piątek, 28 grudnia 2012

Limo Skyfall

1. Limonkowa bluzka, Mango
2. Kolczyki, Mango

Zaczęły się przeceny poświąteczne. Wysiew ludzi jak grzybów po deszczu, kobitki biją się o każdy skrawek materiału, faceci wyrywają sobie drogie zegarki z rąk. A byłam tam tylko 20 minut. Strach pomyśleć, co działo się gdzieś indziej.

No właśnie, nie dane było mi sprawdzić tego na własnej skórze, bo czas gonił - "Skyfall", Cinema City, 18:00. Jestem pod wrażeniem, ogromnym. Z tym, że ja koneserem nie jestem, nie znam się, pewnie nie zauważyłam wielu bubli, słabych momentów, błędów, wpadek, ale dla mnie, dla filmowego laika, film został zrobiony bardzo dobrze, rewelacyjnie wręcz. Po raz kolejny przekonałam się, że uwielbiam chodzić na filmy do kina, bo nie nowina, że duży ekran, dobra aranżacja dźwięku to diametralnie coś innego od komputerowych głośniczków i monitora. Już z T. zwróciliśmy uwagę na lepsze momenty - pociąg, Szanghaj, wyspa, metro. A oglądanie tego filmu ze świadomością, że było się w tych kilku miejscach parę miesięcy temu (Trafalgar Square, National Gallery, stacja Westminister i sama dzielnica City of Westminister) to naprawdę fajne uczucie. Jedno jest pewne - poszłabym jeszcze raz. Chce ktoś?
"Casino Royale", nadchodzę.


Read More

czwartek, 27 grudnia 2012

Święta, Święta i po Świętach.

Mignęły jak te wszystkie asteroidy na niebie, które ogląda się latem, leżąc na wilgotnej od rosy trawie. Nie ma. Przykre. Nie wiem, co jest powodem tego, że nie zajęły w moim życiu ważniejszego miejsca. Naprawdę. Chciałabym umieć celebrować Święta, jak to było parę lat temu. Może ktoś kiedyś powie mi, jak się to robi. Może mi przypomni.
Jak zapowiadałam, tak zrobiłam. Wygląd się zmienił dość mocno. Ciekawe, ile wytrzymam tym razem. To tylko świadczy o tym, jak bardzo nie lubię zastojów, spraw stałych i niezmiennych. Dlatego po ponad siedemnastu latach życia w tej części świata duszę się. Chcę ten stan rzeczy zmienić, ale niestety to nie jest takie proste. Biorąc jednak pod uwagę moją upartość i chęć dążenia do celu, dopnę swego. Sooner or later.
Planuję nieco zmienić koncepcję prowadzenia bloga. Chyba za dużo się dzisiaj naoglądałam tych zagranicznych i jakieś nieograniczone ambicje się we mnie obudziły. Wróciły też postanowienia z przeszłości. Oh god... Ten Londyn. Tak bardzo w wakacje chcę do niego wrócić, że chyba po raz kolejny postawię na swoim i nie wiem jak, nie wiem z kim, ale spędzę tam najlepsze dni swoich pierwszych pełnoletnich wakacji.
Tymczasem żegnam się czule, słuchając Florence + The Machine. Tak bardzo smutek, tęsknota i pragnienie. Never let me go.
Read More

piątek, 21 grudnia 2012

let's begin again

Majowie przełożyli koniec świata, więc mogę spokojnie powiedzieć, że mam jeszcze trochę czasu na zrealizowanie trochę wczesnych postanowień noworocznych. A trochę ich jest. Nowo poznani ludzie zmotywowali mnie do działania, za co im bardzo, bardzo dziękuję.
Prawda jest taka, że przewartościowałam wiele spraw ostatnio. Z perspektywy czasu patrzę na kilka zdarzeń z minionego roku i trochę ze smutkiem, trochę z ulgą stwierdzam, że dobrze, że szybko były i szybko minęły. Sad but true. Czy ten rok był lepszy od 2011? Chyba jednak nie, niestety. Owszem, było wiele niesamowitych chwil, ale 2011 trudno będzie przebić. 2013 ma predyspozycje do wykonania tego zadania - koncert Bon Jovi w Gdańsku 19 czerwca. Marzenia się spełniają. :) Nie chcę dzisiaj pisać podsumowań (prawie) minionego roku, ale... ja chyba dorosłam. Tak, to cholernie patetycznie brzmi, ale to prawda. Nie nowina, że każdy dorasta. Ja tylko mocno to odczułam ostatnimi czasy.
Z Dżoaną tworzę listę "must to watch during Christmas". Niesamowite, że Niemiec może być taki przystojny. Chociaż w sumie w Berlinie dało się to trochę zauważyć. Dlatego też na pierwszy ogień idzie "Miłość z dzieciństwa".

Czasem warto przemilczeć pewne kwestie, aż ucichną, a nie bez sensu wywlekać coś na światło dzienne i borykać się z konsekwencjami własnych czynów. Czasem ktoś nie powinien się o czymś po prostu dowiedzieć.
Read More