środa, 23 stycznia 2013

give a little more

Szkoła pochłonęła mnie w całości, a i tak wszyscy i wszystko wokoło mówi mi, że mogłoby być lepiej. Ale czy zawsze tak nie jest? I tu nie chodzi tym razem o moje wygórowane ambicje, bo w tej kwestii ostatnio spuściłam z tonu.
Z tego co pamiętam, nie wspomniałam w tym roku o żadnych "noworocznych postanowieniach", które będąc w istocie bujdą na kółkach, wciąż tak popularne wypisywane są w pamiętnikach, na blogach i ustanawiane "na gębę" gdzieś tam w głębi serca przez ludzi różnej maści. Przypomina mi się od razu styczeń zeszłego roku, mnóstwo obietnic zmian, poszerzania horyzontów i licytowania się z bliskimi, kto w grudniu będzie mógł się pochwalić dobrnięciem do ustalonej sobie "mety". Dlatego ten zwyczaj traktuję bardziej jako elastyczne pomysły na przyszłe dni czy miesiące, a nie jako cele, do których kurczowo i bez wyjątków muszę dążyć. Jeśli się uda, to fajnie. Jeśli nie, to zawsze jest rok 2014. :) Ale co Ziółkowska chciałaby poczynić w tym, który dopiero co się rozpoczął? O losie... Podróże. Zdecydowanie. Jeden kierunek jest już i mi, i Wam chyba dobrze znany. Wyspy odwiedzę najprawdopodobniej w wakacje. Zostaje jeszcze Paryż, aczkolwiek powiedziałabym raczej, że to cel bardzo ciężki do zrealizowania. I pod względem funduszy, jak i czasu. Niestety, jestem ciut za półmetkiem mojej licealnej edukacji i nie wchodzi w grę wypad na weekend do Paryża w roku szkolnym. Dzieci nauczycieli także wiedzą, o co mi chodzi. ;)
A co ze mną? To raczej nie jest postanowienie, ani żaden cel. To mus. Nie mogę się tak przejmować. Czymkolwiek. Na równi znajduje się wyeliminowanie podłego nawyku, który niech jednak pozostanie moją prywatną tajemnicą. Jednocześnie dziękuję pewnej osobie za wczorajszą rozmowę, która chyba uzmysłowiła mi, gdzie leży złoty środek w tym wszystkim. Ostatnią zmianę na 2013 rok wdrożyłam w życie już tydzień temu. 

I pamiętajcie - dwa litry wody mineralnej wody dziennie!


Read More

sobota, 12 stycznia 2013

sweet home, little home

Mówią, że dom jest tam, gdzie rodzina i bliscy. Tak, zgadzam się z tym, ale dla mnie "dom" jest też gliną, z której można rzeźbić niesamowite rzeczy, a samo jego urządzanie, dekorowanie, "odpicowywanie" może być swego rodzaju rzemiosłem. Dopiero od niedawna zainteresował mnie ten temat - DIY, home makeover, dodatki, zdobycze etc. Z jednej strony może to być drogie hobby, ale z drugiej wcale nie musi. Można porównać to do fashionistek - jedne wsiadają do samolotu, lecą do Los Angeles i na Rodeo Drive robią zakupy u Valentino, Chanel i LV na niekiedy pięciocyfrowy rachunek; inne natomiast cenią sobie oryginalność i niekoniecznie z powodu braku funduszy nadają zwykłym ciuchom niezwykły wygląd i charakter (zapewniam, że czasami takie ubrania wyglądają identycznie jak te z drogich butików). Oczywiście nie krytykuję tych dziewczyn, które gustują w luksusowych zakupach, ale próbuję zwrócić uwagę na to, że "modnie" nie zawsze idzie w parze z "drogo".
Owszem, home design nieraz jest jedną z droższych zajawek, nie licząc kolekcjonowania coraz to nowszych Jaguarów i posiadłości na Bali, ale staram się szukać na to rozwiązań. Dlatego na liście moich ulubionych blogów znajduje się mnóstwo Do It Yourself. I tutaj napotykam się na przeszkody, bo zdolna manualnie to ja chyba nie jestem, a chwalenie się umiejętnością składania komody z Ikei nie należy do tych wartych umieszczenia w CV, dlatego do tej pory jedyne zrobione przeze mnie "dzieło" to jakaś laurka dla babci wykonana metodą origami w gimnazjum. Teraz jestem na etapie odkrywania, zbierania "inspiracji".
Ostatnio podobają mi się delikatnie urządzone mieszkanka z mnóstwem jasnych, pastelowych detali. Odbiega to zupełnie od obecnego wyglądu mojego pokoju, którego dwie ściany są w kolorze strażackiej czerwieni, na najbardziej odsłoniętej przykleiłam trzy pasy tapety z motywem zebry i cały mój kąt usłany jest czerwonymi, białymi i czarnymi dodatkami. Szalałam, szalałam, rzuciłam się na głęboką wodę i mam. Gdzieś w głębi serca przyznaję ludziom rację, którzy twierdzą, że w takim pokoju fajnie jest pobyć godzinę, dwie lub cztery, ale nigdy mieszkać. Czasem mam wrażenie, że boli mnie głowa, jak za dużo patrzę się na te ostre kolory i wzory. I niestety próżno czekać na jakąkolwiek większą zmianę z mojej strony przed wyprowadzką na studia. Jestem dopiero rok po remoncie, zbyt duże pieniądze poszły na to, żeby pokój wyglądał tak, jak wygląda i w sumie nie widzę sensu, skoro niedługo i tak się wyprowadzam. Chociaż tu koło się zamyka, bo w akademiku lub mieszkaniu wynajmowanym serce się kraje, kiedy przychodzi wkładać niemałe pieniądze w urządzanie M2, którego nawet nie jesteśmy właścicielami. Dlatego szukam, szukam, szukam. Przecież da się tanio, ładnie i modnie. :)
Aktualnie na liście "must have" znajdują się ramki na zdjęcia z Ikei (seria Ribba), żeby wreszcie wykończyć mój zamysł frame wall. Przydałoby się też przemalować biurko wraz z półkami nad nim się znajdującymi. Problem NO.1 jest taki, że rodziciele nie za bardzo widzą moją wizję w realizacji, a NO.2 to kompletny brak pomysłu jak uzyskać matowy, biały blat z prześwitującymi słojami drewna ze zwykłej okleiny forte.

Często odwiedzane blogi ostatnimi czasy to:








Read More

środa, 9 stycznia 2013

LonDream

Po kilku rozmowach z paroma osobami wizja kilku tygodni w Londynie tego lata staje się coraz bardziej realna. Teraz tylko trzeba czekać, aż trochę czasu minie i będzie bliżej czerwca, lipca. W sumie byłyby to chyba jedne z najlepszych wakacji. Biorąc pod uwagę, że zobaczyłabym na spokojnie wiele miejsc, których nie udało nam się zwiedzić w kwietniu, albo najzwyczajniej w świecie nie mieliśmy już siły i zostaliśmy w hotelu, albo przed wejściem, pobyt tam zapowiada się jeszcze bardziej ekscytujący. Nie mówię o wieczorach/nocach. Tak.
Dopiero teraz, przeglądając przeróżne strony i blogi, dowiaduję się, jak niesamowite jest wewnątrz Tate Modern. A przepraszam, byliśmy wewnątrz. Na kawie i w toalecie. No ale byliśmy tak totalnie wycieńczeni po kilkugodzinnym maratonie, że marzyliśmy już tylko metrze powrotnym na Hounslow i ciepłym łóżeczku. Z tego, co pamiętam, to to był też ten sam dzień, w którym część z nas w nocy odzyskała siły i zawędrowaliśmy na Soho o północy. Pięknie. Bosko. Zjawiskowo.
Właśnie, gdyby ktoś znał jakieś namiary na w miarę tani nocleg na okres minimum miesiąca w Londynie, niech da znać. 




Read More

poniedziałek, 7 stycznia 2013

not as hard as they say

Siedząc dzisiaj nad zeszytami, przeszła mi taka myśl przez głowę, że mogło być gorzej. Dochodzę do wniosku, że jutrzejszy dzień to pikuś. Przeżyje się. Jakoś. I pojutrze będzie lepiej. Oby.

Smutny zawód po "007 Quantum of Solace" większy, niż się spodziewałam. Będę chyba sobie musiała zapodać większą dawkę dobrych filmów niebawem. Ach, może powtórka ze "Skyfall" plus domowo "Casino Royale". Liczyłam na kino w sobotę, ale chyba na tym się skończy. Czemu dobra nie trwa 30 godzin? Wtedy oprócz spotkania informacyjnego na temat Au Pair i zakupów zobaczyłabym wreszcie "Annę Kareninę". Złośliwość rzeczy martwych.
Read More

piątek, 4 stycznia 2013

red marathon


Plac. Bus. Dworzec. Taxi. Kino. Smyk. Kino. Film. Żarcie. H&M. Dworzec.Bus. Alibi. McDonald's. Przystanek.

Kolejny raz przekonałam się, że nie warto. Cholerne polskie filmy. Ugh. Teraz ciągnie mnie na "Sępa" i "Kolekcjonera". Ten drugi w 3D. 
Tak dużo przecen, tak duża dupa, tak mało pieniędzy.

"007 Quantum of Solace" czas zacząć. Uwielbiam weekendowe, filmowe noce z Craigiem.



Follow my blog with Bloglovin
Read More

wtorek, 1 stycznia 2013

hello, my beloved

Wraz z 2013 rokiem przychodzi wiele spraw do załatwienia. Nowe cele, nowe obowiązki, nowe marzenia nawet. Tyle pracy, ale zarazem dużo energii i chęci do działania. Trzymajcie kciuki, żeby udało mi się wszystko zawiązać z dniem 31 grudnia 2013.
Wczoraj przeżyłam swój najdziwniejszy Sylwester w swoim życiu - w domu, z bratem, niedobrym szampanem, z wyciskanym własnoręcznie sokiem z pomarańczy i niemalże grając w Scrabble. Z tego wszystkiego o północy nie mogłam wyjść z podziwu, jakimi niektórzy są debilami, wychodząc po pijaku i odpalając petardy metr od grupki własnych dzieci (które na moje oko zresztą nie przekroczyły jeszcze pięciu lat). Pomijam już fakt, że jedna z petard prawie wleciała nam do domu, bo delikwent najwyraźniej źle ją wbił do ziemi i wszystkie zaczęły wystrzeliwać poziomo, prosto w okna pobliskich bloków. Pogratulować pomysłu, naprawdę.

Pod koniec 2012 roku dane mi było znaleźć w czeluściach niezbadanego internetu pewną niesamowitą osóbkę - Shirley Eniang, prowadzącą bloga Meek~N~Mild. A zauważyłam ją na jednej ze stron z poradami dot. blogów, szablonów itp. Zainteresowała mnie w sumie ze względu na swój layout, ale później zagłębiłam się w treść postów, obejrzałam kilka filmików z jej kanału na YouTube (shirleybeniang) i nieodwracalnie się w niej zauroczyłam. Dane mi było z nią porozmawiać i jest tak niesamowicie ciepłą i pełną empatii osobą. :)
No i mam dzięki niej kolejny powód do spędzenia części wakacji w Londynie. Trzeba się tylko dobrze zorganizować, spakować, kupić bilet i spędzić swoje wakacje życia.

PS. W styczniu blog kończy trzy lata. Aż mi się przypomniał wierszyk z dzieciństwa: "Mam trzy latka, trzy i pół, sięgam głową ponad stół". To niech na tym stole stanie trunek bogów i pijmy za dalszą działalność.

edit:
Błąd merytoryczny się wkradł. Blog w styczniu skończył cztery lata, ponieważ założony został w styczniu 2009, napisanych zostało kilka postów i nastąpiła przerwa. Blogowanie "na dobre" ruszyło po około roku, ale faktycznie, blog został założony w 2009. :)
Read More