piątek, 12 października 2012

I want it all!

Mieliście kiedyś takie uczucie, takie małe coś w głębi Waszej duszy, co daje Wam ogromną moc? Czuliście kiedyś, że możecie przenosić góry? Alpy, Himalaje i Kordyliery na raz? Nie wiem, skąd się to bierze, ale uwielbiam postrzegać świat w ten sposób. To tak jak iść chodnikiem wzdłuż jezdni w rytmie muzyki, która wybrzmiewa ze słuchawek odtwarzacza muzyki i czuć się jak bohater rodem z kasowego teledysku zza oceanu. Czujesz, że mimo przeciwności losu z każdej możliwej strony i mimo podrzucanych kłód pod własne nogi możesz zrobić wszystko. Możesz przesuwać horyzonty prawie tak dobrze, jak robi to Martyna Wojciechowska. Uśmiech nie schodzi z ust cały boży dzień, a każda napotkana osoba posądza o chorobę natury psychicznej. A Ty po prostu masz dobry dzień. To zabawne, kiedy wszyscy dookoła przeżywają swoje cyklicznie pojawiające się jesienne depresje, ale nie Ty. Naprawdę nie wiem, czy to sprawka tego jednego, marniutkiego plusika z fizyki, czy kilku wspaniałych i bliskich mi ludzi, czy może jednak przetarta z kurzu dyskografia Queen. Nawet nauczyciele są mniej uciążliwi. A może to po prostu piątek? Mam nadzieję, że zdołam przesłać trochę pozytywnych fluidów przez ekran niektórym z tych, którzy powzięli się na przeczytanie piątkowych wypocin. Ściskam mocno, mocno, z mnóstwem entuzjazmu na weekend. Niech Freddie będzie z Wami. :)

Read More

wtorek, 9 października 2012

sign your name

To naprawdę zadziwiające jak ludzie potrafią się zmienić. Tak diametralnie, nie do rozpoznania wręcz. I nie mówię tu o wyglądzie zewnętrznym, bynajmniej. Mi zostaje tylko stać z boku i z półuśmiechem na twarzy  przyglądać się szopce, która jest rozgrywana na naszych oczach. Ale czy na szopkę nie za wcześnie, toż to nawet Adwentu jeszcze nie ma. Niby kazano pomagać zagubionym, ślepych naprowadzać i te inne, ale to taki rozkoszny widok, kiedy ktoś na własne życzenie wywraca się na skórce od banana, którą sam sobie podłożył paradoksalnie.

Ostatnie miesiące sprawiły, że wyzbyłam się pewnych omamów co do niektórych kwestii. Ludzie to suki, tylko niektórzy dobrze się kryją. Uczą się funkcjonować w tym chorym społeczeństwie, żeby jakoś sobie radzić w życiu. I do każdego podchodzić powinno się chociażby z minimalną rezerwą. Niestety, ale niepewności uczy się na bieżąco.
Ale to nie znaczy, że nie otaczają mnie wspaniali ludzie. Ależ owszem, jest wokół mnie kochająca rodzina i mnóstwo świetnych osób, którym dziękuję niezmiernie za to, że są. Jednakowoż nie zmienia to mojego poglądu. Obecnego poglądu, bo co będzie kiedyś.... Tego nie wie nikt. 

Read More

czwartek, 20 września 2012

never give up

Kamieniołomy w Drugim czas zacząć po raz drugi. Zesrać się wszyscy chcą, a co drugi nie potrafi nawet wzbudzić respektu w uczniach wobec własnej osoby.
Mój przerost ambicji oby nie skutkował tym, co wydarzyło się rok temu. Bo to już nie ten czas, żeby się poddawać, czyż nie?

I zastanawia mnie ta jedna, jedyna kwestia. Dziwnie uczucie być czwartym kołem w trójkołowcu. Albo zmieniamy pojazd, albo potoczę się w swoją, inną stronę.
Read More

piątek, 7 września 2012

Our time is running out!

Wakacje szybciej się skończyły, niż zaczęły, a rok szkolny przyszedł, jak z bicza strzelił. Po raz kolejny obiecuję sobie pilną naukę z dnia na dzień, imprezy tylko w weekendy, a Internet w ograniczonych ilościach. Jak znam życie, będzie jak zawsze, czyli wszystkie moje ambitne plany spalą się na panewce. Tylko ten czas biegnie tak nieubłaganie. Jeśli by spojrzeć na własne zdjęcie sprzed roku, to zobaczy się zupełnie inną osobę. A co dopiero rok czy dwa wstecz... Za rok zapewne będę jeszcze inna. Może ta refleksja o przemijaniu jest wynikiem zdarzeń z ostatnich dni, ale jest cholernie słuszna i wszystko, co w niej zawarte to prawda.

Miś Yogi, czyli najbogatsza skarbnica myśli na życie:

"Nic nie jest skończone, dopóki się nie skończy."

Read More

czwartek, 23 sierpnia 2012

czwartek, 16 sierpnia 2012

wtorek, 14 sierpnia 2012

good days come and good days go


Ohh God, co to były za intensywne tygodnie! Podróż do Świnoujścia była dość ciężka pomimo, że zupełnie przypadkiem ominęliśmy końcowe korki, które ciągnęły się kilometrami aż do samej przeprawy promowej na wyspy. Pogoda średniawa, ale nawet to nie przeszkodziło mi w kompletnym spaleniu sobie pleców i ramion. Drugi i ostatni dzień plażowania zaowocował ogromnym bólem i szukaniem na gwałt apteki, bo bez Panthenolu nie szło wytrzymać.
Miasto jak miasto, trochę trącało miejscem wypoczynkowym, ale o 22:00 wszystko cichło, bo Niemiaczki pod osiemdziesiątkę są przyzwyczajeni do wczesnej ciszy nocnej. A że stanowili oni blisko 80 % turystów, to wiadomo... KLIENT NASZ PAN. Jedynie wyciszona dyskoteka na piętrze jakiegoś budynku miała rację bytu w takiej sytuacji. Na promenadzie dużo przeróżnych grajków na harmonii, flecie, grzebieniu, Indianin śpiewający z playbacku, przystojny saksofonista, ale i dziewczyny z Top Toys się znalazły. Powiedziałabym nawet, że to one robiły największą furorę.
Były Międzyzdroje, Dziwnów, Ahlbeck i inne ciekawe miejscowości. Tydzień minął jak z bicza strzelił, ale to nie koniec. Berlin. Kolejna ciężka podróż, bo nieco ponad 200 km pokonaliśmy w przeszło pięć godzin. Wszystko przez to, że wcześniej wspomniana narodowość niemiecka wyruszyła w sobotę do Polski. Dziwić im się? Zarabiają 20 euro na godzinę, to na ich miejscu też bym ściągała do Polski i za piwo płaciła pięć razy taniej. Autostradami, obwodnicami, leśnymi trasami dotarliśmy do prześlicznej dzielnicy Berlina - Konradshöhe. Otoczona lasami, jeziorami i kanałami okolica zupełnie nie przypominała Berlina ze zdjęć, filmów. Tego samego popołudnia wybraliśmy się z ciocią i wujkiem na spacer wzdłuż jeziora. Z jednej strony nadwodnie posiadłości, z drugiej prywatne pomosty odgrodzone kawałkiem siatki i furteczką. Gdzieniegdzie małe kutry, łodzie, wędki.
Następne dwa dni to intensywne zwiedzanie. Najpierw wujek zrobił nam dwugodzinny objazd samochodem, żeby później wysadzić nas w centrum i pozwolić nam zwiedzić wszystko samemu, zrobić dużo zdjęć, przekąsić coś niedaleko Sony Center. Niestety czas nie pozwolił zwiedzić nic innego oprócz flagowych miejsc Berlina - Brama Brandenburska, Alexanderplatz, East Side Gallery, Checkpoint Charlie, Holocaust-Mahnmal, Plac Poczdamski, Urząd Kanclerza Niemiec, Reichstag, Hauptbahnhof, a berlińskie zoo widzieliśmy przejazdem. To były dwa ciężkie dni, ogarnięcie komunikacji miejskiej sprawiło nam tyle frajdy, że sami nie mogliśmy się sobie nadziwić. 
Zdjęcia częściowo są już na Facebooku, większość jednak jest jeszcze tylko na dysku komputera. Przy wolnym czasie zarzucę Was tutaj foto sprawozdaniem.

A Wam jak mijają wakacje? :)
Read More