wtorek, 18 lutego 2014

sunny-happy

    Jak to?! Dziewiętnaście stopni na termometrze o godzinie 14:30? W CIENIU?! Aż żałuję, że nie udokumentowałam tego zdjęciem, bo pewnie niejedna osoba mi nie uwierzyła w to, co właśnie napisałam. Czuję to w kościach i nozdrzach, że nadchodzi wiosna. Powoli, ale już ma niezbyt daleko, co mnie niezmiernie cieszy. I tak, mówię to ja - ta, która kilka miesięcy temu nie mogła się doczekać siarczystej zimy, śniegu po pas i ściemniania się przed 16:00.

   W sumie to mam wrażenie, jakby teraz był zimny kwiecień. Nie tylko z powodu pogody, ale i tego, że mam wrażenie, jakby do wakacji zostało zaledwie kilka tygodni... O, a jednak się nie mylę, wystarczą dwie dłonie, żeby je na palcach policzyć. To straszne, naprawdę. "Tylko nie obudź się z ręką w nocniku, ja cię ostrzegam".
Niech się ta aura utrzyma, to niedługo (matura się zbliża, wiecie, szukam sobie zajęć) chętnie z kimś się na jakiś spacer wybiorę z moim lichym sprzętem, coby postrzelać kilka zdjęć. Anyone?

Korzystając z okazji i małego skrawka wolnego czasu, poleeecam z całego serca bloga Taste of New Zeland :) Pisze go młoda dziewczyna z mojego miasta, która aktualnie mieszka w Nowej Zelandii. Odkąd znajomy podesłał mi linka, czytam regularnie. A ja nie czytam byle czego :P Jak się spodoba, to TUTAJ wchodzić i lajkować. Dodam, że nikt mnie o wzmiankę na temat tego bloga nie prosił, robię to z czystego serca. 



PS Haha, ktoś mi ostatnio powiedział "Ziółkowska, wprowadzasz nową modę na Internetach!" :D Czyżby?



Aha, byłabym zapomniała! ZUPEŁNIE NIEPRZYMUSZONE POZDROWIENIA DLA BORYSA, BO SIĘ DOMAGAŁ OSTATNIO.
Boże, ploteczki... Hahahaha...
Read More

środa, 5 lutego 2014

rozrywkowo, czyli studniówka i ferie

   Może coś robię źle? Może gdzieś na samym początku przyjęłam zły tok myślenia i tak sobie trwonię czas do dnia dzisiejszego? A może ta klasa maturalna wcale nie jest istnym kamieniołomem, tylko po prostu skupianiem się na konkretnych przedmiotach w większym stopniu niż dotychczas? Mam taką nadzieję, bo naprawdę nie jest tak źle, jak zapowiadali. 
Minął sobie wrzesień, październik. Nie było dużo nauki, raczej "wkręcanie się w szkolny wir". Listopad? Smutny, leniwy. Grudzień świąteczno-końcowosemestralny. Styczeń to już totalnie podporządkowany próbom poloneza, załatwianiem studniówkowych spraw. Tak się ładnie złożyło, że bal maturalny rozpoczynał mojej szkole ferie. I się zaczęło.

   Trudno uwierzyć, ale do ostatniej chwili się wahałam czy w ogóle iść. Nikt o tym nie wiedział, bo aż mi było głupio o tym mówić, kiedy wszystko czekało w gotowości. Ok, może nie do ostatniej chwili, ale do ostatniego tygodnia. Krótka rozmowa z Kasią po WOŚP-ie i byłam nieco spokojniejsza. Oczywiście kto się pomylił podczas poloneza? No kto? No oczywiście, że Ziółkowska. 
Pomimo za długiej sukienki, spadających kolczyków... Wytańczyłam się za wszystkie czasy, wyśmiałam się za wszystkie czasy, poznałam kilkoro nowych ludzi, zgromadziłam prześwietne wspomnienia, które - mam nadzieję - zostaną ze mną jak najdłużej. Jedna tylko sprawa męczy mnie do dzisiaj, śmieszy w sumie, bo nie wiem, o co chodzi, ale ja się dowiem. Najwyżej zapytam wprost. O!


O poprawinach mogę powiedzieć tylko jedno - za ślisko. 

   Ale studniówka była i minęła. Przede mną były dwa tygodnie lenistwa. Obiecywałam sobie, że przysiądę i się pouczę. I tu Cię drogi Czytelniku zaskoczę - tak, spełniłam swoje oczekiwania. Nie w całości, ale w jakimś stopniu owszem. Sęk w tym, że nie samą nauką człowiek żyje. Weekend dzielący ferie na pół był bardzo, bardzo... wyczerpujący. A niedziela była najlepsza. Z najlepszymi. W najlepszy sposób. Z tego miejsca pozdrawiam Cię, Mamo :) Cieszę się, że za jedyne straty uznajesz brudną podłogę. Mam nadzieję, że tak pozostanie. Jedno jest pewne - trzeba taką niedzielę powtórzyć. I spalskie coś też. W ogóle czemu tak mi się nagle zebrało w tym roku na... integrację? Akurat teraz! Cóż, w takim razie trzeba będzie stawić temu czoła i wieść życie, za motto mając "czym się strułeś, tym się lecz"



   I tak się skończyły ferie. Byle te moje mentalne ferie też się wkrótce skończyły, bo maturka sama się nie pociśnie. 

TERAZ CHCIAŁABYM WCALE NIEWYMUSZENIE POZDROWIĆ KRISA :*

Dziękuję, dobranoc, geografia.



Ściskam,
A.
Read More

niedziela, 2 lutego 2014

180°, Taizé 2013/2014

   Wszystko ma swój koniec, ferie także. Tylko tak ciężko się będzie przestawić... Na samym ich początku mój organizm przestawił się do chodzenia spać po trzeciej, budzenia się przed samym południem. Cóż, dzisiaj będzie ciężko, coś przeczuwam.

   Zapowiedziałam, że wspomnę słowem o minionym miesiącu i tak też zrobię. Tylko czy o Świętach jest sens pisać? Było rodzinnie, miło, ciepło, bez śniegu. Długo nie czułam ich atmosfery, przyszły nagle i dla mnie skończyły się stosunkowo szybko, bo już w drugi dzień świąt, tj. 26 grudnia spakowana wyruszyłam na zachód. Hah, jak to wielce brzmi. 



Paryż. 27 grudnia. Pochmurnie, deszczowo na szczęście jedynie na sam koniec. Jak się tam znalazłam? Może od początku. Kasia, moja kuzynka, powiedziała mi w październiku, że wybiera się w tym roku na Taizé. Pamiętam, że rok temu bardzo chciałam z nią jechać. Wtedy miało to miejsce w Rzymie i same jej opowieści o tym wyjeździe napawały mnie zazdrością. Serio. W tym roku był Strasburg i postanowiłam, że nie dam za wygraną. Pojadę. I tak się stało. A że nasz organizator dba też o to, żeby co nie co więcej zwiedzić byliśmy też w Paryżu, Luksemburgu i Pradze. 
Cały dzień w autokarze to dla mnie norma. Nigdy nie podróżowałam samolotem, a do długich autokarowych wypraw jestem przyzwyczajona przez zagraniczne wycieczki, na które jeżdżę (a właściwie "jeździłam", bo szkoły to mi 12 tygodni zostało) od sześciu lat. Poza tym miałam świetne towarzystwo (Kasia, Kajor, Agnieszka, Przemek, Tomek i inni - jesteście super :) ), a to połowa sukcesu. Co po tym dniu w Paryżu? Całonocna podróż do Luksemburga, a następnie wreszcie Strasburg. Przydzielanie ludzi na różne parafie i już samotna organizacja własnego tyłka po obcym mieście, żeby dostać się we właściwe miejsce. Względnie "samotna", bo tak się dobraliśmy, że byliśmy w ósemkę na jednej parafii i jakoś ogarnęliśmy sprawę. O, jeszcze jedna kwestia. Tak, parafia. Był to wyjazd poniekąd religijny. Religijno-turystyczny, turystyczno-religijny. Dla innych po prostu turystyczny. Co kto woli. Nikt nikogo do niczego nie zmuszał, nie stał z batem, krzycząc "idź do kościoła, idź do kościoła". Przyznam, że przed wyjazdem miałam podejście "wycieczka zagraniczna za małe pieniądze, genius". I co? Trafiliśmy na parafię protestancką. Było mi ciężko wstawać codziennie o ósmej, iść w mrozie na tramwaj i uśmiechać się do ludzi, kiedy byłam potwornie zaspana i marzyłam tylko o łóżku z ciepłą poduszką i kołdrą. Ale było warto, serio. Kierowała mną ciekawość świata, innych kultur, innych ludzi, czegoś nowego. Na porannych spotkaniach siedzieliśmy w kilkuosobowych grupach i teoretycznie mieliśmy rozmawiać na moralno-etyczno-religijne tematy. Bywało różnie, ale zdecydowanie śmiesznie. W mojej i Agnieszki grupie mieliśmy dwóch Litwinów, parę z Ukrainy, dwie Włoszki. Pod koniec grupy się mieszały, bo niektórzy nie przychodzili i trzeba było się uzupełniać, co było jeszcze lepsze, bo poznawało się coraz to nowych ludzi.


Sam Starsburg jest po prostu piękny. Nie bez powodu jest nazywany Strasbourg, capitale de Noël. Mnóstwo miejsc do spacerowania za dnia i w nocy. Niemalże każda uliczka ma swoją ścieżkę rowerową w obu kierunkach. I co więcej - jest cała rzesza ludzi, która z tych ścieżek korzysta.
Mieszkałyśmy we dwie z Agnieszką dwie stacje tramwajowe od naszego kościoła. U pary około osiemdziesięcioletnich dziadeczków, którzy byli przemili :) Oprócz nas na parterze mieszkało dwóch Litwinów z naszej grupy. Dziadek zrobił na mnie ogromne wrażenie. O ile się nie mylę, to 2 stycznia obchodził 81. urodziny, a biegle mówi w pięciu językach - angielskim, alzackim, niemieckim, francuskim i hiszpańskim. Babcia to była krawcowa, która do tej pory szyje ubrania dla siebie, znajomych i rodziny. Znałyśmy ich zaledwie kilka dni, a okropnie było ich opuszczać. 

   I co, 3 stycznia wróciłam do domu, w chorobie, ale szczęśliwa. Dla takich dni warto żyć. Tyle empatii na raz nie doświadczyłam chyba nigdy w życiu. Utrzymuję kontakt z wieloma osobami do tej pory, chociaż mówimy w różnych językach i czasem trudno nam się porozumieć. Łza się tylko w oku kręci, że za rok nie będę mogła pojechać, bo nawet będzie dość blisko - Praga. Cóż, będę wtedy jeszcze bardziej szczęśliwa, bo w Stanach. Taką mam nadzieję przynajmniej.

Ściskam,
A.

   
Read More