No właśnie. Zaintrygował mnie temat z jednego z forów. Czy egoistycznym podejściem jest życie z kimś aż do śmierci, jeśli miłość dawno wygasła, a pozostało przyzwyczajenie, przyjaźń i wspólne cztery ściany? Czy powinno się w podeszłym wieku odchodzić od partnera czy wpsółmałżonka, żeby szukać nowego, gorącego uczucia? Teoretycznie i praktycznie starsi ludzie też mają prawo do flirtu i burzliwego okresu zafascynowania drugą osobą, ale czy to tak łatwo nadrobić po tylu latach rutyny ciągle z tą samą osobą?
Szczerze powiedziawszy nie mam nic przeciwko, żeby starsi ludzie szukali sobie kogoś nowego, ale gdyby spojrzeć na to realnie - mało która osoba z krzyżem doświadczeń na plecach będzie szukać nowych, bądź co bądź, problemów i dylematów. Większość pewnie dla świętego spokoju pozostaje w długoletnich związkach, bo tak wygodniej. Jeśli tylko ludziom jest dobrze z tym, co mają, ja nie mam nic do dodania.
Miło by było, żebyś dodał coś od siebie w komentarzu, Czytelniku. Kimkolwiek jesteś. :)