czwartek, 20 września 2012

never give up

Kamieniołomy w Drugim czas zacząć po raz drugi. Zesrać się wszyscy chcą, a co drugi nie potrafi nawet wzbudzić respektu w uczniach wobec własnej osoby.
Mój przerost ambicji oby nie skutkował tym, co wydarzyło się rok temu. Bo to już nie ten czas, żeby się poddawać, czyż nie?

I zastanawia mnie ta jedna, jedyna kwestia. Dziwnie uczucie być czwartym kołem w trójkołowcu. Albo zmieniamy pojazd, albo potoczę się w swoją, inną stronę.
Read More

piątek, 7 września 2012

Our time is running out!

Wakacje szybciej się skończyły, niż zaczęły, a rok szkolny przyszedł, jak z bicza strzelił. Po raz kolejny obiecuję sobie pilną naukę z dnia na dzień, imprezy tylko w weekendy, a Internet w ograniczonych ilościach. Jak znam życie, będzie jak zawsze, czyli wszystkie moje ambitne plany spalą się na panewce. Tylko ten czas biegnie tak nieubłaganie. Jeśli by spojrzeć na własne zdjęcie sprzed roku, to zobaczy się zupełnie inną osobę. A co dopiero rok czy dwa wstecz... Za rok zapewne będę jeszcze inna. Może ta refleksja o przemijaniu jest wynikiem zdarzeń z ostatnich dni, ale jest cholernie słuszna i wszystko, co w niej zawarte to prawda.

Miś Yogi, czyli najbogatsza skarbnica myśli na życie:

"Nic nie jest skończone, dopóki się nie skończy."

Read More

czwartek, 23 sierpnia 2012

czwartek, 16 sierpnia 2012

wtorek, 14 sierpnia 2012

good days come and good days go


Ohh God, co to były za intensywne tygodnie! Podróż do Świnoujścia była dość ciężka pomimo, że zupełnie przypadkiem ominęliśmy końcowe korki, które ciągnęły się kilometrami aż do samej przeprawy promowej na wyspy. Pogoda średniawa, ale nawet to nie przeszkodziło mi w kompletnym spaleniu sobie pleców i ramion. Drugi i ostatni dzień plażowania zaowocował ogromnym bólem i szukaniem na gwałt apteki, bo bez Panthenolu nie szło wytrzymać.
Miasto jak miasto, trochę trącało miejscem wypoczynkowym, ale o 22:00 wszystko cichło, bo Niemiaczki pod osiemdziesiątkę są przyzwyczajeni do wczesnej ciszy nocnej. A że stanowili oni blisko 80 % turystów, to wiadomo... KLIENT NASZ PAN. Jedynie wyciszona dyskoteka na piętrze jakiegoś budynku miała rację bytu w takiej sytuacji. Na promenadzie dużo przeróżnych grajków na harmonii, flecie, grzebieniu, Indianin śpiewający z playbacku, przystojny saksofonista, ale i dziewczyny z Top Toys się znalazły. Powiedziałabym nawet, że to one robiły największą furorę.
Były Międzyzdroje, Dziwnów, Ahlbeck i inne ciekawe miejscowości. Tydzień minął jak z bicza strzelił, ale to nie koniec. Berlin. Kolejna ciężka podróż, bo nieco ponad 200 km pokonaliśmy w przeszło pięć godzin. Wszystko przez to, że wcześniej wspomniana narodowość niemiecka wyruszyła w sobotę do Polski. Dziwić im się? Zarabiają 20 euro na godzinę, to na ich miejscu też bym ściągała do Polski i za piwo płaciła pięć razy taniej. Autostradami, obwodnicami, leśnymi trasami dotarliśmy do prześlicznej dzielnicy Berlina - Konradshöhe. Otoczona lasami, jeziorami i kanałami okolica zupełnie nie przypominała Berlina ze zdjęć, filmów. Tego samego popołudnia wybraliśmy się z ciocią i wujkiem na spacer wzdłuż jeziora. Z jednej strony nadwodnie posiadłości, z drugiej prywatne pomosty odgrodzone kawałkiem siatki i furteczką. Gdzieniegdzie małe kutry, łodzie, wędki.
Następne dwa dni to intensywne zwiedzanie. Najpierw wujek zrobił nam dwugodzinny objazd samochodem, żeby później wysadzić nas w centrum i pozwolić nam zwiedzić wszystko samemu, zrobić dużo zdjęć, przekąsić coś niedaleko Sony Center. Niestety czas nie pozwolił zwiedzić nic innego oprócz flagowych miejsc Berlina - Brama Brandenburska, Alexanderplatz, East Side Gallery, Checkpoint Charlie, Holocaust-Mahnmal, Plac Poczdamski, Urząd Kanclerza Niemiec, Reichstag, Hauptbahnhof, a berlińskie zoo widzieliśmy przejazdem. To były dwa ciężkie dni, ogarnięcie komunikacji miejskiej sprawiło nam tyle frajdy, że sami nie mogliśmy się sobie nadziwić. 
Zdjęcia częściowo są już na Facebooku, większość jednak jest jeszcze tylko na dysku komputera. Przy wolnym czasie zarzucę Was tutaj foto sprawozdaniem.

A Wam jak mijają wakacje? :)
Read More

poniedziałek, 23 lipca 2012

chillin'

Nawet nie wiedziałam, że brak Internetu może być tak budujący i fascynujący. Mieszkam sobie na działce, opalam się, czytam książki, a do tego zbieram doświadczenie do CV "umiejętność malowania płotów". Jest miło i przyjemnie, w sobotę wybyw nad morze, później Berlin.

Read More

wtorek, 10 lipca 2012

"The only one thing that is more beautiful than music is silence."

Muzyka towarzyszy niemalże każdemu z nas w codziennym życiu. Mi również. Ostatnio jednak zaczęła zastanawiać mnie jedna kwestia. Jak to jest z tą legalnością i czy statystyczny Polak może sobie pozwolić na całkowite bycie w porządku z artystą.
Parę dni temu przypomniałam sobie, że jeden z zespołów, które lubię, wydał nowy krążek. Przeszło mi przez myśl, żeby wejść na stronę Empiku i sprawdzić cenę. Jestem gadżeciarzem, nie zamierzam tego ukrywać. Z tego też powodu wolę wersje oryginalne, niż tańsze, spolszczone bez exclusive dodatków i innych. Nie wryło mnie w ziemię, jak wtedy, kiedy kupowałam ponad rok temu płytę Bon Jovi za przeszło 80 zł, ale 52 zł też piechotą nie chodzi. Biorąc teraz pod uwagę, że chciałabym założyć płytotekę ulubionych pozycji muzycznych, prędzej bym zbankrutowała, niż dotrwała do połowy. Jeszcze bardziej irytuje fakt, że na zachodzie (tak, zaraz usłyszę słowa krytyki, że "każdy pierdoli, że zachód lepszy, ale w Polsce najlepiej", ale niestety taka jest prawda) płyty można kupić naprawdę za grosze. Ceny są kilkakrotnie niższe. I wiem to z autopsji - byłam, widziałam. Ja wiem, że w Polsce trudno jest się utrzymać, zarobić. Dlaczego więc nie respektuje się nas, konsumentów? Okej, artyści czy wytwórnie chcą mieć zarobek, chcą coś zgarnąć z tej sprzedanej płyty. Dlaczego tylko nie da się nic zmienić? 
Kolejny wątek to dość kontrowersyjna sprawa - piractwo. Z jednej strony horrendalne ceny krążków "zmuszają" to takich czynów, jak pobieranie muzyki z Internetu. Z drugiej pokrzywdzeni są sami artyści. Bo połowa krytykujących nie zdaje sobie sprawy z tego, że tak jak wszystko u nas droższe jest od zachodnich cen, tak wyprodukowanie muzyki pociąga za sobą większe koszty. Równa się to temu, że ceny są wygórowane. Ale czy naprawdę nie da się z tym nic zrobić? Czy da się tylko ścigać Bogu ducha winnego Polaczka za to, że nie stać go, żeby wydać dniówkę na płytę, więc pobiera ją z Internetu?
Swoją drogą, to fascynujące, jak było kiedyś. Jedynie domyśleć się mogę, z jaką ekscytacją, z jakim swego rodzaju podnieceniem kupowało się płyty winylowe. Przecież nie było YouTube, nie można było jej sobie najpierw przesłuchać. Nie wiedziało się, czy przypadnie nam do gustu to, co się na niej znajduje. A biorąc pod uwagę sytuacje finansowe ówczesnych obywateli... Nie było kolorowo, a jednak ludzie zdobywali się na to ryzyko. Chciałabym kiedyś coś takiego poczuć. :)

Wiem, że powyżej można wyczytać dużo sprzeczności, ale no taki już ten temat jest. Temat woda. Mi też głośno o pewnych sprawach nie wolno mówić. Cholera wie, kto tu wchodzi. CBŚ się mną zainteresuje i będę pisać posty zza kratek. Ach ci policjanci...

Btw, poczytałam sobie dzisiaj o całym tym związku Cruise'a i Holmes. Co za skurczysyn i patol. Travolta chociaż trzyma język za zębami i nie terroryzuje żony. A miałam go za porządnego faceta.
Read More