Wszystko ma swój koniec, ferie także. Tylko tak ciężko się będzie przestawić... Na samym ich początku mój organizm przestawił się do chodzenia spać po trzeciej, budzenia się przed samym południem. Cóż, dzisiaj będzie ciężko, coś przeczuwam.
Zapowiedziałam, że wspomnę słowem o minionym miesiącu i tak też zrobię. Tylko czy o Świętach jest sens pisać? Było rodzinnie, miło, ciepło, bez śniegu. Długo nie czułam ich atmosfery, przyszły nagle i dla mnie skończyły się stosunkowo szybko, bo już w drugi dzień świąt, tj. 26 grudnia spakowana wyruszyłam na zachód. Hah, jak to wielce brzmi.
Paryż. 27 grudnia. Pochmurnie, deszczowo na szczęście jedynie na sam koniec. Jak się tam znalazłam? Może od początku. Kasia, moja kuzynka, powiedziała mi w październiku, że wybiera się w tym roku na Taizé. Pamiętam, że rok temu bardzo chciałam z nią jechać. Wtedy miało to miejsce w Rzymie i same jej opowieści o tym wyjeździe napawały mnie zazdrością. Serio. W tym roku był Strasburg i postanowiłam, że nie dam za wygraną. Pojadę. I tak się stało. A że nasz organizator dba też o to, żeby co nie co więcej zwiedzić byliśmy też w Paryżu, Luksemburgu i Pradze.
Cały dzień w autokarze to dla mnie norma. Nigdy nie podróżowałam samolotem, a do długich autokarowych wypraw jestem przyzwyczajona przez zagraniczne wycieczki, na które jeżdżę (a właściwie "jeździłam", bo szkoły to mi 12 tygodni zostało) od sześciu lat. Poza tym miałam świetne towarzystwo (Kasia, Kajor, Agnieszka, Przemek, Tomek i inni - jesteście super :) ), a to połowa sukcesu. Co po tym dniu w Paryżu? Całonocna podróż do Luksemburga, a następnie wreszcie Strasburg. Przydzielanie ludzi na różne parafie i już samotna organizacja własnego tyłka po obcym mieście, żeby dostać się we właściwe miejsce. Względnie "samotna", bo tak się dobraliśmy, że byliśmy w ósemkę na jednej parafii i jakoś ogarnęliśmy sprawę. O, jeszcze jedna kwestia. Tak, parafia. Był to wyjazd poniekąd religijny. Religijno-turystyczny, turystyczno-religijny. Dla innych po prostu turystyczny. Co kto woli. Nikt nikogo do niczego nie zmuszał, nie stał z batem, krzycząc "idź do kościoła, idź do kościoła". Przyznam, że przed wyjazdem miałam podejście "wycieczka zagraniczna za małe pieniądze, genius". I co? Trafiliśmy na parafię protestancką. Było mi ciężko wstawać codziennie o ósmej, iść w mrozie na tramwaj i uśmiechać się do ludzi, kiedy byłam potwornie zaspana i marzyłam tylko o łóżku z ciepłą poduszką i kołdrą. Ale było warto, serio. Kierowała mną ciekawość świata, innych kultur, innych ludzi, czegoś nowego. Na porannych spotkaniach siedzieliśmy w kilkuosobowych grupach i teoretycznie mieliśmy rozmawiać na moralno-etyczno-religijne tematy. Bywało różnie, ale zdecydowanie śmiesznie. W mojej i Agnieszki grupie mieliśmy dwóch Litwinów, parę z Ukrainy, dwie Włoszki. Pod koniec grupy się mieszały, bo niektórzy nie przychodzili i trzeba było się uzupełniać, co było jeszcze lepsze, bo poznawało się coraz to nowych ludzi.

Sam Starsburg jest po prostu piękny. Nie bez powodu jest nazywany Strasbourg, capitale de Noël. Mnóstwo miejsc do spacerowania za dnia i w nocy. Niemalże każda uliczka ma swoją ścieżkę rowerową w obu kierunkach. I co więcej - jest cała rzesza ludzi, która z tych ścieżek korzysta.
Mieszkałyśmy we dwie z Agnieszką dwie stacje tramwajowe od naszego kościoła. U pary około osiemdziesięcioletnich dziadeczków, którzy byli przemili :) Oprócz nas na parterze mieszkało dwóch Litwinów z naszej grupy. Dziadek zrobił na mnie ogromne wrażenie. O ile się nie mylę, to 2 stycznia obchodził 81. urodziny, a biegle mówi w pięciu językach - angielskim, alzackim, niemieckim, francuskim i hiszpańskim. Babcia to była krawcowa, która do tej pory szyje ubrania dla siebie, znajomych i rodziny. Znałyśmy ich zaledwie kilka dni, a okropnie było ich opuszczać.
I co, 3 stycznia wróciłam do domu, w chorobie, ale szczęśliwa. Dla takich dni warto żyć. Tyle empatii na raz nie doświadczyłam chyba nigdy w życiu. Utrzymuję kontakt z wieloma osobami do tej pory, chociaż mówimy w różnych językach i czasem trudno nam się porozumieć. Łza się tylko w oku kręci, że za rok nie będę mogła pojechać, bo nawet będzie dość blisko - Praga. Cóż, będę wtedy jeszcze bardziej szczęśliwa, bo w Stanach. Taką mam nadzieję przynajmniej.
Ściskam,
A.