niedziela, 13 marca 2011

something new

Dobra, może to pomysł irracjonalny. Może to nie wypali. Zamierzam nagrywać podcasty. Tak mnie ciągnie do pracy w radiu... Głos mam nieradiowy, szkoda, ale tu się będę odsłaniać, o. Najpierw naprawię mikrofon, bo mi kabelki poszły.
Miało być o uczuciach. Jak się czuję? Źle, bo jest trzynasty i jutro jest poniedziałek. Ale też dobrze, bo jest fajnie. Jest mi fajnie, bo sprawy mają się fajnie. Jezu, jestem szczęśliwa. Szczęśliwa mimo tych wszystkich małych nieznaczących epizodów.
Read More

sobota, 12 marca 2011

~

Bo ten, tak to bywa, że człowiek popełnia błędy. Dzisiaj na przykład poszłam zostałam zaciągnięta do kina na Skąd wiesz?. Nawet mi się tego recenzować nie chce. Aż zacytuję wypowiedź wysłaną tuż po seansie do kogoś: "Skąd wiesz?" to totalne dno. Nawet Jack Nickolson (jakkolwiek się pisze jego nazwisko) nie pomógł się od niego odbić. No, bo ten film był o niczym. Chociaż w sumie nie, był typowy schemat komedii romantycznej zza oceanu. To było tak przerażająco przewidywalne, że aż śmieszne. Nie, to nawet nie było śmieszne. Ale czego się generalnie spodziewać idąc na taki film? No właśnie...
W drodze do Piotrkowa myślałam nad pewnymi rzeczami. Doszłam do kilku wniosków. Mam nadzieję, że były i są trafne. Okaże się. 
Tymczasem pełen chillout. Po tak... mocnym piątku przyszedł czas na lżejszą resztę tygodnia. Prawdę powiedziawszy nie powinno tak być, bo mam cholernie dużo zaległości. Różnych zaległości.
To teraz czas na specjalny akapit. O, to będzie część stała postów. To, co czuję. Co czuję? Tam, tam gdzieś w środku czuję coś, czego nie potrafię opisać. To coś pokroju radości. Ale to taka inna radość. Nie taka, kiedy mama kupi Ci Twój ulubiony jogurt, czy uśmiechniesz się do policjanta i nie dostaniesz mandatu. Z drugiej strony jest jakiś niepokój. Nie wiem nawet o co i po co. Czuję, że coś wyjdzie na jaw i to mnie zaboli. Cóż, na razie oddaję się tej mojej radości. Niech trwa jak najdłużej.
Read More

piątek, 11 marca 2011

happiness

Chciałeś uczucia? Chciałeś więcej wewnętrznej mnie? A masz.
Jezu, jak mi dobrze. To najlepszy piątek odkąd pamiętam. Tyyyle radości i szczęścia! To coś w brzuchu to jeszcze nie motyle, ale równie dobrze na mnie działa. Szczęście! To tak fajnie kogoś uszczęśliwiać, a jak jeszcze samemu jest się od tego szczęśliwym, to jest full pakiet opcja. Chcę więcej. Chcę więcej tego szczęścia!
I super, że trafiłam. Powiem szczerze, że nie wiedziałam, czy się uda. A już dzisiaj przed 18:00 to takie miałam odczucia, że to jednak był błąd, no. Że się wygłupiłam i że to dziecinne. A teraz ogarnia mnie wszechobecna radość. Boże, jak ja to lubię.

Read More

czwartek, 10 marca 2011

I had better...

not to worry. No bo ten... przeżywam wszystko jak mrówka okres. I to na dłuższą metę mnie wykańcza. Dzisiaj angielski. Rano wstałam dwie godziny za wcześnie, bo się przebudziłam ze stresu. Później się spóźniłam na zbiórkę, bo przy zakładaniu butów niemiłosiernie trzęsły mi się ręce. Do tego dla większości osób robię dobrą minę do złej gry. Wielu ludzi nic nie zauważa, bo potrafię to ukryć, zataić. Muszę się zmienić, od zaraz.
Tyle mojego wywodu na temat własnej osoby. Wróćmy do normalności.

Konkurs czy olimpiada (jak zwał, tak zwał) to było coś... czego paradoksalnie się chyba spodziewałam. Na pierwszy rzut oka mało zadań. 90 minut. Później, po zerknięciu "głębiej" w podpunkty trochę mnie zatkało, zbierałam szczękę z podłogi.

Po dzisiejszym dniu doszłam też do wniosku, że już mam spore referencje jako niańka. I to w sumie z całkiem szerokim przedziałem wiekowym dzieci. Jakieś dwa lata temu tydzień z kilkumiesięcznym dzieckiem, dzisiaj malowanie wirtualnych paznokci, zabijanie pingwinów w śnieżnej krainie i Jesteś Szalona w karaoke na Youtube z ośmioletnią kuzynką. Dzieci mnie lubią :P To ten... jak ktoś potrzebuje niani dla dziecka, to ja mogę być chętna w sumie. I nic za friko, tu jest Polska, tu się żyje. A cukier drożeje!


Plus, dzisiaj była fizyka i mnie na niej nie było. Jestem the happiest man ever.
Read More

środa, 9 marca 2011

127 hours

Niedawno obejrzałam "127 godzin". Nawet zrecenzowałam ten film na forum. A co, zacytuję siebie samą:

Film "127 godzin" zdecydowanie nie był takim filmem, jakiego się spodziewałam. Po przeczytaniu krótkiej recenzji myślałam, że będzie to coś a'la "Cast away: poza światem", tylko w innej scenerii. Szczerze powiedziawszy nie za bardzo mnie ciekawił. Obejrzałam z zupełnie innego, prywatnego powodu. Ale bardzo się zaskoczyłam. To było zupełnie coś innego. Film miażdży. Pod każdym tego słowa znaczeniem. Nie takiego zakończenia się spodziewałam. Wyszło na jaw też, że nie mam tak mocnych nerwów, jakie myślałam, że mam. Praktycznie film jednego aktora (wyłączając pierwsze dziesięć minut, wtedy były z głównym bohaterem dwie kobiety). Wciąga. Czasami w trakcie filmu idę zrobić sobie kolację, herbatę czy odgrzać zupę. Ale tutaj nie, nie da się.
Polecam film przez wielkie "P".
9/10


To powyżej zostało ocenione przez kolegę jako coś bardzo emocjonalnego. Pisałam to "na gorąco", pod wpływem chwili, więc może są jakieś emocje. Lubię tak, tak na świeżo. Później, jak one opadną, to to nie jest to samo. Piszę jak połamana. Skończę lepiej.

Nie pisałam o Oscarach. Później. Nie-mam-cza-su.
Read More