niedziela, 17 listopada 2013

powoli do przodu

   Weekend się kończy, czasu coraz mniej, spraw do załatwienia coraz więcej. Ale olałam na moment, żeby coś tutaj zamieścić. Sprawy związane z Au Pair zajmują mi głowę prawie tak bardzo jak stres szkolno-maturalny. Au Pair to Ziemia, a ja to Księżyc. Nieodwracalnie, cyklicznie, w kółko.


   W sobotę przed 11:00 wyjechaliśmy do Łodzi na spotkanie w Cultural Care Au Pair. Myślałam, że się spóźnimy, ale ostatecznie dotarliśmy przed czasem. Niecałe dwie godziny minęły bardzo fajnie, prowadząca - była operka - mówiła ciekawie, chociaż większość informacji i tak już miałam gdzieś tam zdobytych po przetrzepywaniu for, blogów i innych. Małe interview, uściśnięcie ręki i po wszystkim. Jedno jest pewne - zdecydowałam się. Jadę. Lecę. Dzisiaj nawet zaczęłam wypełniać swoją aplikację online, ale nie sądziłam, że to zajmuje tyle czasu. Jestem dopiero ciut za połową. 

Ach, nie mogę się doczekać!


Lecę wziąć prysznic i zrobić coś z tym cholernym niemieckim. Ugh, czemu to tak zatruwa życie?

A u Was jak, operki?
Read More

środa, 6 listopada 2013

choices

   Po powrocie ze szkoły czekała na mnie niespodzianka - prospekty z dwóch agencji Au Pair, które przyszły pocztą. W sumie nie taka niespodziewana ta niespodzianka, bo sama je zamówiłam kilka dni temu.
Od kilku dni mam wahania samopoczucia i ogólnego zdrowia. Tak też było dzisiaj (i poniekąd nadal jest), ale kiedy zobaczyłam te dwie biało-różowe koperty wielkości mojego zeszytu od matematyki, musiałam je od razu otworzyć. Kiedy na początku roku zapisałam się elektronicznie na spotkanie z byłą Au Pair z Cultural Care, koperta zawierała jedynie coś w rodzaju pisemnego podziękowania za chęć wzięcia w nim udziału. Teraz oprócz tego dostałam kilka ulotek, list i szczegółowy opis spotkania. Bardzo miła zmiana - kolejny powód, by kierować się w stronę CC przy wyborze agencji. Au Pair in America oprócz tego włożyło do koperty ulotkę z opiniami byłych operek.
   Zdaję sobie sprawę, że to chwyty marketingowe (które zresztą nieźle im wychodzą), ale niektórym takie drobiazgi ułatwiają podjęcie decyzji. Mi chyba nie za bardzo. Po małej lekturze tego, co tam znalazłam, mam niezły mętlik w głowie.

DECISIONS ○ DECISIONS  DECISIONS

  Ale żeby wyjechać, to muszę skończyć szkołę. A żeby ją skończyć, to muszę się uczyć, dlatego już mnie tu nie ma. Geografio, nadchodzę.




Read More

sobota, 2 listopada 2013

bliżej, bliżej, coraz bliżej

   Au Pair to temat rzeka. To też temat koło, bo powtarza się cyklicznie co jakiś czas, w kółko mącąc w mojej głowie.

Kiedy?
Teraz?
Może po licencjacie?
Co z tęsknotą?
A rodzina?
A jeśli mnie nie polubią?
A jeśli będę chciała tam zostać?

Takie pytania nawiedzają mnie niemalże codziennie. Męczą, ale posiadanie na nie odpowiedzi jest ważne, jeśli chce się zrobić krok na przód. W którymkolwiek kierunku - czy to do Krakowa, czy nieco dalej, za ocean.

   Na samą myśl jestem przerażona, ale i niezwykle podekscytowana. Znów wkręciłam się w tematykę au pairową. Do tego stopnia, że znajdując odpowiednią datę w terminarzu spotkań z przedstawicielem agencji, umówiłam się na jedno w Łodzi. Za niecałe dwa tygodnie. Pomimo, że wiem, czego mogę się spodziewać (byłam na takim spotkaniu już w lutym), muszę w nim uczestniczyć. Obecność na takim spotkaniu jest obowiązkowa i ma ważność jednego roku, licząc 12 miesięcy do daty wylotu. 

No właśnie - data wylotu. Rozpatrywałam wiele opcji. Od początku czerwca po koniec sierpnia. Najprawdopodobniej będę chciała wylecieć w lipcu, żeby jeszcze na spokojnie odebrać swoje świadectwo maturalne. 

Są ludzie, włączając do tej grupy moją mamę, którzy twierdzą, że najlepszym czasem na wylot byłoby tuż po ukończeniu studiów. Ale to za daleko, za dużo czasu. Za dużo zdarzeń mogłoby mieć miejsce, które mogłyby mieć jakiś wpływ na moje dalsze losy. Zdecydowanie wolę zrobić to teraz. 

Rodzina? Jasne, że będę tęsknić. Zawsze tęsknię. Nawet, kiedy opuszczam dom na tydzień. Mówiąc o Au Pair, mamy na myśli przynajmniej rok. Żyjemy w dobie Skype czy chociażby telefonów. Wydawałoby się, że w takim wypadku o tęsknocie można zapomnieć. Nic bardziej mylnego, że tak polecę Radkiem z Polimatów.

Jeśli hości mnie nie polubią, zmienię ich. Odpowiedź jest prosta, ale wykonanie trudniejsze. Każdy, kto zagłębiał się w tematykę, wie, że ta kwestia jest ciężka do poruszenia przy host rodzinie. Pomimo wszystko to sytuacja, kiedy mówisz im, że ich nie chcesz. Dla mnie byłoby to trudne.

I kwestia pozostania dłużej niż rok czy dwa. Ciężka. Nie do rozpatrzenia w dwóch zdaniach. Marzenie.



"... i żebyś cudze dzieci niańczyła!"
Read More

niedziela, 27 października 2013

pure sunday morning

   Cóż, dzień jak co dzień. Zauważyłam jedynie, że maturalne weekendy różnią się nieco od tych wcześniejszych. Ale nie o tym dzisiaj...
 
   Temat nie jest adekwatny do godziny, o której ten post został opublikowany. A to dlatego, że w sumie piszę go od rana. Piszę, kasuję, piszę, kasuję. Skończy się pewnie na tym, że zostaną same zdjęcia.
Wyjątkowo ciepło dziś. Pamiętam, że dokładnie rok temu na ulicach leżał śnieg, dużo śniegu. Jeśli nie pamiętacie, odkopcie jakieś zdjęcia. Naprawdę tak było. Tymczasem dzisiaj, 365 dni później, siedzę przy otwartym na oścież oknie, piję poranną kawę, zbieram się w sobie, żeby w końcu sięgnąć do książek.


   A w tygodniu był Kraków. Miasto, jakkolwiek inni sądzą (mam na myśli stwierdzenia, że niby przereklamowane), magiczne. Za dnia, w nocy, w centrum i poza nim. Długo się zastanawiałam, czy jechać. Nie dlatego, że nie chciałam odwiedzić go po raz kolejny. Z innych powodów. Koniec końców pojechałam. I nie żałuję, ani trochę. W środę przecież był upał, wszystko błyszczało w promieniach słońca i aż chciało się chodzić po krakowskich ulicach. No, z tym może lekko przesadzam, bo ciężarna przewodniczka przetyrała nas trochę i koło szesnastej już nam się nie chciało. But still, było pięknie. I śmiesznie. I zdjęcia też wyszły piękne (ekhm, Dario :)).
Najlepszy punkt wyjazdu trwał jednak tylko niecałe 15 minut... Spotkanie EBI po dwóch i pół czy tam trzech i pół roku (licząc zależnie od początku mojego obcowania na bh90210-forum.pl czy na degrassirpg.ok1.pl, które /reklama/ obecnie funkcjonuje pod adresem drpg.aaf.pl). Olcyś, szykuj się. Teraz Twoja kolej :D




Read More

czwartek, 10 października 2013

kreatywnym łatwiej w życiu

   Ile to ja czasu zmarnowałam na poszukiwania swojego idealnego, wymarzonego, wymyślonego w głowie perfekcyjnego notatnika/kalendarza/organizera czasu... Mnóstwo i zdecydowanie za dużo. Empiki, Matrasy, Pinokie, Wszystko Po Cztery Złocisze też prześledzone wzdłuż i wszerz. Kiedy okładka już łapała się gdzieś w widełki "jest OK", to po otworzeniu i zobaczeniu, co jest w środku (ohydne kartki, mało miejsca do zapisania danej rzeczy w konkretnym czasie, generalnie mogiła), znowu odkładałam go na półkę ze zrezygnowaniem. Serio. Obiecałam sobie, że w tym roku nauczę się wreszcie gospodarować czasem, a do tej pory nie miałam namacalnej rzeczy, która by mi w tym pomogła.



   I wtedy z pomocą przyszła mi Alina z Design Your Life. W jednym ze swoich wpisów opisała dokładnie te same spostrzeżenia co ja - nie mogła znaleźć dla siebie kalendarza. Co więc zrobiła? Ano zrobiła sobie go sama. 
   Postanowiłam pójść za jej ciosem. Z tym, że mi było łatwiej - Alina zamieściła na końcu swojej notki przykładowe projekty stron kalendarza, które wystarczyło wydrukować. Czymże jest jednak kalendarz bez okładki? Niczym, dlatego trzeba było ją "stworzyć". Chociaż słowo trzeba jest niezbyt odpowiednim, bo to świetna zabawa. I to, co powtarza autorka DYL - kalendarz (czy jakkolwiek można to nazwać) staje się naszym własnym, jedynym, personalnym tworem. 







   Jak to powstało? Gotowy szablon wydrukowałam obustronnie na formacie A4, gotowe kartki  pocięłam na własnej gilotynie do papieru i zdjęć, a potem tylko do punktu bindowania z gotowymi kartkami i projektem okładek na pendrivie. I tego momentu obawiałam się najbardziej. Bałam się, że ktoś nieporadny (albo chociażby niechcący) coś spierniczy. Poprosiłam panią, by wydrukowała mi przednią i tylną okładkę na ładnym, grubszym papierze. Jak się okazało później, papier był grubszy, ale nie na tyle, żeby spokojnie mógł pełnić rolę ochronnej okładki dla giętkich kartek w środku, dlatego pani sama zaproponowała, że po obu stronach założy sztywną przezroczystą folię. Jest też małe niedociągnięcie - babeczka źle ustawiła marginesy i tylna czerwona grafika jest wyrównana nie do tej strony, do której powinna być.

   Po jakichś 15 minutach dzierżyłam dumnie w dłoniach moje 230-stronicowe dzieło. Nie jest to jakość Oxfordu za 50 zł, ale niewielkim kosztem (łącznie kosztowało mnie to może 10 zł) mam coś, co spełnia moje oczekiwania i, mam taką nadzieję, będzie mi dobrze służyć i pomoże mi się wreszcie ogarnąć :)
Category:
Read More

wtorek, 8 października 2013

poniedziałek, 7 października 2013

half birthday

   Nienawidzę zawalać całego weekendu na naukę, żeby obudzić się w nocy i dowiedzieć, że bierze mnie jakieś choróbsko. Odbiera mi to wszystkie pokłady motywacji na nowy tydzień. Nie inaczej jest dzisiaj.
Szczęście w nieszczęściu, że E. przypomniała mi o moim dzisiejszym "święcie", przez co cały dzień śmieję się pod nosem i czekam, czy ktoś oprócz niej wpadł na tak dziwny tok myślenia :)

   Do głowy wrócił mi pomysł kupienia tej jednej jedynej Zara Office Bag (nazywanej również Zara City Bag). Nie jestem żadną modową blogerką, "fashion victim", ani nic w tym rodzaju. Nie podążam za modą (o ile mnie pamięć nie myli, na którejś ze stron wyczytałam, że ta torba to sezon A/W 2012/2013, co mówi samo za siebie, jak śledzę trendy), nie. Po prostu cholernie mi się ona podoba, odkąd zobaczyłam ją u Zoelli (kliknij, a zobaczysz, co mnie w niej zauroczyło). Jest prześwietna, przepakowna, przeprzeprze. Cena jedynie rzuca na kolana.


   Niebawem szykuje mi się też małe Study Nook Makeover. Wszystko w swoim czasie. Zobaczymy, kiedy znajdzie się trochę czasu, żeby wyskoczyć na zakupy i kupić to i owo.
Wiem też, że chcę pisać częściej. Czy mi się uda - tego nie wiem. Czasu jest mało, bo i więcej się uczę ostatnimi czasy, ale zdaję sobie sprawę, że jak się chce, to można.
Read More