niedziela, 27 października 2013

pure sunday morning

   Cóż, dzień jak co dzień. Zauważyłam jedynie, że maturalne weekendy różnią się nieco od tych wcześniejszych. Ale nie o tym dzisiaj...
 
   Temat nie jest adekwatny do godziny, o której ten post został opublikowany. A to dlatego, że w sumie piszę go od rana. Piszę, kasuję, piszę, kasuję. Skończy się pewnie na tym, że zostaną same zdjęcia.
Wyjątkowo ciepło dziś. Pamiętam, że dokładnie rok temu na ulicach leżał śnieg, dużo śniegu. Jeśli nie pamiętacie, odkopcie jakieś zdjęcia. Naprawdę tak było. Tymczasem dzisiaj, 365 dni później, siedzę przy otwartym na oścież oknie, piję poranną kawę, zbieram się w sobie, żeby w końcu sięgnąć do książek.


   A w tygodniu był Kraków. Miasto, jakkolwiek inni sądzą (mam na myśli stwierdzenia, że niby przereklamowane), magiczne. Za dnia, w nocy, w centrum i poza nim. Długo się zastanawiałam, czy jechać. Nie dlatego, że nie chciałam odwiedzić go po raz kolejny. Z innych powodów. Koniec końców pojechałam. I nie żałuję, ani trochę. W środę przecież był upał, wszystko błyszczało w promieniach słońca i aż chciało się chodzić po krakowskich ulicach. No, z tym może lekko przesadzam, bo ciężarna przewodniczka przetyrała nas trochę i koło szesnastej już nam się nie chciało. But still, było pięknie. I śmiesznie. I zdjęcia też wyszły piękne (ekhm, Dario :)).
Najlepszy punkt wyjazdu trwał jednak tylko niecałe 15 minut... Spotkanie EBI po dwóch i pół czy tam trzech i pół roku (licząc zależnie od początku mojego obcowania na bh90210-forum.pl czy na degrassirpg.ok1.pl, które /reklama/ obecnie funkcjonuje pod adresem drpg.aaf.pl). Olcyś, szykuj się. Teraz Twoja kolej :D




Read More

czwartek, 10 października 2013

kreatywnym łatwiej w życiu

   Ile to ja czasu zmarnowałam na poszukiwania swojego idealnego, wymarzonego, wymyślonego w głowie perfekcyjnego notatnika/kalendarza/organizera czasu... Mnóstwo i zdecydowanie za dużo. Empiki, Matrasy, Pinokie, Wszystko Po Cztery Złocisze też prześledzone wzdłuż i wszerz. Kiedy okładka już łapała się gdzieś w widełki "jest OK", to po otworzeniu i zobaczeniu, co jest w środku (ohydne kartki, mało miejsca do zapisania danej rzeczy w konkretnym czasie, generalnie mogiła), znowu odkładałam go na półkę ze zrezygnowaniem. Serio. Obiecałam sobie, że w tym roku nauczę się wreszcie gospodarować czasem, a do tej pory nie miałam namacalnej rzeczy, która by mi w tym pomogła.



   I wtedy z pomocą przyszła mi Alina z Design Your Life. W jednym ze swoich wpisów opisała dokładnie te same spostrzeżenia co ja - nie mogła znaleźć dla siebie kalendarza. Co więc zrobiła? Ano zrobiła sobie go sama. 
   Postanowiłam pójść za jej ciosem. Z tym, że mi było łatwiej - Alina zamieściła na końcu swojej notki przykładowe projekty stron kalendarza, które wystarczyło wydrukować. Czymże jest jednak kalendarz bez okładki? Niczym, dlatego trzeba było ją "stworzyć". Chociaż słowo trzeba jest niezbyt odpowiednim, bo to świetna zabawa. I to, co powtarza autorka DYL - kalendarz (czy jakkolwiek można to nazwać) staje się naszym własnym, jedynym, personalnym tworem. 







   Jak to powstało? Gotowy szablon wydrukowałam obustronnie na formacie A4, gotowe kartki  pocięłam na własnej gilotynie do papieru i zdjęć, a potem tylko do punktu bindowania z gotowymi kartkami i projektem okładek na pendrivie. I tego momentu obawiałam się najbardziej. Bałam się, że ktoś nieporadny (albo chociażby niechcący) coś spierniczy. Poprosiłam panią, by wydrukowała mi przednią i tylną okładkę na ładnym, grubszym papierze. Jak się okazało później, papier był grubszy, ale nie na tyle, żeby spokojnie mógł pełnić rolę ochronnej okładki dla giętkich kartek w środku, dlatego pani sama zaproponowała, że po obu stronach założy sztywną przezroczystą folię. Jest też małe niedociągnięcie - babeczka źle ustawiła marginesy i tylna czerwona grafika jest wyrównana nie do tej strony, do której powinna być.

   Po jakichś 15 minutach dzierżyłam dumnie w dłoniach moje 230-stronicowe dzieło. Nie jest to jakość Oxfordu za 50 zł, ale niewielkim kosztem (łącznie kosztowało mnie to może 10 zł) mam coś, co spełnia moje oczekiwania i, mam taką nadzieję, będzie mi dobrze służyć i pomoże mi się wreszcie ogarnąć :)
Category:
Read More

wtorek, 8 października 2013

poniedziałek, 7 października 2013

half birthday

   Nienawidzę zawalać całego weekendu na naukę, żeby obudzić się w nocy i dowiedzieć, że bierze mnie jakieś choróbsko. Odbiera mi to wszystkie pokłady motywacji na nowy tydzień. Nie inaczej jest dzisiaj.
Szczęście w nieszczęściu, że E. przypomniała mi o moim dzisiejszym "święcie", przez co cały dzień śmieję się pod nosem i czekam, czy ktoś oprócz niej wpadł na tak dziwny tok myślenia :)

   Do głowy wrócił mi pomysł kupienia tej jednej jedynej Zara Office Bag (nazywanej również Zara City Bag). Nie jestem żadną modową blogerką, "fashion victim", ani nic w tym rodzaju. Nie podążam za modą (o ile mnie pamięć nie myli, na którejś ze stron wyczytałam, że ta torba to sezon A/W 2012/2013, co mówi samo za siebie, jak śledzę trendy), nie. Po prostu cholernie mi się ona podoba, odkąd zobaczyłam ją u Zoelli (kliknij, a zobaczysz, co mnie w niej zauroczyło). Jest prześwietna, przepakowna, przeprzeprze. Cena jedynie rzuca na kolana.


   Niebawem szykuje mi się też małe Study Nook Makeover. Wszystko w swoim czasie. Zobaczymy, kiedy znajdzie się trochę czasu, żeby wyskoczyć na zakupy i kupić to i owo.
Wiem też, że chcę pisać częściej. Czy mi się uda - tego nie wiem. Czasu jest mało, bo i więcej się uczę ostatnimi czasy, ale zdaję sobie sprawę, że jak się chce, to można.
Read More