poniedziałek, 27 czerwca 2011

poniedziałek dwudziestego siódmego czerwca

Czyżby już wakacje? Wakacje?! No tak, wakacje. :D
Rozpoczęły się dość fajnie, było miło. Gra w puszkę, przystań, toalety na przystani, dało to wszystko radę. Ale punktem kulminacyjnym dotychczasowych dni wakacji była sobota. Miałam jechać na Gienka Loskę, ale nie wyszło. Po 21:00 przypomniało mi się, że od 20:00 jest audio stream z koncertu Bon Jovi z Hard Rock Calling 2011 in London! Biegiem do komputera, odpalamy stream, forum BJ i jedziemy. To było C U D O W N E! Począwszy od kondycji zespołu. Jon dał super show mimo kontuzji kolana. Wokal zajebisty wręcz. Dawno tak nie było. Publika szalała. (no a ja może bym nie szalała?) Richie "ujeżdżał" swoją gitarę jak rasowy casanova wśród gitarzystów. Poza Jonem to był jego wieczór. Dave, Bobby i Tico też nie schodzili poniżej swojego wysokiego poziomu. Był ogień. Dali trzygodzinny koncert. Setlista WYŚMIENITA:
1. Raise Your Hands
2. You Give Love a Bad Name
3. Born to Be My Baby
4. We Weren't Born to Follow
5. Lost Highway
6. It's My Life
7. In These Arms
8. Blaze of Glory
9. Lay Your Hands on Me
10. Captain Crash & the Beauty Queen From Mars
11. Bad Medicine / Pretty Woman
12. Hallelujah (Leonard Cohen cover)
13. When We Were Beautiful
14. I'll Be There For You
15. Who Says You Can't Go Home
16. I'll Sleep When I'm Dead
17. Hey God
18. Have a Nice Day
19. Keep the Faith

Encore:

20. Dry County
21. Wanted Dead Or Alive
22. Someday I'll Be Saturday Night
23. Livin' on a Prayer

Encore 2:

24. Always
25. These Days
26. Blood on Blood

Encore 3:
27. I Love This Town


Pewnie i tak Wam to nic nie mówi. Trudno. Chociaż nie, Tomasz ma jakieś już obeznanie chyba, nie? trolololol Powiem tak - weszłam na Lay Your Hands on Me. To ma kopa. Super rozpoczęcie jak dla mnie. Później Captain, więc ujdzie. Na medleyu Bad Medicine / Pretty Woman skakałam przed monitorem. Hallelujah na odpoczynek. I dla mnie i dla Jona i dla chłopaków z zespołu. Beautiful, czyli sztampowy numer prawie każdego koncertu. Żadne zdziwienie i neutralne podejście z mojej strony. I nadeszło I'll Be There For You! ♥ Jej, łza mi się zakręciła w oku. Ze szczęścia i z żalu, że nie mogę tam być. Ale ostro słuchałam dalej na słuchawkach. Później SZLAGIER It's Alright!, czyli Who Says You Can't Go Home. Naprawdę nie lubię tej piosenki, ale po czternastu tak zajebistych wykonach nawet to było super i cieszyło. Następnie Sleep, czyli piosenka, której tytuł jest moim swoistym credo. Hey God, czyli coś mocniejszego, czas na popis Richiego. Po tym przyszedł czas na HAND. I tutaj jest dziwna sytuacja. Jako studyjną wersję nie za bardzo ją lubię. Ale live zmienia wszystko... Jeśli tylko Jon na koncercie podoła zadaniu i śpiewa to tak jak należy, to jest show. No i KEEP THE FAITH z Jonem i jego marakasami. (którymi notabene jebnął się w głowę - http://www.youtube.com/watch?v=tz_aV8K7OS8 około 4:11) 
Encore 1. Dry County i Wanted, czyli znowu popis Richiego z ZAJEBISTYMI solówkami. (chociaż co do Dry County to polecam studyjną wersję)  Ale ej, Jon też jest w tym super. Później Saturday, podobnie jak z Who Says - nie lubię, ale jeśli dają TAKI koncert, to nawet takie kawałki są fajne. No i Livin' on a Prayer ♥ Ach, mistrzostwo. Zawsze, zawsze, wszędzie mistrzostwo. Jezus, śmiem rzec, że niemal docho... Albo nie, jednak nie. MISTRZOSTWO. Dobra, schodzą ze sceny po raz drugi. 
Encore 2. Always. No i tutaj serio się poryczałam. Ze szczęścia no. Że... o Boże, tak jakby pierwszy raz słyszę Always live. Do tego Jon zaśpiewał to miliard razy lepiej niż w Dreźnie (a dotychczas Drezno było takim wyznacznikiem zajebistej formy zespołu)! Łzy mi płynęły ciurkiem po policzkach, prześpiewałam cały tekst, no. Dobra, ale i tak nikt inny niż fan tego nie zrozumie. :P These Days i Blood fenomenalnie. Im bliżej końca, tym lepsza forma. Ale chyba gorzej z kolanem Jona, bo z tego, co widzę na filmikach z YT, to coś kulał pod koniec. No i poszli. Już tam ten gostek z radia sialalala, że super koncert, że dali radę. Coś tam mówi o kolejnych koncertach, a tam nagle publika w szał. I co się okazało? 
ENCORE NO. 3! Dali na koniec I Love This Town. Że niby kochają Londyn? Nie wiem. Wiem, że ja ich kocham. Tak z całego serca. Na dobre i złe. Och... 

Oto fragment recenzji z jednego z brytyjskich serwisów. Recenzent wystawił festiwalowi ogólną ocenę 6/10. I teraz uwaga - jedynym zespołem, który dostał 10/10 było Bon Jovi. Rod Stewart np. tylko 9/10  "Like an earthquake, the subsonic waves of anticipation for tonight’s headliner Bon Jovi (10/10) are felt long before the final, catastrophic impact. He slams through a set-list strewn with fan favourites like ‘Bad Medicine’, ‘You Give Love a Bad Name’ and ‘Living on a Prayer’, as well as covers of Roy Orbison’s ‘Pretty Woman’ and Billy Joel’s ‘Hallelujah’. Three hours begins to drag for some eager leavers, but the aftershocks are felt long after the speakers are turned off."
I portalu http://musosguide.com/hard-rock-calling-friday-saturday-2011/16245 "Bon Jovi’s mammoth three-hour headline set (how do you drum for three hours, solid?) is one-paced, short on humour but of course, packed with hits. ‘It’s My Life’, ‘You Give Love A Bad Name’, ‘Livin’ On A Prayer’, ‘Bad Medicine’ – they’re all there, and the screaming masses have the time of their lives. It would’ve been a welcome move if Jon and his friends acknowledged their own silliness, but instead we are left flat by a repetition of the same power chords to a slightly different tempo. A cover of Leonard Cohen’s ‘Hallelujah’ tips the set over into the deep end, and spontaneity doesn’t feel like an option here – it’s just one of Bon Jovi’s stops on a check-in/check-out world tour." 
 

Niedziela w Warszawie i Lesznie. Dzisiaj z Pauliną lody w Euforii. Jutro Focus. Dzieje się, dzieje. :D

PS. Zdjęcia z Grecji będą, jak się spotkam z Ewą i da mi płytę ze zdjęciami z Konrada aparatu. :D

PS. 2  A, jeszcze zdjęcia mojej gitary, o!




Read More

wtorek, 21 czerwca 2011

tmr i'll be happy

No więc tak. Nie mam czasu, żeby ogarnąć jakąś mądrzejszą, lepszą, dłuższą, zdjęciową notkę. Dlatego wybaczcie, ale nie zrobię tego też i tym razem. Jutro już wakacje, więc może jutrzejszy wieczór będzie końcem tego przekładania. Teraz tak - czas na podsumowanie roku szkolnego. 
Po pierwsze powiem, że zawsze mogło być lepiej. Wiele razy "fuksem" uniknęłam czegoś tam. I każdy by się cieszył, ale ja wiem, że prędzej czy później to wyjdzie. Ale na tyle nie jestem głupia, żeby się tym teraz zadręczać. Trudno, jak mus to mus. W sumie to jestem nawet dumna, że parę razy udało mi się zataić nieprzygotowanie przed WICEDYREKTORKĄ. Teraz mogę wszystko. O Boże, nie o piosenkę mi chodziło...
Pierwsze półrocze w sumie się dłużyło. Ciągłe przygotowania. A to do egzaminów, a to do bierzmowania. Zesrała się bida i piszczy. Jakieś tam wycieczki (jestem jedną z tych osób, które zapisują się na wszystkie możliwe), apele, wagary, kłótnie, spory, konfrontacje. Grudzień. W grudniu się wszystko pokomplikowało, bo miał miejsce mój cały zabieg, potworny ból, narkotyzowanie się ketonalem, ciągłe spanie, leżenie, zero chodzenia, w sumie spaprana cała Wigilia. A do tego wszystkiego choroba babci. Sylwester w domu, bom kaleką była. Praktycznie do końca ferii zimowych (czyli do końca stycznia) nie ruszałam się z domu za bardzo. Później teoretycznie musiałam to wszystko nadrabiać, te całe zaległości w szkole. Ale to też mi tak jakby uszło. Przez to drugie półrocze  było masakryczne. Egzaminy, bierzmowanie, biwak, Grecja. 
I jestem tutaj. W tym miejscu, 21 czerwca. Mam czerwony pasek, w miarę dobre oceny. To też mi uszło. A nie chcę, żeby cokolwiek mi uchodziło, no. No ale tak jest, trudno. Jutro po raz ostatni zobaczę tych wszystkich ludzi. Tak wspólnie, razem. I wiem, że będę płakać jak bóbr. (co prawda obiecuję sobie, że tak nie będzie, ale realia są inne) 
Jaki był ten rok? Generalnie udany, najlepszy. Wszyscy się zżyli, niektórzy ukazali swoje drugie oblicza. (z tego miejsca pozdrawiam Magdę - mistrzynię ciętej riposty!) I będzie mi ich brakować, każdego, każdego z osobna.
Jeśli chodzi o sprawy prywatne, pozaszkolne. O Boże, ile ich było... Wymienię tylko kilka, więcej nie dam rady. No tak, o kontuzji już mówiłam. Sprawy miłosne, to moje prywatne sprawy, nie będę o tym pisać. O, wiem! Zaczęłam udzielać się na forum Beverly Hills 90210! A żeby nie było lipy, to zapodam reklamą i linkiem - www.bh90210-forum.pl Pozdrawiam z tego miejsca wszystkich tych ludzi, których tam poznałam (tak, Ciebie też, lolu), których polubiłam (tych których nie polubiłam też, bo przyjaciół powinno się mieć blisko siebie, ale wrogów jeszcze bliżej), których chciałabym poznać na żywo i tych, których już poznałam (co ja pieprzę, nikogo stamtąd jeszcze nie spotkałam!). Uwaga, robię dobry PR forum. Tam jest fajnie. Pomijając paru userów, których krótko mówiąc nie trawię, jest naprawdę super. Wcześniej ponoć było fajniej, ale mnie wtedy nie było, nie wiem. 
Lolu, dziękuję za płytę jeszcze raz. Zdzieram ją teraz mocniej niż ostatnio!

To chyba koniec tego ckliwego monologu. Chciałabym teraz walnąć jakimś rozczulającym cytatem, fajną sentencją czy złotą myślą, ale nie umiem. Dlatego powiem tak - dziękuję wszystkim (rodzinie, przyjaciołom, znajomym ze szkoły, spoza szkoły, znajomym z for) za towarzyszenie mi w tym roku szkolnym. Byliście wspaniali, bo dzięki Wam niejednokrotnie poprawiał mi się humor i uśmiech gościł na mojej twarzy. 

Kuźwa, ale wyszło ckliwie jednak... 
Read More

sobota, 18 czerwca 2011

#69

Dzień dobry, dobry wieczór.
Wczoraj bal. Nadal bolą mnie nogi (i przestać nie chcą), kolano ciągle boli (i przestać nie chce). Polonez wyszedł chyba dobrze, ale mieliśmy inny podkład, więc końcówka nie była tak fajna. Kapela grała znakomicie. Krój mojej sukienki nie pozwalał na zbytnio szybkie obroty, ale dałam radę. (Biskup, zapamiętaj następnym razem, że masz nie kręcić, no!) Późniejsze afterparty z Arkiem na korytarzu szkolnym o 0:30 też było super. I będzie mi Was brakowało, gnojki. Ale wakacje są długie, zdążymy coś skręcić wspólnie.
Jutro postaram się zapodać zdjęciami z Grecji i wycieczki do Warszawy. 

Żegnam Was piosenką, która udowadnia, że zbyt duża ilość imprez może zepsuć gust muzyczny.



Read More

środa, 15 czerwca 2011

i am back

Wróciłam! Boże, ile się działo, a ja tutaj cicho non stop.
Minęła Grecja, wycieczka roku! (zdjęcia niebawem) Nie wiem, czy już pisałam, że tata sprawił mi Epiphone Gibsona. Kupili mi winyla Bon Jovi "New Jersey". Mam torebkę z flagą Stanów Zjednoczonych. Miałam też niespodziewany format dysku. Tańczę w polonezie w piątek. Zapuściłam "Greatest Hits" Bon Jovi. To straszne,  ale dawno, bardzo dawno ich nie słuchałam. Ale o tym wszystkim więcej dziś wieczorem albo jutro.

I dziękuję za ponad 5000 wyświetleń bloga! :) 

Read More