niedziela, 21 kwietnia 2013

done

Za dużo marnotrawienia czasu, który jest w tym momencie tak cholernie cenny, że wymierające rysie to pikuś. Trzeba było coś z tym zrobić i znowu postawiłam wszystko na jedną kartę. Albo się uda, albo nie, ale przynajmniej podjęłam jakieś kroki. No i czekam na poprawę.
Jest godzina 17:00, a za oknem piękne słoneczko. Pomyśleć, że dwa czy trzy miesiące temu o tej porze było ciemno, zimno i nie chciało się nosa wyściubić zza drzwi domu. Okej, tylko zbliża się koniec roku i te dwie sprawy ze sobą raczej nie współgrają. Bo jak mam siedzieć w domu i zakuwać słówka z niemieckiego, kiedy na dworze wiosna rozkręca się w najlepsze? No nie da się, nie da. Pocieszający jest fakt, że niebawem weekend majowy. Połączony z maturami daje kilkanaście dni wolnego, których niewykorzystanie jak najmocniej byłoby po prostu grzechem. Do tego w głowie kłębią mi się myśli dotyczące małych zmian w moich czterech kątach i tych bardziej przyszłościowo-życiowych. Tak też się zadziało po wizycie wujaszka zza oceanu, który nakładł mi trochę do głowy pozytywnych rzeczy i generalnie wszystko reasumując, powiedział, żebym korzystała z życia, póki mogę i spełniała swoje marzenia, bo druga okazja może się nie nadarzyć. Zamierzam wcielić w życie wszystkie plany, które przyszły mi do głowy po tej rozmowie. Najbliższy cel? Prawko w ręku do 19 czerwca. Chociaż Pan Jarek i tak ostatnio śmiejąc się, stwierdził, że dłużej mnie nie chce trzymać i mam zdać jak najszybciej. Chyba się go posłucham. 
A mówiąc o instruktorach jazdy... Tak, ostatnio wspólnie doszłyśmy do wniosku, że to kolejna grupa zawodowa, która ma zajebiste życie. Pod kilkoma względami. ;)


Read More

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

let the revolution take it's toll


Och, życie!
Aż musiałam sprawdzić, kiedy ostatnio coś tutaj pisałam. 29 marca. Niby wcale nie taki duży kawał czasu, a wydarzyło się tyle, że mogłabym napisać tom jakiejś niesamowicie zawiłej sagi. Święta jak Święta, takie to dziwne wszystko. Śnieg? Rly? Przez parę godzin było śmiesznie, potem w sumie smutłam, bo po tak długiej zimie marzyłam o przyjemnym świątecznym spacerku, z zachodzącym słońcem, okularami na nosie i uśmiechem na buzi. No cóż, nie było mi to dane tego roku. 
Tak mi właśnie zleciał ten tydzień i parę dni. Święta, impreza urodzinowa, trochę rozruchu i znów weekend. I właściwe urodziny. I było bardzo przyjemnie. Chociaż nic się raczej nie zmieniło. Żadnych wielkich rewolucji z tym związanych nie planuję. No, chyba, że rewolucją nazwać można założenie sobie konta w banku i, tfu tfu, zdanie egzaminu na prawo jazdy. Ot, urodziny. Wszyscy wkoło je teraz obchodzą, żaden wyjątek. Ja nawet człowiekiem nerwowym nie jestem, żeby powiedzieć "wreszcie pójdę na piwo bez stresu, że zapytają o dowód" (który notabene mam już od początku gimnazjum, teraz to w sumie nawet już drugi). Fakt, jakaś większa przestrzeń się otworzyła, więcej możliwości, ale to tylko złudzenia jak mniemam. Life goes on. Było, minęło. Oby do wakacji.

osiemnastkowego stuffu część pierwsza


Read More