niedziela, 11 grudnia 2011

Chyba nic mi się nie chce i chyba chcę usnąć na jakiś czas. Z pozoru tydzień był bolesny, naprawdę, ale dał mi trochę wytchnienia od tej całej rutyny. Ona powoli się kończy, bo nadchodzi wolne, ale nadal nie mam czasu na nic. Z drugiej strony było zupełnie inaczej. I zrozum tu człowieku kobietę. A my chciałybyśmy zrozumieć jeszcze same siebie. To jest dopiero poziom hard. W każdym bądź razie mam dość.

Od pewnego czasu cenię sobie ponad wszystko szczerość. Serio.

Chyba straciłam. Coś bardzo ważnego.
Read More

poniedziałek, 5 grudnia 2011


Nie, nie przestawiłam się na robienie zdjęć żelazkiem, ale cierpię na brak kabla USB do aparatu, który po remoncie zaginął w niewyjaśnionych okolicznościach nawet nie wiem kiedy. Gdyby ktoś widział takiego smutnego i zapłakanego kabelka, to on jest mój. Mogę nawet zapłacić za znaleźne. My się kochamy i bardzo za sobą tęsknimy, no.
Ala nie byłaby sobą, gdyby przeżyła choć jeden dzień bez zrobienia sobie czegokolwiek. Tak. Altacet się kończy, bandaż uciska, a jutro do szkoły. I zero szans na łyżwy w tym tygodniu. Bosko. Ale następny tydzień należy do mnie. Żadna noga, żaden Altacet.

+ nie popadajcie w paranoję, to chore
Read More

piątek, 25 listopada 2011

W przeciągu ostatniego tygodnia umarłam jakoś trzykrotnie. Za każdym pieprzonym razem się podnosiłam. Choć lepiej brzmi "wskrzeszałam". 
Oddycham głęboko, stawiam piedestały.
Jeszcze raz. Cześć. Śmiem twierdzić, że jestem człowiekiem sukcesu. Tak po części. Bo jakby nie patrzeć, osiągam w życiu swoje cele. Powoli, po trupach, niejednokrotnie jest ciężko, nawet bardzo, ale dopinam swego. Teraz też tak będzie.
I nienawidzę generalizowania. Wsadzanie ludzi do jednego worka jest jak mówienie "Cola" na Pepsi i Coca-Colę. Po dłuższym zastanowieniu dochodzę do wniosku też, że nie wszystkie dziewczyny lubią "Romea i Julię", wiesz? :D No, ale ja mogę sobie tak mówić/pisać, krytykować innych, a sama nie zachowuję się czasem lepiej. Ale jednego nie dam sobie wmówić - ja nie obgaduję, ja stwierdzam fakty. Swoją drogą, to ciekawe jak środowisko potrafi zmienić osoby nie do poznania. Prawie zawsze sprawdza się przysłowie "Kiedy wpadniesz między wrony, musisz krakać jak i one". Dobrze, że ja mam zajebiste środowisko. Skromna Ala.
The more I see the less I know
The more I'd like to let it go
"Mniej wiesz, będziesz zdrowszy" / "Mniej wiesz, krócej będziesz przesłuchiwany" - popieram.


Niedawno ponownie dało się we znaki moje zboczenie do saksofonu. I może "Pjanoo" nie jest czymś dobrym w oryginale, tak ten cover pokochałam całym sercem.


PS Jutro Ala kupuje sobie zegarek. Może wreszcie przestanę się spóźniać na lekcje. :)
Read More

poniedziałek, 21 listopada 2011

Biorąc pod uwagę zapowiadający się tydzień, wątpię w posiadanie choć trochę więcej wolnego czasu, żeby móc tutaj wkrótce cokolwiek napisać. Bo mija dzień za dniem, wszystko kręci się jak w kołowrotku, mała chwila na wzięcie powietrza do płuc i lecimy dalej. I tak niby było dotychczas, od września. Szkoda tylko, że tak jak mówiłam wcześniej, ten tydzień będzie gorszy. Dzisiaj w pewien sposób mi się upiekło z geografią, ale to nie znaczy, że odkładanie ciągle tego sprawdzianu na później jest dobrym rozwiązaniem. Jutro analiza z polskiego, czyli coś, na widok czego mam drgawki i niemalże wysypkę nerwową. Dwie godziny pisania o niczym. Ala i jej dopracowane do perfekcji lanie wody. W środę sprawdzian z chemii. I tutaj już nie jest "pod górkę", tu jest pod kątem dziewięćdziesięciu stopni. Byłam na maksymalnie dwóch lekcjach. Nie umiem nic. Żadna nowość. W czwartek sprawdzian z polskiego ZE WSZYSTKIEGO od początku roku. Już widzę tą piękną, kształtną i jędrną jedyneczkę. Plus wyżej wspomniany sprawdzian z geografii. W piątek robimy z siebie debili na czarno-biało, a od poniedziałku znowu. O, zapomniałabym, jutro sprawdzian z niemieckiego.
Dlatego też trzeba wziąć się w kupę i ociekając szczęściem, spiąć poślady i zacząć się uczyć.

Arbuz narzekający na swój żywot. To takie mainstreamowe...
Read More

sobota, 19 listopada 2011

Muszę się chyba jednak zgodzić z tym, że życie to jedna wielka huśtawka. Tylko taka bez ograniczników wychylenia. Taka, która ma możliwość obrotu 360 stopni. Czasem, jak zakręci, jest super. Wiatr we włosach, uśmiech na ustach, jest adrenalina. Tylko czasami jest tak, że od tych obrotów ma się potworne wzdęcia. I nie, nie będzie to żadna kolejna notka przesiąknięta patosem. Chciałam tylko wspomnieć, że dziękuję wszystkim za ich żywot. Jestem co raz szczęśliwsza.

I mogłabym coś tu jeszcze napiasać, ale nie wiem, czy czasem tego nie czytasz. Dziękuję.
Read More

czwartek, 17 listopada 2011

piątek, 11 listopada 2011