Czyżby już wakacje? Wakacje?! No tak, wakacje. :D
Rozpoczęły się dość fajnie, było miło. Gra w puszkę, przystań, toalety na przystani, dało to wszystko radę. Ale punktem kulminacyjnym dotychczasowych dni wakacji była sobota. Miałam jechać na Gienka Loskę, ale nie wyszło. Po 21:00 przypomniało mi się, że od 20:00 jest audio stream z koncertu Bon Jovi z Hard Rock Calling 2011 in London! Biegiem do komputera, odpalamy stream, forum BJ i jedziemy. To było C U D O W N E! Począwszy od kondycji zespołu. Jon dał super show mimo kontuzji kolana. Wokal zajebisty wręcz. Dawno tak nie było. Publika szalała. (no a ja może bym nie szalała?) Richie "ujeżdżał" swoją gitarę jak rasowy casanova wśród gitarzystów. Poza Jonem to był jego wieczór. Dave, Bobby i Tico też nie schodzili poniżej swojego wysokiego poziomu. Był ogień. Dali trzygodzinny koncert. Setlista WYŚMIENITA:
1. Raise Your Hands 2. You Give Love a Bad Name
3. Born to Be My Baby
4. We Weren't Born to Follow
5. Lost Highway
6. It's My Life
7. In These Arms
8. Blaze of Glory
9. Lay Your Hands on Me
10. Captain Crash & the Beauty Queen From Mars
11. Bad Medicine / Pretty Woman
12. Hallelujah (Leonard Cohen cover)
13. When We Were Beautiful
14. I'll Be There For You
15. Who Says You Can't Go Home
16. I'll Sleep When I'm Dead
17. Hey God
18. Have a Nice Day
19. Keep the Faith
Encore:
20. Dry County
21. Wanted Dead Or Alive
22. Someday I'll Be Saturday Night
23. Livin' on a Prayer
Encore 2:
24. Always
25. These Days
26. Blood on Blood
Encore 3:
27. I Love This Town
Pewnie i tak Wam to nic nie mówi. Trudno. Chociaż nie, Tomasz ma jakieś już obeznanie chyba, nie? trolololol Powiem tak - weszłam na Lay Your Hands on Me. To ma kopa. Super rozpoczęcie jak dla mnie. Później Captain, więc ujdzie. Na medleyu Bad Medicine / Pretty Woman skakałam przed monitorem. Hallelujah na odpoczynek. I dla mnie i dla Jona i dla chłopaków z zespołu. Beautiful, czyli sztampowy numer prawie każdego koncertu. Żadne zdziwienie i neutralne podejście z mojej strony. I nadeszło I'll Be There For You! ♥ Jej, łza mi się zakręciła w oku. Ze szczęścia i z żalu, że nie mogę tam być. Ale ostro słuchałam dalej na słuchawkach. Później SZLAGIER It's Alright!, czyli Who Says You Can't Go Home. Naprawdę nie lubię tej piosenki, ale po czternastu tak zajebistych wykonach nawet to było super i cieszyło. Następnie Sleep, czyli piosenka, której tytuł jest moim swoistym credo. Hey God, czyli coś mocniejszego, czas na popis Richiego. Po tym przyszedł czas na HAND. I tutaj jest dziwna sytuacja. Jako studyjną wersję nie za bardzo ją lubię. Ale live zmienia wszystko... Jeśli tylko Jon na koncercie podoła zadaniu i śpiewa to tak jak należy, to jest show. No i KEEP THE FAITH z Jonem i jego marakasami. (którymi notabene jebnął się w głowę - http://www.youtube.com/watch?v=tz_aV8K7OS8 około 4:11)
Encore 1. Dry County i Wanted, czyli znowu popis Richiego z ZAJEBISTYMI solówkami. (chociaż co do Dry County to polecam studyjną wersję) Ale ej, Jon też jest w tym super. Później Saturday, podobnie jak z Who Says - nie lubię, ale jeśli dają TAKI koncert, to nawet takie kawałki są fajne. No i Livin' on a Prayer ♥ Ach, mistrzostwo. Zawsze, zawsze, wszędzie mistrzostwo. Jezus, śmiem rzec, że niemal docho... Albo nie, jednak nie. MISTRZOSTWO. Dobra, schodzą ze sceny po raz drugi.
Encore 2. Always. No i tutaj serio się poryczałam. Ze szczęścia no. Że... o Boże, tak jakby pierwszy raz słyszę Always live. Do tego Jon zaśpiewał to miliard razy lepiej niż w Dreźnie (a dotychczas Drezno było takim wyznacznikiem zajebistej formy zespołu)! Łzy mi płynęły ciurkiem po policzkach, prześpiewałam cały tekst, no. Dobra, ale i tak nikt inny niż fan tego nie zrozumie. :P These Days i Blood fenomenalnie. Im bliżej końca, tym lepsza forma. Ale chyba gorzej z kolanem Jona, bo z tego, co widzę na filmikach z YT, to coś kulał pod koniec. No i poszli. Już tam ten gostek z radia sialalala, że super koncert, że dali radę. Coś tam mówi o kolejnych koncertach, a tam nagle publika w szał. I co się okazało?
ENCORE NO. 3! Dali na koniec I Love This Town. Że niby kochają Londyn? Nie wiem. Wiem, że ja ich kocham. Tak z całego serca. Na dobre i złe. Och...
Oto fragment recenzji z jednego z brytyjskich serwisów. Recenzent wystawił festiwalowi ogólną ocenę 6/10. I teraz uwaga - jedynym zespołem, który dostał 10/10 było Bon Jovi. Rod Stewart np. tylko 9/10 "Like an earthquake, the subsonic waves of anticipation for tonight’s headliner Bon Jovi (10/10) are felt long before the final, catastrophic impact. He slams through a set-list strewn with fan favourites like ‘Bad Medicine’, ‘You Give Love a Bad Name’ and ‘Living on a Prayer’, as well as covers of Roy Orbison’s ‘Pretty Woman’ and Billy Joel’s ‘Hallelujah’. Three hours begins to drag for some eager leavers, but the aftershocks are felt long after the speakers are turned off."
I portalu http://musosguide.com/hard-rock-calling-friday-saturday-2011/16245 "Bon Jovi’s mammoth three-hour headline set (how do you drum for three hours, solid?) is one-paced, short on humour but of course, packed with hits. ‘It’s My Life’, ‘You Give Love A Bad Name’, ‘Livin’ On A Prayer’, ‘Bad Medicine’ – they’re all there, and the screaming masses have the time of their lives. It would’ve been a welcome move if Jon and his friends acknowledged their own silliness, but instead we are left flat by a repetition of the same power chords to a slightly different tempo. A cover of Leonard Cohen’s ‘Hallelujah’ tips the set over into the deep end, and spontaneity doesn’t feel like an option here – it’s just one of Bon Jovi’s stops on a check-in/check-out world tour."
Oto fragment recenzji z jednego z brytyjskich serwisów. Recenzent wystawił festiwalowi ogólną ocenę 6/10. I teraz uwaga - jedynym zespołem, który dostał 10/10 było Bon Jovi. Rod Stewart np. tylko 9/10 "Like an earthquake, the subsonic waves of anticipation for tonight’s headliner Bon Jovi (10/10) are felt long before the final, catastrophic impact. He slams through a set-list strewn with fan favourites like ‘Bad Medicine’, ‘You Give Love a Bad Name’ and ‘Living on a Prayer’, as well as covers of Roy Orbison’s ‘Pretty Woman’ and Billy Joel’s ‘Hallelujah’. Three hours begins to drag for some eager leavers, but the aftershocks are felt long after the speakers are turned off."
I portalu http://musosguide.com/hard-rock-calling-friday-saturday-2011/16245 "Bon Jovi’s mammoth three-hour headline set (how do you drum for three hours, solid?) is one-paced, short on humour but of course, packed with hits. ‘It’s My Life’, ‘You Give Love A Bad Name’, ‘Livin’ On A Prayer’, ‘Bad Medicine’ – they’re all there, and the screaming masses have the time of their lives. It would’ve been a welcome move if Jon and his friends acknowledged their own silliness, but instead we are left flat by a repetition of the same power chords to a slightly different tempo. A cover of Leonard Cohen’s ‘Hallelujah’ tips the set over into the deep end, and spontaneity doesn’t feel like an option here – it’s just one of Bon Jovi’s stops on a check-in/check-out world tour."
Niedziela w Warszawie i Lesznie. Dzisiaj z Pauliną lody w Euforii. Jutro Focus. Dzieje się, dzieje. :D
PS. Zdjęcia z Grecji będą, jak się spotkam z Ewą i da mi płytę ze zdjęciami z Konrada aparatu. :D
PS. 2 A, jeszcze zdjęcia mojej gitary, o!
