dokładkę dorzucam kilka zdjęć jej autorstwa.









Ściskam,
A.
Read More

środa, 23 lipca 2014

krótko i nie na temat

   Uczucie, którego człowiek doświadcza podczas burzy i walenia piorunów prawie w jego dom nie jest fajne. Nie jest też fajny brak prądu. Ja wiem, że to ten moment, kiedy najlepiej czyta się książki, kontempluje, wpada na genialne pomysły, ale zgrzytasz zębami, jeśli wyświetlacz Twojego telefonu wręcz krzyczy przeraźliwie, że stan baterii wynosi 6 %. A portkami trzęsiesz wtedy, kiedy uświadamiasz sobie, że Twój dom nie ma piorunochronu

   Skądś dochodzi do mnie śpiew Jamesa Blunta. Mówi, że jestem piękna. Żartowniś. Swoją drogą, do ludzi z Tomaszowa - jak Wam się podoba nasze nowe centrum miasta? I nie, nie będę teraz typowym cebulakiem, nie narzekam na wszystko, co tylko się nawinie. Ale... Kible na środku miasta... Serio? Dwie wielkie latryny zajmujące połowę placu centralnego. Naprawdę? Powiedzenie mojej mamy "tylko nasrać na środku i przyklepać" zdaje się być całkiem adekwatne. Proponuję wielki transparent na wjeździe do miasta z tymże napisem. Najlepiej tuż obok tablicy informującej o filli UŁ w Tomaszowie. Tak dumnie.


   Od pewnego czasu w głowie kłębią mi się pomysły dotyczące tejże strony. Biją się wzajemnie, by zdobyć moją uwagę. Długo je zbywałam, zawsze mając mnóstwo innych ciekawszych obowiązków, przyjemności, a tutaj nagle do mnie dotarło, że to wcale nie musi być takie złe. Co? Pewna zmiana, którą planuję wdrożyć w życie na przełomie września i października. Może ciut wcześniej, jeśli los dopomoże. Czym się kieruję? "Bycie nijakim jest jak bycie nikim". Tym. 
Read More

niedziela, 20 lipca 2014

mieszkanie, brak mieszkania, mieszkanie

   Z zamiarem napisania tego wpisu nosiłam się dłuższy czas. Chciałam o tym napisać, kiedy już wszystko będzie dopięte na ostatni guzik, kiedy wszystko będzie pewne. Słowem, kiedy dostanę klucze do mieszkania. Sprawy niestety potoczyły się trochę gorzej i obecnie znajduję się w jakimś życiowym zawieszeniu, czekając na szybkie rozwiązanie sytuacji. Dni mijają nieubłaganie, czasu coraz mniej, a trzeciej współlokatorki (tudzież współlokatora, co jak teraz myślę, byłoby całkiem dobrą opcją) nadal nie ma. W sumie, korzystając z sytuacji, zaanonsuję - gdyby ktoś był zainteresowany przestronnym lokum blisko centrum w Krakowie za porównywalnie niewielką cenę, odsyłam do wpisu z 18 lipca na moim prywatnym koncie. 

   Siedzę teraz w pokoju kuzynki na piętrze ich domu. Otoczona wszystkimi gadżetami, jakie typowa jedenastolatka posiada, wspominam sobie moje dzieciństwo. Och, jak bardzo dorośle teraz zabrzmiałam, doprawdy, do porzygu. Nic nie poradzę, że tęsknię za tymi czasami, kiedy uciekało się przed mamą, bo chciała zawiązać mi kitę z włosów, albo kiedy kotleta chowało się pod ziemniaki. Teraz żyję ze świadomością, że za mniej więcej miesiąc wyprowadzam się z domu. I nie chodzi mi o to, że nie chcę. Nie. Chcę bardzo i każdy, kto ostatnimi czasy (tu mam na myśli nawet kilka lat) przebywał w moim otoczeniu, wie, że to prawda. Po prostu zwykła, ludzka nostalgia mnie bierze, jak ten czas zachrzania, nie zważając na wszystko inne. Wracając do mieszkania i studiów, bo o tym dzisiaj chciałam, to chyba trafiłam całkiem nieźle.


   Jest środa, 16 lipca. Budzik wrzeszczy nieubłaganie, jakby chciał zbudzić wszystkich w promieniu dwóch kilometrów. Słysząc Carlosa Santanę, wzdrygam się mimowolnie i po omacku próbuję spojrzeć na wyświetlacz telefonu. 5:01, o nie, nie. Nikt mnie w wakacje nie zmusi do wstawania w środku nocy. Nie ma takiej mowy, opcji, czegokolwiek. Moje lenistwo spowodowało, że jedziemy z małym, półgodzinnym poślizgiem. Słońce piecze przez szybę, jakby chciało ze mnie zrobić kolejną porcję kurczaka z rożna w przydrożnych barach. Z zamkniętymi oczami dziękuję Bogu, że pozwolił narodzić się temu, kto wynalazł klimatyzację. (Google prawi, że pierwsze zarysy istoty klimatyzatorów pojawiały się już w starożytnym Egipcie) Czyżbym słyszała Poparzonych Kawą Trzy, lecących z głośników? Kojący dźwięk saksofonu niczym miód na moje uszy? Mamo, dziękuję Ci i kocham Cię za to, jaką playlistę przygotowałaś na dzisiejszą podróż. Tak mija kilkaset kilometrów, kilka godzin i mijamy zieloną, uwielbianą już przeze mnie tabliczkę z napisem "Kraków". Ha, teraz to dopiero wyzwanie. Słuchać się nawigacji, czy na czuja szukać celu? My, jak widać, miksujemy te dwie opcje, co skutkuje prawie godzinnym krążeniem po wąskich krakowskich ulicach (wspominałam już, że są nieziemsko urokliwe?), by potem szybko znaleźć się przypadkiem pod campusem Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie. Tętno zaczyna wariować, bo nadal nie mogę uwierzyć, że tu jestem, że tu będę spędzać niemałą ilość swojego czasu. No po prostu cudownie! Siedząc z wlepioną twarzą w szybę samochodową niczym dziecko przy witrynie sklepu z zabawkami, nie zauważam, że tata nieświadomie kieruje się w stronę wjazdu na campus, co dozwolone jest tylko dla pracowników i ludzi z kartą parkingową. Splot nieoczekiwanych wydarzeń powoduje znalezienie się naszej trójki na parkingu na terenie campusu wśród reszty samochodów, należących zresztą do wykładowców i innych ważniaków z aktówkami. Okej, w sumie czuję się jak sześć lat temu w Monako, kiedy grupą dzieci z pierwszej klasy gimnazjum weszliśmy do butiku Prady czy Versace i ostentacyjnie oglądaliśmy metki rzeczy droższych od auta moich rodziców. Pokrótce - czuję się dziwnie. 
Trzymając kurczowo w dłoni teczkę z wymaganymi dokumentami, dwoma zdjęciami w formacie dowodowym i długopisem, idę pewnym krokiem przed siebie, udając, że wiem, w którym kierunku powinnam zmierzać. Tak, skoro już zaparkowaliśmy jak ważniaki, zachowujmy się chociaż jak oni. Dobrze, wykażmy chociaż namiastkę wyższości. Bam, wszystko ucieka, kiedy znajduję się między namiotami jakichś organizacji. Po lewej chyba widzę studenckie radio, po prawej NZS i mnóstwo plakatów związanych z Obozem Beana, a przed sobą stoliki i ławki. Jest tam mnóstwo wystraszonych pierwszoroczniaków, wypełniających skrupulatnie jakieś papiery. Wszyscy się uśmiechają, pytają, czy nie potrzebuję pomocy. Nie, jest dobrze, chcę tylko wejść do odpowiedniego pomieszczenia, zdać wszystkie formalności i mieć to z głowy. Nie lubię być w centrum zainteresowania. Nadal wierzę, że to dobra decyzja. Stany nie uciekną, Setki lat stoją w miejscu, nie licząc nieznaczących ruchów tektonicznych, więc postoją jeszcze kilka miesięcy. Pokonuję trzy czy cztery schodki i znajduję się w kolejnym skupieniu zestresowanych młodziaków. Mama pyta, czemu jestem spięta, czemu szybko zaprzeczam, ale wiem, że jej nie przekonałam. Cóż, trudno. Jej, jak tu ładnie. Biały, lekko kremowy kolor ścian stapia się z jasnym parkietem na podłodze, który ma już swoje lata. I nie skrzypi, kiedy poszczególni ludzie wstają od stolików i zmierzają ku wyjściu. Zapatrzona w to stylowe wnętrze nie słyszę, jak ktoś mówi do mnie, jak mniemam, coś ważnego. Aha, jak zwykle musiałam coś schrzanić. Nie wzięłam jakiejś super mega ważnej teczki, którą rozdawał nie wiem kto w miejscu, o którym nie mam pojęcia. Kropelki potu zbierają mi się na skroniach, poziom adrenaliny zaczyna być podobny do tego, kiedy pierwszy raz przekraczałam mury Żeromszczaka. Muszę wyjść i to znaleźć. Przechodzę przez próg drzwi wejściowych i lekko zdezorientowana zastygam w bezruchu, bo wiem, że gdzie bym nie poszła, to i tak będzie zły kierunek. Dochodzi do mnie muzyka z głośników. Jakiś nowy hit radiowy. Nie wiem, kto to śpiewa, ale znam cały tekst. Jak zwykle. Szkoda, że tak szybko i łatwo nie chłonę potrzebnej mi do życia wiedzy. Wreszcie decyduję się iść przed siebie. Podchodzę do stolika, przy którym siedzi jakaś ciemnowłosa dziewczyna, która kiedy mnie zauważa, posyła mi serdeczny uśmiech, odsłaniający perfekcyjne, rażąco białe uzębienie. Myślę sobie, że pewnie niełatwo będzie uzyskać od niej jakiekolwiek informacje. I tu łapie mnie zaskoczenie, bo dziewczyna bez ani jednego mojego słowa mówi: "Tam rozdaje teczki ta w spódniczce, o tam. Widzisz? Weź od niej.". Odwracam się niepewnie i oczywiście moim oczom ukazuje się widok mnóstwa dziewczyn, ale każda jedna nosi spodnie. Tak, Alu, zawsze miałaś pod górkę, to czemu teraz miałoby być inaczej? Sama sobie odpowiedz. Zakręcam się między nimi, udając, że tylko oglądam. Nie mija minuta, kiedy podchodzi do mnie niższa o głowę blondynka i zaskakuje mnie krókim: "Proszę!" i po minucie już mam w dłoni potrzebną teczkę. Po jej wypełnieniu wracam do pomieszczenia ze stolikami. Ku mojej uciesze tata zajął mi miejsce w kolejce, więc mogę wyrzucić wizję stania godziny czy dwóch ze świadomości. Wreszcie ja. Pani w koszuli, której do bieli to już bardzo daleko, wyczytuje moje nazwisko, prosi o dowód i teczkę. Rozmowa nie trwa nawet pięciu minut. Na koniec słyszę: "Gratuluję Pani, witam wśród studentów pierwszego roku Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie na kierunku ekonomia". Czuję się zajebiście dumnie. Tak dumnie, że wychodząc, zapominam o tacie, który zostaje w tyle.

Reszta następnym razem. Dam Wam żyć. Chociaż mamy wakacje, po co to życie oszczędzać, co? Mimo wszystko... Jest trzecia w nocy, oczy mi się same zamykają. Dobranoc.

PS Tak bardzo się cieszę z nowej domeny! Serdeczne dzięki dla Macieja za pomoc. Jesteś niezastąpiony!


Ściskam,
A.
Read More

środa, 9 lipca 2014

żyję i mam się świetnie


Hoł, hoł, hoł. Ach ta wysławiona fraza wśród blogerów z zaburzeniami w częstotliwości zamieszczania postów - dawno mnie tu nie było. Cierpię na tę "chorobę" od jakiegoś czasu i ciężko mi się z niej wyleczyć.
Co jest? Ha, podczas mojej nieobecności zdążyłam zdobyć pracę, pracować kilka tygodni i nie mieć pracy. Zdążyłam dowiedzieć się, jakie wyniki przyszło mi mieć z egzaminów maturalnych. W końcu - oczekiwać na wyniki rekrutacji. A te już pojutrze. W duchu wierzę, że los zechce mi sprzyjać i wyrzuci mnie na głęboką wodę. Krakowską wodę w Wiśle.

Co więcej? W głowie siedzi mi pewien, nazwijmy to górnolotnie, projekt. Jednak dużo wysiłku i czasu minie, zanim cokolwiek się tutaj pojawi. Mam dużo zapału i obecność moich ambicji tylko napędza turbiny działania. Gdzieś w zakamarkach wyobraźni urodził się ten pomysł i mam nadzieję, że wszystko pójdzie zgodnie z planem.

Kilka dni temu stałam się właścicielką Kindla. Dzięki temu wzmożyła się moja chęć czytania i stąd moje pytanie - polecacie jakieś dobre książki? 
Idąc za ciosem polecania - jakieś fajne, ciekawe czy przydatne aplikacje na iOS?


Take care!
A.
Read More

wtorek, 3 czerwca 2014

“To travel is to live.”

   Słowa zawarte w tytule napisał sam Andersen w swojej autobiografii. Wystarczająco krótkie, by zmieścić się w tytule. Mocne zarazem. Bo każdy szuka swojego miejsca na Ziemi. Jednym zajmuje to więcej czasu, innym mniej. Są też tacy, którzy poświęcają na tę czynność całe swoje życie. Zastanawiam się, do której grupy ludzi się zaliczam i dochodzę do wniosku, że na razie aspiruję, by być tą, która do końca życia będzie żyć na walizkach. Zabawne, bo sama zrezygnowałam ze swoich planów posiadania biura turystycznego na rzecz posiadania rodziny i stałej sytuacji życiowej. No, ale wybiegam zdecydowanie zbyt daleko w przyszłość. Chciałabym mieć pewność, co zjem jutro na obiad, a co dopiero mówić o życiu po studiach.
Wiem natomiast, co robiłam w minionym czasie. Przez kilka dni w maju wstawałam zdecydowanie zbyt wcześnie, zdecydowanie ze zbyt dużym luzem szykowałam się przed lustrem, by potem pójść na zdecydowanie zbyt rozdmuchiwany egzamin, jakim jest egzamin maturalny. Z perspektywy czasu patrząc, matura to nic. Naprawdę. Starsi znajomi mówili mi to samo, ale puszczałam te słowa mimo uszu, a teraz sama je powtarzam. To było jak kilka większych sprawdzianów. Sęk tkwi w tym, że jak zawalisz sprawdzian, to przy najgorszych wiatrach nie będziesz go mógł poprawić i w efekcie zostaniesz z jedynką i mało pobłażliwą miną nauczyciela. Jeśli zawalisz maturę, to... zawalisz sobie plany dot. studiów i możliwe, że cały najbliższy rok. Wybór należy do Ciebie, przyszły maturzysto. Z mojej strony radzę się po prostu nie spinać i wykorzystać te kilka ostatnich miesięcy jak najlepiej. Matura to bzdura! Owszem. Ale to i tak nie zwalnia Cię od napisania jej jak najlepiej. Dla siebie. Nie dla mamy, taty, babci czy nauczyciela. CHOLERA, pora porzucić ten moralizatorski ton i wspomnieć o... wakacjach. 


   Pamiętam, jak jakieś trzy, może cztery, tygodnie temu któraś z dziewczyn rzuciła pomysł wspólnego wyjazdu. Brzmiało to wtedy tak abstrakcyjnie jak fakt, że te matury kiedykolwiek się skończą. Ale one się skończyły. 23 maja o godzinie mniej więcej 11:00 usłyszałam, że maturę ustną z języka angielskiego odwaliłam na 100 %. Wtedy zeszły ze mnie resztki ciśnienia i mogłam zacząć w pełni myśleć o tym, że tego samego dnia kilka minut po 22:00 odjeżdżam z Dworca Kaliskiego do Kołobrzegu. I pojechałyśmy. Z tego miejsca chcę gorąco pozdrowić pewnego faceta, który jechał tym samym PKS-em. Historia jego życia, opowiadana przez telefon przez przeszło pięć godzin była na tyle fascynująca, że Ilona Łepkowska nie powstydziłaby się użyć jej w jednym ze swoich seriali. "Robiła więcej lodów niż Algida" zostanie w mojej pamięci na długo. "Wiesz, ja też nie jestem święty. Od zera do bohatera" będzie brzmiało w moich uszach w chwilach porażek. A teraz serio - jeśli jakimś cudem to czytasz, to chociaż powiedz, jak Ci się z tą dziewczyną układa :)
A potem dojechałyśmy. Pogoda w kratkę, co nie przeszkodziło mi się spalić, cierpieć i dawać się spryskiwać Panthenolem. Było słońce, piasek. Był deszcz i wiatr (choć w sumie to mało powiedziane zważając na fakt, że pewnego popołudnia widziałam urwane konary na samochodach). Były nowe znajomości, były nowe miejsca. Były tosty na śniadanie, obiad i kolację. Były rowery, siłownia. Były setki kalorii spalone przez śmiech, bo jak się w takim towarzystwie nie śmiać. Do bólu :) Był i Saksofon. I nie byłabym sobą, gdybym do niego nie poszła przynajmniej raz. Szkoda, że okazał się klapą. Zajebistą klapą.
Resztę zostawię dla siebie, dla nas. Bo jak to mówią - what happens in Kołobrzeg, stays in Kołobrzeg. A zadziało się dużo... ;)

PS Ktoś w komentarzu pytał o moją historię bycia Au Pair. Niestety została odłożona w czasie o rok. Dlaczego? Na tę decyzję złożyło się mnóstwo czynników, ale głównym była chęć rozpoczęcia studiów i świadomość, że wracając kiedyś ze stanów, będę miała w istocie do czego. Do jakiegoś mieszkania, które będzie na mnie czekało w Krakowie i do studiów, które już będą rozpoczęte.

Read More

wtorek, 13 maja 2014

5 bubli minionego miesiąca

   Cześć, dawno mnie nie było. Ta, matury. Przynajmniej tak mówią wszyscy dookoła. Ale jedźmy z tym koksem. Postanowiłam ulec modzie na wszechobecne "tagi", które chyba bardziej popularne są na YouTube, ale i posta można z tego zrobić. Jako że nie jestem normalna i się z tym nie kryję, moja interpretacja będzie pół żartem, pół... serio.

1. Po pierwsze - kebaby. NIE TYKAJCIE ICH PALCEM, mogą odbić się czkawką. Potwierdzone info.
2. Miejsce drugie - nigdy nie wiesz, kto jest po drugiej stronie. Albo inaczej. Nigdy nie wiesz, z kim jest ktoś po drugiej stronie. Tutaj mogę jednak dodać, że efektem ubocznym może być spazmatyczny śmiech.
3. Magiczna trójka - zdanie sobie sprawy, że Twoje nazwisko jest bardziej popularne, niż Ci się, cholercia, wydawało.
4. Tuż za podium uplasowało się... CKE! Nadal staram się być kulturalna i nie bluźnić. Doceńcie to.
5. Na ostatnim, ale jakże zaszczytnym miejscu... miała znaleźć się wzmianka o jakości filmiku, jako że pierwotnie był to pomysł na vloga, ale że wyszło, jak wyszło, to mogę tutaj dać - mojej koleżance wydawało się, że w tym roku dostanie się na medycynę. I MA RACJĘ! Wydawało się jej.


Natchnęło mnie do zrobienia tagu o tym, co mam w worku zwanym torbą, ale podkopałabym sobie tym wszystkie nadzieje na to, że ludzie biorą mnie za kobietę z klasą, inteligentną i uczoną... Zaraz. Kogo ja próbuję oszukać? No, to ten tag też pewnie niedługo tu zawita. A Wy się kochajcie, mnóżcie, uczcie, karmcie, myjcie, a ja idę poczytać coś o minerałach. O taaak, taaakie ciekawe.
Read More

wtorek, 1 kwietnia 2014

not so april fools' day

   Myślałam, że 1. kwietnia będzie dniem śmiesznym, ubaw po pachy, żarciki i takie tam. Tymczasem potwierdziły się moje obawy. Zacznę jednak od początku. Cztery (albo trzy) lata temu zainwestowałam pewną pulę pieniędzy w jeden z lepszych sposobów, w jaki można to zrobić. Kupiłam coś, co się zwie iPod Touch i swojej decyzji nie żałuję. Nie będę rozwodzić się nad zaletami i wadami tego sprzętu, bo nie o to mi tutaj chodzi.
Kupował z Was ktoś kiedyś jakieś coś i zaproponowano Wam przedłużoną gwarancję? Nie? A mi tak. Zgodziłam się. Okej, wiem, są zwolennicy i przeciwnicy takich usług, ale mnie niestety pan z RTV Euro AGD dość mocno do tego przekonał i propozycja stała się faktem. Całe cztery (albo trzy) lata zielone cudeńko (bo tak na iCoś wszyscy dookoła mówią) działało bezproblemowo i naprawdę polecam jego kupno. Przyszedł jednak dzień, w którym skorzystanie z wykupionej przedłużonej gwarancji stało się konieczne. Przewertowaliśmy z tatą internety wzdłuż i wszerz w poszukiwaniu wskazówek, jak poprowadzić rozmowę z konsultantem Ergo Hestii (która nota bene jest nagrywana), by wyjść na tym jak najlepiej. Fakt faktem, że to tata miał być tą osobą, która miała z nim rozmawiać, ale ja czułam nie mniejszą presję i stres przed odrzuceniem zgłoszenia. Nie skłamię, kiedy napiszę, że sklejanie gotowych zdań w głowie przypominało przygotowywanie się do jakiegoś egzaminu (ciśnie mi się na usta do matury ustnej z języka polskiego, ale chyba nie chcę jeszcze podejmować tego tematu na łamach bloga, zbyt wcześnie). Jak już byliśmy względnie gotowi, tata wykręcił numer i "poleciało". Oczywiście trzymając się wskazanych formułek, rozmowa przebiegła sprawnie, miło i dość szybko. Zadziwiająco sprawnie, miło i szybko. Co dalej? Zdjęcie szkody i numer seryjny wysłane na mejla miały zakończyć pierwszy etap POMYŚLNEGO rozpatrzenia sprawy. Co się okazało? Namolny pan konsultant wydzwaniał dzisiaj do mojego rodziciela z pretensjami z dupy wziętymi, cisnął jakimiś informacjami jak z kałasznikowa, żeby na koniec powiedzieć, że sprzęt zostanie wysłany do Bielska-Białej, do serwisu. Równa się to temu, że będzie to regularna naprawa, a nie skorzystanie z usług przedłużonej gwarancji od przypadkowych uszkodzeń. Dlaczego?  Bo mój tata w ferworze rozmowy nie użył słowa klucza, jakim było przypadkowe uszkodzenie. Dalsza część telefonicznej konwersacji była tylko jeszcze bardziej irracjonalna i bezsensowna.
Uchybienie uchybieniem, pomyłka pomyłką, ale wiem, że wszystkie opinie w Internecie na temat szanownych państwa z Ergo Hestii są prawdziwe. Banda pijawek. Jeszcze bardziej denerwuje mnie myśl, że znajomi przedłużający swoje gwarancje w innych firmach nie mieli takich sytuacji i wszystko przebiegało u nich jak najbardziej pomyślnie. No ale niektórym zawsze wiatr w oczy. Nie wiem, co będzie dalej. Jak znam życie, to sprzęt przesiedzi w "serwisie" bez mała miesiąc, po czym przyślą mi go pewnie na mój koszt w niezmienionym stanie. Meh...

   Ale teraz coś, na co czekałam od dawna i wreszcie się zdecydowałam. TATUAŻ :) Malutki, prosty, ale jest. Wracając z Igą koło pierwszej nagle wpadł mi do głowy ten pomysł, sprawdziłam stan gotówki w portfelu i razem z moim mentalnym YOLO zrobiłam to. Mina Gepasa była niewyjęta (dam sobie rękę uciąć, że myślał, że żartuję), kiedy wpadła baba z ulicy z uśmiechem na twarzy, że chce dziarę. Chociaż "dziara" to chyba zbyt duże słowo. Jak wspomniałam - mały symbolik, ale cieszy. Zdjęcie wrzucę, jak tylko spadnie opuchlizna (chociaż nie jest ona duża, co mnie też zdziwiło). FOTAŁKA Z SALONU :)

Tymczasem uciekam do auta i lecę załatwić parę spraw. 
Stay tuned!

A.
Read More